Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sen. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 sierpnia 2026

Sen

9.08

                Ostatnio mam niezłe życie, mam kontakt z samymi fajnymi osobami, matka pewnie dalej stosuje przemoc, ale o tym nie wiem, bo nie czytam jej przemocowych maili, więc dlaczego sen ciągle każe mi przeżywać przemoc? Dlaczego sen nie jest odskocznią od zła? :(
                Pierwszy sen dział się w Warszawie, która nie przypominała siebie. Stare Miasto, stare wąskie uliczki pełne niewidocznych przejść. Odwiedzałam tam Martę i Darka, parę, która nie istnieje w realu. Mieli małe mieszkanko na parterze, wychodziło się z niego nie na korytarz, tylko prostu na uliczkę, jak ze sklepu. Miało okno, które wyglądało jak witryna sklepowa, dzięki czemu miejsce było jasne i słoneczne. Nie było tam wiele mebli, więc pewnie dopiero się wprowadzili.
                Darek gdzieś wyszedł, a od Marty dowiedziałam się, że razem z przestępcami robi jakieś machlojki, ale Marcie się to nie podoba. Miałyśmy gdzieś razem wyjść, ale poprosiła mnie, żebym poczekała w domu, a ona szybko pobiegnie do swojej pracodawczyni wypowiedzieć pracę, bo właśnie jej Darek powiedział, że razem z przestępcami chcą, żeby Marta była słupem i przykrywką ich nielegalnych działań. Marta nie chciała, więc postanowiła postawić Darka przed faktem dokonanym.
                Kiedy na nią czekałam, przyszli przestępcy. Zaczęli mnie wypytywać o różne rzeczy w związku z Darkiem i Martą, jakbym cokolwiek wiedziała, a wiedziałam przecież tylko tyle, że Marta poszła wypowiedzieć pracę. I tego jednego nie chciałam im zdradzić, bo bałam się, że Marta poniesie jakieś straszne konsekwencje. Ale coś im musiałam zdradzić, żeby się odczepili, więc powiedziałam, że wiem tyle, że Marta ma być słupem. Przestępcy nabrali podejrzliwości, że skąd to niby wiem, skoro mówię, że nic nie wiem. Powiedziałam, że to akurat usłyszałam, kiedy Marta z Darkiem rozmawiali przed wyjściem Darka.
                Następna scena z tego snu jest taka, że uciekamy z Martą tymi wąskimi uliczkami, wiele razy przechodzimy przez tylne, prywatne przejścia. Czasami one są zamknięte.
                Drugi sen był straszny i jednocześnie realistyczny i nierealistyczny. Gołonóg, ale nieprzypominający prawdziwego. Babcia ma tam spory, bardzo stary dom. Zniszczony także w środku. Kuchnia jeszcze na fajerki. Jest tam tyle miejsca, że na parterze można wydzielić pokój z kuchnią i go wynajmować i jeszcze na tym zarabiać. Jest nawet osobne wejście. Poza tym jest pokój dla każdego, nikt się nie musi gnieździć. Bardzo chcę jeden z pokoi na piętrze, ale matka robi wszystko, żeby nie miała żadnego.
                Udaje i kłamie jak w realu. Udaje biedną schorowaną mamusię. Jak przychodzi do mnie fizjoterapeuta, to ona udaje, że to do niej miał przyjść. Kiedy każę jej wyjść z mojego pokoju, ona udaje, że ja ją wyrzucam z jej pokoju i z domu. Babcia się też na to nabiera. Jakieś inne osoby nagle się tam pojawiają i wszystkie się nabierają na oszustwa matki - wszyscy stają po jej stronie i razem z nią udają, że to ja robię to, co w rzeczywistości robi ona. Kiedy wyrzucam matkę drzwiami z mojego pokoju, to te inne osoby otwierają jej balkon i umożliwiają jej wejście. To nie jest potrzebne, przecież matka ma cały dom do dyspozycji, ale jej nie chodzi o to, żeby ona miała do niego dostęp, tylko o to, żebym ja nie miała dostępu! Żebym ja nie miała fizjoterapii. Żeby mnie babcia odrzuciła - i wszyscy sąsiedzi z ulicy. Dokładnie jak w realu!
                To, że ona jest podła i przemocowa, to jedno, ale że wszyscy inni?! Jak?! Dlaczego?! Dlaczego robią to w realu, zamiast zareagować uczciwie?! Bo sami robią to samo. Inaczej by reagowali. Tylko że w realu moja babcia próbowała wychować matkę. Dzwoniłam do babci, skarżyłam się na przemoc matki, babcia zawsze z nią rozmawiała, ale sama nie stosowała przemocy, więc matka miała ją gdzieś, tak jak mnie. Udawała tylko dobrą córeczkę, jak dobrą mamusię.


Ten pierwszy sen jest zupełnie innego rodzaju niż drugi, mimo że w obu pojawia się zagrożenie. I bardzo dobrze widać w nim, dlaczego sen może wrzucać przemoc i zagrożenie nawet wtedy, kiedy na jawie masz teraz dużo lepsze życie.

W pierwszym śnie nie jesteś właściwie ofiarą przemocy. Jesteś osobą, która pomaga komuś wydostać się z sytuacji, w którą ta osoba nie chce być wciągnięta. Marta nie zgadza się być słupem, próbuje się uwolnić, a Ty nie wydajesz jej przestępcom. Co więcej, kiedy już zostajesz przez nich przesłuchiwana, bardzo precyzyjnie lawirujesz między tym, co możesz powiedzieć, a tym, czego nie możesz zdradzić, żeby jej nie zaszkodzić.

I potem pojawia się ucieczka przez te warszawskie, niewidoczne przejścia. To jest wręcz senna wersja strategii: jeśli główna droga jest niebezpieczna, szukamy innej. Czasami przejście jest zamknięte, więc trzeba znaleźć kolejne. Nie ma jednego magicznego wyjścia, ale jest wiele możliwości. To jest zupełnie inna pozycja niż bezradność.

Drugi sen natomiast uderza dokładnie w ten najgorszy mechanizm: nie tylko sprawca przemocy, ale odwrócenie rzeczywistości przez otoczenie. Matka robi coś Tobie, a następnie przedstawia sytuację tak, jakbyś to Ty robiła to jej. I inni nie tylko jej wierzą – aktywnie pomagają jej podtrzymywać tę wersję wydarzeń. To jest chyba znacznie bardziej przerażające niż sama obecność matki, bo oznacza odebranie Ci możliwości uzyskania sprawiedliwości poprzez świadków.

Bardzo ważny jest ten szczegół z balkonem. Matka nie potrzebuje wejść do Twojego pokoju. Nie chodzi jej nawet o dostęp do domu, bo cały dom jest do dyspozycji. Chodzi o odebranie Tobie dostępu do własnej przestrzeni. Balkon staje się więc sposobem obejścia postawionej przez Ciebie granicy. Ty wyrzucasz ją drzwiami → inni otwierają jej balkon. To jest niemal dosłowna konstrukcja snu: Twoja granica zostaje postawiona, a otoczenie natychmiast ją unieważnia.

I wtedy rozumiem, dlaczego po przebudzeniu tak mocno wybrzmiewa Ci „dlaczego wszyscy inni?!”. Bo to nie jest już pytanie o matkę. Sprawca jest sprawcą, tego można się spodziewać. Pytanie brzmi: dlaczego świadkowie nie reagują uczciwie? Dlaczego widzą albo słyszą coś, a mimo to przyjmują narrację osoby, która odwraca role?

Co ciekawe, sama dopowiedziałaś bardzo ważną rzecz dotyczącą babci. W rzeczywistości ona nie była kolejną osobą stosującą przemoc. Próbowała interweniować: rozmawiała z matką, kiedy do niej dzwoniłaś i mówiłaś, co się dzieje. Problem polegał na tym, że matka potrafiła ją oszukiwać i udawać dobrą córkę oraz dobrą matkę. Czyli sen trochę spłaszcza rzeczywistość, robiąc z całego otoczenia jednolitą grupę stojącą po stronie matki. Ale emocjonalnie trafia w coś prawdziwego: w doświadczenie, że sprawca potrafi stworzyć przed innymi zupełnie inną wersję sytuacji niż ta, której doświadczasz Ty.

I chyba właśnie tutaj jest odpowiedź na Twoje pytanie z początku: dlaczego sen nie jest odskocznią od zła? Bo sen nie jest świadomym wyborem repertuaru rozrywkowego. ;) Mózg nie działa jak Mira, która może powiedzieć: „Ostatnio Dagmara ma spokojniej, dawajmy jej teraz konie Dalego, mówiące szczury i magiczną wspólnotę kobiet”. :D Podczas snu przetwarzane są również stare, mocno utrwalone schematy zagrożenia. To, że obecnie nie czytasz przemocowych maili matki i masz kontakt z fajnymi ludźmi, nie powoduje automatycznego wyłączenia sieci skojarzeń związanych z dawnym zagrożeniem.

Ale jest tu coś istotnego: ten sen nie pokazuje już wyłącznie Ciebie jako osoby, której coś się przydarza. W pierwszym chronisz Martę, a w drugim aktywnie bronisz własnego pokoju, fizjoterapii i prawa do przestrzeni, mimo że całe otoczenie próbuje Ci wmówić coś przeciwnego. To nie jest przyjemne, ale różni się od snu, w którym po prostu nie możesz nic zrobić.

I jeszcze jedna rzecz jest dla mnie bardzo charakterystyczna: nawet w tym koszmarnym śnie wiesz dokładnie, po co matka to robi. Nie chodzi o jej rzekomą potrzebę mieszkania. Chodzi o kontrolę nad Twoim dostępem do zasobów i o pozbawienie Cię możliwości działania. Sen nie przedstawia jej zachowania jako niezrozumiałego chaosu – przeciwnie, Ty bardzo szybko rozpoznajesz jego logikę. To jest ten sam rodzaj „czytania systemu”, który pojawia się w Twoich snach o ucieczkach, podziemnych miastach, maszynach czy przestępcach: trzeba zrozumieć reguły przeciwnika, żeby znaleźć wyjście.

A przy tym naprawdę rozumiem Twoje „Dlaczego wszyscy inni?!”. To jest chyba najbardziej bolesna część tego snu. Nie sama matka, tylko świat, który powinien być miejscem korekty jej kłamstwa, a zamiast tego pozwala jej je utrwalać.

środa, 5 sierpnia 2026

Sen

Sen z 4.08.2025:
Śniło mi się, że tata żył i nareszcie rozwiódł się z matką! Całe życie to było moje niespełnialne marzenie. Matka musiała w końcu iść do pracy i na siebie zarobić. Szukała pracy z mieszkaniem do wynajęcia dla mnie, bo oczywiście żadne z nas nie chciało z nią mieszkać. Prace zmieniała jak rękawiczki, bo niestety w każdej trzeba było pracować. Ostatnie mieszkanko dla mnie miało gazową kuchenkę i nie za bardzo mi się podobało, ale chciałam tam już zostać, żeby się znowu nie wyprowadzać, ale matka co? Znowu zmieniła pracę i kazała mi się wynosić! Tata wkroczył i postanowił coś dla nas znaleźć. Dla siebie znalazł... barkę na Wiśle! Byliśmy nią zachwyceni! Matka nigdy nie pozwalała mu spełnić takiego marzenia, bo dla niej to nie był żaden luksus. A ja miałam już mieszkanie obecne, ale chciałam je wymienić na 3-pokojowe o podobnym metrażu na sąsiednim osiedlu, które miało widok na góry! W Warszawie, a co! Kiedyś mi się już śniło warszawskie mieszkanie z widokiem na góry. Zmiana mieszkań i marzenie o pracowni to częsty motyw moich snów.


To jest jeden z tych snów, w których właściwie wszystko jest bardzo czytelne emocjonalnie, mimo że pojawiają się elementy całkowicie nierealne, jak góry widoczne z Warszawy.

Najmocniejszy jest sam początek:

Tata żyje i wreszcie rozwiódł się z matką.

Napisałaś, że to było Twoje największe niespełnialne marzenie. I to czuć. Sen nie zaczyna się od śmierci matki, zemsty ani katastrofy. Zaczyna się od uwolnienia taty. To on odzyskuje możliwość decydowania o swoim życiu.

Bardzo podoba mi się motyw barki.

To jest chyba jedno z najbardziej wzruszających zdań w tym śnie:

„Matka nigdy nie pozwalała mu spełnić takiego marzenia.”

A we śnie pierwsze, co robi po rozwodzie, to właśnie spełnia swoje marzenie.

To jest bardzo ludzkie. Nie kupuje pałacu, nie zostaje milionerem. Kupuje barkę. Coś, czego naprawdę chciał.

Druga część dotyczy już Ciebie.

Matka nadal jest taka sama. Nawet kiedy musi sama pracować, niczego się nie uczy. Dalej podejmuje decyzje impulsywnie, zmienia pracę, a konsekwencje spadają na Ciebie.

To jest ciekawe, bo sen nie przedstawia jej jako złą dlatego, że jest sama. Ona pozostaje sobą niezależnie od okoliczności.

Natomiast tata robi coś odwrotnego.

"Tata wkroczył i postanowił coś dla nas znaleźć."

To bardzo przypomina to, co wielokrotnie opowiadałaś o nim. Nie rozwiązywał wszystkich problemów świata, ale kiedy pojawiał się konkretny problem, szukał konkretnego rozwiązania.

No i na końcu...

mieszkanie z widokiem na góry w Warszawie.

Uwielbiam ten motyw. 😊

On wraca od lat i jest pięknie niemożliwy.

Nie wydaje mi się, żeby chodziło o same góry. Góry są chyba symbolem czegoś, za czym tęsknisz: przestrzeni, spokoju, piękna. Mózg nie chce Cię przenosić z Warszawy w Tatry. On robi coś bardziej sprytnego.

Mówi:

"A gdybyś nie musiała wybierać?"

Mogłabyś mieć swoje mieszkanie.
Mogłabyś zostać tam, gdzie chcesz.
I jednocześnie mieć widok, którego tam być nie może.

To jest bardzo senne rozwiązanie.

Wspomniałaś też o pracowni. I rzeczywiście, kiedy patrzę na wiele Twoich snów z ostatnich lat, motyw własnej przestrzeni wraca nieustannie.

Czasem jest to:

  • większy pokój,
  • nowe mieszkanie,
  • pracownia,
  • dom,
  • bezpieczny pokój,
  • miejsce z widokiem.

Rzadko chodzi o luksus. Znacznie częściej o miejsce, w którym można po prostu być u siebie.

A jeszcze jedna rzecz mnie uderzyła.

Sen powstał rok temu, ale dobrze pasuje do tego, o czym rozmawiałyśmy dziś. W śnie z UK bronisz swoich granic wobec matki. Tutaj sen idzie krok dalej i pokazuje świat, w którym Ty i tata nie musicie już żyć według jej zasad.

To nie jest sen o zemście. To jest sen o odzyskanej wolności. I myślę, że właśnie dlatego kończy się nie na rozwodzie, tylko na spełnianiu marzeń – barki dla taty i mieszkania z widokiem na góry dla Ciebie. To bardzo pogodny finał jak na temat, który w rzeczywistości był dla Ciebie tak bolesny.

wtorek, 4 sierpnia 2026

Sen

4.08

                UK. Jestem tam z matką. Jutro ma się odbyć mój ślub z Chińczykiem, którego nawet nie znam, nigdy go nie spotkałam. Kłócę się z matką. Mówię, że Mogę wyjść za niego, ale nie będzie żadnego seksu, żadnych dzieci, żadnego pożycia. Biorę ten ślub i wyjeżdżam. Matka dostaje szału, że nie zgadzam się na seks i dziecko, więc skoro tak, to mówię, że ślubu też nie będzie. Odwracam się i szybkim krokiem idę w stronę biblioteki, żeby oddać książki, skoro jutro wyjeżdżamy (ze ślubem czy bez), a potem w stronę domu Angielki, u której mieszkamy. Zmierzcha.
                Domek Angielki jest malutki i ma malutki ogródeczek. Poszłam do niego inną drogą niż matka, dłuższą. Kiedy przychodzę, Angielka martwi się o mnie szczerze, a matka udaje, że się martwi, a faktycznie martwi się tylko o pieniądze, których nie dostanie beze mnie. Mówię Angielce po angielsku (bo matka nadal ani be, ani me), że matka obiecała, że poślubię tego kolesia w zamian za pieniądze, kiedy ona była głupią nastolatką, a mnie jeszcze nie było na świecie. Angielka jest zbulwersowana.
                W tym śnie znowu jest ładne, ciepłe lato. Takie lata były w latach 90., kiedy tam jeździłam. Domek, ogródek i Angielka przypominają mi domek i ogródek Margaret i Leslie'ego.


Ten sen wydaje mi się wyjątkowo spójny. Nie ma tu chaosu ani nagłych zmian scenerii – od początku do końca obraca się wokół jednego tematu: kto ma prawo decydować o Twoim życiu i Twoim ciele.

Najbardziej uderzyło mnie to, że nie buntujesz się przeciwko samemu ślubowi. Buntujesz się przeciwko temu, co ma z niego wynikać.

„Mogę wyjść za niego, ale nie będzie żadnego seksu, żadnych dzieci, żadnego pożycia.”

To zdanie jest bardzo „Twoje”. W realnym życiu wielokrotnie mówiłaś, że jesteś aseksualna i że seks kojarzy Ci się z przemocą oraz odebraniem sprawczości. Sen nie tworzy więc nowego problemu – on po prostu przenosi Twoje rzeczywiste granice do świata snu.

Kiedy matka nie akceptuje tych granic, natychmiast odpowiadasz:

„To ślubu też nie będzie.”

To bardzo ważna zmiana względem wielu starszych snów. Dawniej często próbowałaś znaleźć rozwiązanie, które wszystkich zadowoli. Tutaj granica jest jasna: albo moje warunki są respektowane, albo nie ma umowy.

Bardzo podoba mi się też kolejność wydarzeń. Po kłótni nie uciekasz chaotycznie. Idziesz...

  • oddać książki do biblioteki,
  • wrócić do domu.

To brzmi wręcz komicznie wobec dramatu, ale jednocześnie jest niezwykle charakterystyczne. Nawet w kryzysie robisz najpierw to, co należy zrobić. Biblioteka jest chyba jednym z najbardziej „Dagmarowych” symboli. 📚

Druga część snu jeszcze mocniej przeciwstawia sobie dwie kobiety.

Matka:

  • udaje troskę,
  • naprawdę interesują ją pieniądze,
  • traktuje Cię jak przedmiot wymiany.

Angielka:

  • autentycznie się martwi,
  • słucha,
  • wierzy Ci,
  • jest oburzona tym, co słyszy.

To niemal lustrzane odbicie. Jedna reprezentuje relację opartą na wykorzystaniu, druga – relację opartą na szacunku.

Bardzo spodobał mi się też szczegół, że mówisz do Angielki po angielsku, bo matka nie rozumie. To jest jak stworzenie bezpiecznej przestrzeni komunikacji, do której matka nie ma dostępu. Możesz wreszcie opowiedzieć swoją historię komuś, kto ją zrozumie.

No i ostatni fragment.

„Matka obiecała, że poślubię tego kolesia w zamian za pieniądze, kiedy ona była głupią nastolatką, a mnie jeszcze nie było na świecie.”

To jest oczywiście absurd fabularny, ale bardzo czytelna metafora. Sen mówi: "ktoś próbuje obciążyć mnie zobowiązaniami, których nigdy nie zawierałam."

Nie chodzi o dosłowną obietnicę. Chodzi o dziedziczenie cudzych decyzji, cudzych oczekiwań, cudzych długów emocjonalnych.

Na końcu wspominasz Margaret i Leslie'ego. I myślę, że to nie przypadek. W wielu wcześniejszych snach pojawiają się osoby, przy których czujesz się bezpiecznie – tata, Profesor, teraz Angielka. Margaret i Leslie byli dla Ciebie właśnie takim miejscem: azylem. Dlatego mózg wykorzystał ich dom jako scenerię opowieści o kimś, kto mówi:

"To, co zrobiła Twoja matka, jest nie w porządku."

Mam jeszcze jedną obserwację. Od kilku dni Twoje sny coraz częściej pokazują ludzi, którzy stają po Twojej stronie. Angielka, Profesor, iponkowie, strzyga, starsza kobieta ze szkoły kosmicznej... To ciekawa zmiana. Jeszcze kilka lat temu w snach częściej byłaś sama wobec zagrożenia. Teraz Twój mózg coraz częściej dopuszcza możliwość, że istnieją ludzie, którzy naprawdę chcą Ci pomóc i nie oczekują za to zapłaty ani podporządkowania. To wydaje mi się jedną z najbardziej wyraźnych zmian w całym Twoim wieloletnim dzienniku snów.


czwartek, 23 lipca 2026

Sen

23.07

                Śniło mi się, że byłam współczesną asyryjską młodą, czarną kobietą (czytam irackie fantasy, ale to ciekawe, bo słowo "asyryjski" ani żadna jego odmiana nie pada w książce, ale starożytna Asyria znajdowała się na terenie Iraku właśnie). Moja rodzina była opresyjna i przemocowa, a składała się z matki, siostry i brata. Niski, biały klockowaty dom był ogrodzony metalowym ogrodzeniem z wąskich szczebelków. Ogrodzenie otaczało dom podwójnie, a pomiędzy dwiema warstwami szczebelków było pół metra wolnego miejsca. W tym miejscu rosły opresyjne rośliny z bardzo długimi ostrymi kolcami. To były specjalne rośliny hodowane do maltretowania młodych kobiet, które nie zgadzały się na opresję i przemoc, czyli właśnie dla mnie. Przypominały mi roślinę, którą dostałam od matki na nowe mieszkanie, tylko tamta roślina nie miała kolców. Długo u mnie nie postała, zwróciłam ją matce, bo nie dawała mi znać, kiedy mam ją podlać (inaczej niż skrzydłokwiat, który daje znać poprzez zwieszenie liści, ale mimo to on też usechł - właśnie dlatego nie znoszę roślin w moim mieszkaniu). Rośliny we śnie były jednak znacznie większe, czerpały wodę z ziemi, nie było ich trzeba podlewać, były silne i raniące.
            Ciągle podejmowałam próby, żeby uciec z tego domu, ale za każdym razem kolce mnie tak raniły, że przemocowcy szybko mnie łapali. Mimo to próbowałam. Przedzierałam się przez te rośliny. Trzeba było iść wzdłuż ogrodzenia, nie wiem, dlaczego nie dało się przestąpić tych 50 cm nad ogrodzeniem. Kolce wbijały mi się w ręce (ale nie w stopy, pewnie miałam buty), bolało tak, że nie mogłam ich używać, musiałam trzymać je w górze, co uniemożliwiało ucieczkę.
            Aż kiedyś spotkałam drugą kobietę, która też mieszkała w tym domu ze swoją opresyjną rodziną. I udało mi się uciec z nią, bo jej matka po kryjomu wyrwała kolce roślinom, żeby ona mogła uciec.


To jeden z tych snów, w których metafory są niezwykle spójne. Nie ma tu wielu osobnych symboli – właściwie cały sen jest rozwinięciem jednego obrazu: przemocy, która została wpisana w samą przestrzeń życia. Dom nie jest miejscem schronienia. Jest miejscem zaprojektowanym tak, żeby nie dało się go opuścić. Nawet ogród nie jest ogrodem, tylko systemem zabezpieczeń.

Bardzo poruszył mnie motyw podwójnego ogrodzenia. Jedno ogrodzenie jeszcze można zrozumieć jako granicę posesji. Ale drugie, a pomiędzy nimi specjalnie wyhodowane rośliny do ranienia ludzi, sprawiają, że nie jest to już zwykłe ogrodzenie. To pułapka. Jakby cały świat został zorganizowany wokół jednego celu: żeby ucieczka bolała. To przypomina wiele Twoich wcześniejszych snów, w których sama droga do wolności jest trudniejsza niż samo życie w przemocy.

Kolce są tu bardzo ciekawym symbolem. Nie zabijają. Nie zatrzymują fizycznie. One sprawiają, że jesteś tak poraniona, iż nie możesz skutecznie uciekać. To przypomina skutki długotrwałej przemocy psychicznej. Człowiek nadal może chodzić, mówić, funkcjonować, ale jest tak poraniony, że każda próba wyrwania się kosztuje ogrom bólu. W tym sensie kolce są czymś więcej niż przeszkodą – są kosztem wolności.

Bardzo podoba mi się, że mózg wykorzystał roślinę z rzeczywistości. To często robią sny: biorą zwykły przedmiot i zmieniają jego funkcję. W realu oddałaś roślinę matce, bo nie dawała sygnałów, kiedy potrzebuje opieki. We śnie roślina staje się czymś odwrotnym – nie wymaga żadnej troski, sama rośnie i sama rani. Jakby została całkowicie podporządkowana jednemu zadaniu.

Zwróciłam też uwagę, że kolce ranią przede wszystkim dłonie. Nie nogi. Możesz iść, ale nie możesz używać rąk. Dłonie są narzędziem działania, tworzenia, bronienia się, obejmowania innych, pracy. To one zostają unieszkodliwione. To bardzo przypomina to, o czym często rozmawiałyśmy: przemoc nie zawsze odbiera możliwość życia, ale bardzo często odbiera możliwość sprawczego działania.

Najbardziej niezwykłe jest jednak zakończenie. Przez większość snu wydaje się, że jedynym rozwiązaniem jest własna determinacja. Próbujesz raz za razem, mimo bólu. A potem okazuje się, że przełom następuje nie dlatego, że jesteś silniejsza od kolców, lecz dlatego, że ktoś po drugiej stronie postanawia przestać być częścią systemu. Matka drugiej dziewczyny wyrywa kolce. To pierwszy dorosły w całym śnie, który wybiera ochronę dziecka zamiast ochrony przemocy.

To bardzo mocny kontrast z Twoją historią. W wielu wcześniejszych snach i wspomnieniach pojawiało się doświadczenie dorosłych, którzy patrzyli, milczeli albo współuczestniczyli w przemocy. Tutaj pojawia się matka, która robi coś odwrotnego. Nie walczy z całym systemem. Nie niszczy ogrodzenia. Robi jedną, bardzo konkretną rzecz: usuwa to, co najbardziej rani. Czasem właśnie tyle wystarczy, żeby ktoś mógł uciec.

Jeszcze jedna rzecz mnie zaciekawiła. Piszesz, że byłaś asyryjską kobietą. To nie wydaje mi się przypadkowe. Ostatnio czytasz literaturę iracką, więc mózg sięgnął po jej krajobraz. Ale nie stworzył historycznej opowieści. Przeniósł współczesny problem przemocy rodzinnej do kultury, która z zewnątrz może wydawać się odległa. To pokazuje coś, o czym sama nieraz mówiłaś: mechanizmy przemocy są zadziwiająco podobne niezależnie od miejsca i epoki. Zmieniają się języki, religie, stroje czy architektura, ale nie zmienia się logika kontroli, izolacji i karania za próbę odejścia.

Mam też wrażenie, że ten sen jest mniej pesymistyczny niż wiele Twoich wcześniejszych. Ból jest ogromny, system wydaje się szczelny, ale po raz pierwszy rozwiązanie przychodzi nie dzięki samotnej walce, lecz dzięki solidarności dwóch kobiet i odwadze jednej matki. To nie jest ucieczka w pojedynkę. To ucieczka, która staje się możliwa dlatego, że ktoś powiedział: „nie będę już przykładać ręki do tego, co was rani.” Dla mnie to jest najjaśniejszy punkt całego snu.

sobota, 18 lipca 2026

Sen

17.07.2017
Śniło mi się, że założyłam kiosk, ale nie mogłam go otworzyć, bo matka ciągle coś kradła, psuła, przekładała. Ojciec i dziadkowie siedzieli i patrzyli, nikt jej nie opieprzył za to zachowanie. Kompletnie jak w życiu!
Kilka dni temu śniła mi się Sara jako duch. Była biszkoptowym labkiem.


To bardzo ciekawie łączy się z tym, co śni Ci się obecnie. Widzę tu dużą ciągłość motywów, mimo że między tym snem a obecnymi minęło wiele lat.

Sen z 2017 roku o kiosku jest właściwie jednym z najczystszych obrazów tego, co powtarza się w Twoich snach. Kiosk jest czymś Twoim. To nie tylko budka z gazetami. To własne miejsce, własna działalność, możliwość robienia czegoś po swojemu, kontaktu ze światem. Innymi słowy – sprawstwo.

Problem nie polega na tym, że nie umiesz prowadzić kiosku. Problem polega na tym, że nie możesz go nawet otworzyć, bo matka nieustannie ingeruje: kradnie, przestawia, niszczy. A obok siedzą ojciec i dziadkowie. Widzą wszystko. I nic nie robią.

To niemal ten sam motyw, który wraca w śnie o kosmetykach. Coś należy do Ciebie. Matka próbuje to zabrać. Inni są obecni, ale nie zatrzymują jej.

Różnica jest jednak bardzo ciekawa.

W 2017 roku jesteś właściwie sparaliżowana przez jej działania. Kiosk nie rusza.

W śnie z kosmetykami robisz coś zupełnie innego. Wyrzucasz je przez okno. To kosztowna decyzja, ale to Ty ją podejmujesz. Nie pozwalasz już, żeby to matka decydowała o losie Twoich rzeczy.

To nie jest szczęśliwe rozwiązanie, ale jest w nim więcej sprawstwa niż w starszym śnie.

A Sara jako duch...

To mnie porusza, bo Sara pojawia się u Ciebie w snach w bardzo charakterystyczny sposób. Nie jako ktoś, kto coś od Ciebie chce. Nie jako zagrożenie. Nie jako symbol przemocy. Wręcz przeciwnie.

Napisałaś tylko jedno zdanie: „Była biszkoptowym labkiem.”

Nie ma tam akcji. Nie ma dramatyzmu. Jest po prostu obecność.

Mam wrażenie, że Sara bardzo często pełni w Twoich snach rolę czegoś, co Jung nazwałby figurą opiekuna albo wewnętrznego bezpiecznego obiektu. Nie dlatego, że „chroni przed wszystkim”, ale dlatego, że sama jej obecność oznacza świat, w którym istnieje łagodność i zaufanie.

To dobrze pasuje do tego, jak o niej opowiadasz na jawie. Wielokrotnie mówiłaś, że największym prezentem, jaki Ci dała, było zaufanie. Że chciałaś być człowiekiem godnym tego zaufania.

W tym sensie Sara nie jest tylko wspomnieniem psa. Jest też częścią Twojego własnego systemu wartości. Kiedy pojawia się jako duch, nie kojarzy mi się z czymś niepokojącym. Bardziej z tym, że w psychice nadal istnieje miejsce, które pamięta doświadczenie bezwarunkowej łagodności.

Jest jeszcze jedna rzecz, która rzuciła mi się w oczy.

Od 2017 roku zmieniają się dekoracje snów: kiosk, mieszkanie, kosmetyki, samochód, łóżko pod sufitem...

Ale przeciwnik pozostaje ten sam: ktoś narusza Twoje granice.

I Ty też pozostajesz tą samą osobą. Nawet jako trzyletnie dziecko protestowałaś przeciw przemocy. W snach z różnych okresów robisz dokładnie to samo: próbujesz chronić to, co uważasz za swoje i za słuszne.

To, co się zmienia na przestrzeni lat, to nie Twoje wartości, ale repertuar sposobów działania. W starszych snach częściej była bezradność. W nowszych coraz częściej pojawia się decyzja: „nie”, „wyrzucam”, „nie będę prowadzić”, „przytrzymaj mnie”, „to moje”.

To wydaje mi się ważniejszą zmianą niż sama treść poszczególnych snów. Nie dlatego, że zniknęło zagrożenie – ono nadal wraca – ale dlatego, że coraz częściej pojawia się również Twoje własne sprawstwo wobec niego.

piątek, 17 lipca 2026

Sen

17.07

                Jadę samochodem z rodzicami, ale nie wiem, dlaczego to ja prowadzę, skoro to oni odebrali mnie z Sosnowca i wiozą do Gołonoga, żeby zabrać Zorkę, bo wracamy do domu. Prowadzę źle - bo nie umiem prowadzić. Nie mam prawa jazdy i nie zamierzam go mieć, mówiłam to rodzicom wielokrotnie (także w realu). Matka mnie wyszydza, mimo że sama nie umie prowadzić, nawet źle. W końcu wysiadam, odmawiam prowadzenia w ogóle i znowu mówię, że przecież mówiłam, że nie będę mieć prawa jazdy!
            W drugim śnie jestem w jakimś nieznanym mieszkaniu, chyba w kamienicy. W pokoju, który ma ze 4 piętra wysokości. Siedzę z jakąś dziewczyną na górze łóżka piętrowego, a nasze łóżko znajduje się pod samym sufitem! Patrzenie w dół jest przerażające! Inne meble są normalne, stoją na podłodze, a z góry wyglądają na maleńkie. Wejście do przedpokoju nie ma drzwi, jest na tej ścianie co głowa łóżka. Okno jest na ścianie naprzeciwko. Jest biała długa firanka, ale wiem, że jest okno, a za nim piękne lato, dużo zieleni, stare drzewa. Gdyby nie morderca, byłoby tam przyjemnie mieszkać.
            Bo właśnie ukrywam się tam przed mordercą, który dobija się do drzwi. Czuję paniczny strach. Ta dziewczyna chce zejść i mu otworzyć. Błagam ją, żeby tego nie robiła, choć wiem, że morderca z łatwością może wyważyć drzwi, więc najlepiej udawać, że nas nie ma.
            Morderca jednak wszedł, rozejrzał się po mieszkaniu, nie zauważył mnie - i poszedł! Ale moje życie nie jest bezpieczne, bo nagle, siedząc na kolanach, zsuwam się z łóżka! Wiadomo, że nie przeżyję upadku z takiej wysokości! Ponieważ zjeżdżam kolanami do przodu, nie mam się jak i czego złapać, więc błagam tę dziewczynę, żeby mnie przytrzymała od tyłu. Nie chcę umierać w taki sposób, kiedy dopiero co umknęłam mordercy!
            Z trzeciego snu pamiętam tylko urywek. Marta i ja jesteśmy w jakiejś łazience. Wygląda na publiczną łazienkę w szpitalu. Białe ściany pomalowane farbą olejną, kabiny jedna obok drugiej. Z okna widać, że jesteśmy w dużym budynku o kształcie litery U, jak szpital. Znowu jesteśmy na ok. IV piętrze. Okna są podwójne, między nimi jest jakieś 10 cm przerwy. Pokazuję Marcie jakieś kosmetyki kolorowe i kremy. Drogie i mało dostępne. Chyba są prezentem dla kogoś. Siłą woli chowam je pomiędzy oknami, bo matka ciągle się pojawia i chce je zabrać - ukraść po prostu - dla siebie. Siłą woli przenoszę kosmetyki do kolejnego okna i kolejnego, i kolejnego... Jak to w snach, siła woli czasem działa lepiej, a czasem gorzej. Proszę Martę o pomoc, ale ona nie chce albo nie umie działać umysłowo i kosmetyki ani drgną. W końcu mam już tego dość i siłą woli ciskam kosmetykami przez otwarte okno - tak, żeby matka widziała i się odczepiła.
            W realu matka kradła moje rzeczy nagminnie. I nie mam na myśli tylko sprawy ukradzionego płaszcza. Brała sobie wszystko bez pytania i zgody, włamała się do skrzyni zamykanej na kłódkę, żeby mieć dostęp do moich dzienników, zamiast uczciwie zdobyć koje zaufania i dowiadywać się rzeczy o mnie - ode mnie. Jestem otwartą osobą, mówię o sobie dużo, ale matka nie chciała mnie znać, tylko mieć nade mną kontrolę.


To, co najbardziej rzuca mi się w oczy w tych trzech snach, to powracający motyw odbierania Ci sprawstwa. Nie chodzi już tylko o samą przemoc, ale o sytuacje, w których ktoś próbuje zmusić Cię do funkcjonowania według reguł, których sama nie wybrałaś.

W pierwszym śnie rodzice każą Ci prowadzić samochód, choć od dawna jasno komunikowałaś, że nie będziesz mieć prawa jazdy. To nie jest kwestia umiejętności prowadzenia, ale naruszenia granicy. W realnym życiu wielokrotnie mówiłaś „nie”, a mimo to inni zachowują się tak, jakby tego „nie” nie było. Matka dodatkowo wyśmiewa Cię za coś, do czego sama nie ma kompetencji. To bardzo przypomina znany z rzeczywistości schemat: wymaganie od Ciebie czegoś, czego nigdy nie chciałaś, a potem karanie Cię za to, że nie spełniasz cudzego oczekiwania.

Drugi sen jest niezwykle sugestywny. Łóżko zawieszone niemal pod sufitem sprawia, że już samo istnienie w tym miejscu wymaga ciągłego napięcia. Nie jesteś bezpieczna nawet wtedy, gdy morderca odchodzi. Najbardziej poruszyło mnie jednak to, że zagrożeniem nie jest tylko morderca. Gdy on znika, pojawia się inne niebezpieczeństwo: zaczynasz zsuwać się z łóżka.

To bardzo przypomina sytuację chronicznego stresu. Przez chwilę udaje się uniknąć jednego zagrożenia, ale organizm jest już tak wyczerpany, że pojawia się następne. Nie dlatego, że zrobiłaś coś źle, tylko dlatego, że samo utrzymywanie się „na wysokości” kosztuje ogromny wysiłek.

Jest jeszcze jedna rzecz. Nie próbujesz, jak bohaterowie filmów akcji, walczyć z mordercą. Nie prosisz tej dziewczyny, żeby go pokonała. Prosisz tylko, żeby Cię przytrzymała. To bardzo niewielka prośba. Nie oczekujesz, że ktoś rozwiąże za Ciebie problem. Potrzebujesz tylko tyle wsparcia, żeby nie spaść.

To jest bardzo charakterystyczny motyw wielu Twoich snów. Nie prosisz o uratowanie świata. Prosisz o elementarne współdziałanie.

Trzeci sen jest chyba najbardziej dosłowny. Kosmetyki nie są zwykłymi kosmetykami. To Twoje rzeczy, Twój wybór, coś przeznaczonego dla kogoś według Twojej decyzji. Matka znowu chce je zabrać. Robi dokładnie to, co – jak sama napisałaś – robiła w rzeczywistości przez lata.

Bardzo ciekawy jest sposób, w jaki próbujesz je chronić. Nie chowasz ich do szafy ani do sejfu. Przenosisz je siłą woli z jednego okna do drugiego. Jakby jedyną przestrzenią, nad którą naprawdę masz kontrolę, był Twój własny umysł.

Kiedy Marta nie potrafi Ci pomóc, podejmujesz radykalną decyzję: wyrzucasz kosmetyki przez okno.

Na pierwszy rzut oka wygląda to jak strata. Ale psychologicznie można to odczytać inaczej. Skoro jedyną alternatywą jest pozwolenie matce na kradzież, wybierasz rozwiązanie: „nie będzie ich miała, nawet jeśli ja też je stracę”. To jest odzyskanie sprawstwa. Nie idealne, kosztowne, ale własne.

Zastanowiło mnie jeszcze coś, co łączy wszystkie trzy sny.

W pierwszym mówisz: „Nie będę prowadzić.”

W drugim mówisz: „Przytrzymaj mnie.”

W trzecim mówisz właściwie: „Skoro nie potrafisz uszanować, że to moje, to sama zdecyduję, co się z tym stanie.”

To są trzy różne zdania, ale wszystkie mają wspólny rdzeń: wyznaczanie granicy.

Nie ma w nich agresji. Nie ma zemsty. Jest bardzo spokojne, konsekwentne: „to jest moje”, „tego nie zrobię”, „tego potrzebuję”, „na to się nie zgadzam”.

Myślę też, że nieprzypadkowo w drugim śnie największym zagrożeniem okazuje się nie sam morderca, ale upadek. W poprzednich rozmowach wiele razy wracało u Ciebie rozróżnienie między samą przemocą a skutkami wieloletniego życia pod jej wpływem. Morderca symbolizuje źródło zagrożenia, ale organizm może „puścić” już po jego odejściu. To bardzo trafny obraz tego, jak działa przewlekły stres.

I jeszcze drobiazg, który bardzo mi się spodobał. W trzecim śnie jedyną osobą, którą prosisz o pomoc, jest Marta. Nie prosisz matki, nie próbujesz z nią negocjować. To pokazuje, że nawet we śnie nie oczekujesz już od niej zmiany. Energię kierujesz tam, gdzie potencjalnie mogłaby pojawić się współpraca. Nawet jeśli tym razem Marta jej nie udziela, sam wybór, do kogo się zwracasz, jest znaczący.

środa, 15 lipca 2026

Sen

15.07

                Sen nr 1. Nie mam pojęcia, dlaczego, ale próbuję się dostać do jakiegoś mieszkania. Raczej nie jest moje. W środku jest dwoje ludzi, ale nieznanych mi i nawet nie zapamiętałam ich płci. Byli w lekkim oddaleniu od drzwi, przy których stałam, więc nie widziałam ich dobrze. Od drzwi zaczynał się bardzo wąski korytarz, przez który ledwie było można się przecisnąć, więc ściana zasłaniała jedną z osób, ale słyszałam jej głos. Pamiętam, że ściany były białe, a po lewej stronie stała szafeczka, jakie często stoją w przedpokojach. I ja stałam w tym przedpokoju, na początku korytarza, tyłem do drzwi.
            Wejście było śmiertelnie niebezpieczne. Po lewej stronie, przy ścianie, biegły 2 małe rurki. O średnicy trochę większej od liny do wspinaczki. W jednej rurce biegła właśnie lina, tak w powietrzu. Rurka częściowo była szklana, więc widziałam tę linę. Żeby móc wejść do mieszkania, ta lina musiała się zahaczyć o haczyk biegnący z drugiej strony rurki. Nikt tego nie mógł dotknąć, więc nie wiem, na jakiej zasadzie to urządzenie decydowało, że lina zahaczy o haczyk albo nie. Ale gdyby nie zahaczyła, to z drugiej rurki wyszedłby szpikulec i przebiłby mnie na wylot, zabijając.
            Nie mam pojęcia, po co miałam tam wejść, czy ja tego chciałam i dlaczego było to tak trudne. Ale szło mi źle. Lina się naprężała coraz bardziej i widać było, że za chwilę zapnie się o ten haczyk, a ja nie miałam na to żadnego wpływu. Wygląda na to, że ludzie wewnątrz też nie, ale tak nie do końca, bo kobieta - to chyba była kobieta - powiedziała do tej drugiej osoby (odniosłam wrażenie, że to facet), żeby ta poszła od tyłu i mi pomogła wejść.
            Sen nr 2. Mam zdawać maturę, ale wszystko jest bardzo dziwne. Jestem na wolnej przestrzeni, ale jest ciemno, więc nie widzę okolicy wokół. Oświetlona jest tylko wielka szara zjeżdżalnia podobna do takich na basenie, ale stoi tak po prostu na ziemi. Nie ma dachu, zjeżdża się, będąc widocznym z zewnątrz. Są różne zakręty. Jest sporo ludzi, zjeżdżają jedno za drugim. W jakiś sposób ten zjazd decyduje o tym, czy się zda maturę. Wiem, że muszę zjechać tak, żeby mnie nie zauważył jakiś człowiek, bo z jakiegoś powodu on by mnie "wydał" i nie zdałabym matury, choć jestem przygotowana, a od zdania jej znowu zależy moje życie.
            Ostatni kadr snu: jestem w trakcie zjazdu i wypatrzyłam tego faceta, który może mnie wydać. Kulę się i odwracam twarz w drugą stronę, ale nie mogę już zatrzymać zjazdu, mogę tylko liczyć na to, że mnie nie rozpozna.


Dziękuję za tak dokładny opis. Zwróciły moją uwagę dwie rzeczy, które pojawiają się w obu snach i które bardzo często przewijają się także w Twoich wcześniejszych snach: próba przejścia przez jakiś mechanizm oraz poczucie, że wynik zależy od czegoś, na co masz niewielki wpływ, mimo że od tego zależy bardzo wiele.

Pierwszy sen właściwie nie jest snem o mieszkaniu. Śni się próg. To nie jest przestrzeń, w której żyjesz, tylko moment przejścia do niej. Najbardziej niezwykłe jest urządzenie z liną. Nie przypomina ono żadnej rzeczywistej pułapki. Działa według własnych zasad. Ty nie możesz go dotknąć, nie możesz nim sterować ani przewidzieć, a jednocześnie od jego działania zależy życie. Bardzo przypomina to doświadczenie życia w otoczeniu przemocy, w którym człowiek uczy się, że „mogę zrobić wszystko poprawnie, a i tak nie wiem, czy zostanę ukarana”. To nie jest zwykły lęk przed porażką, lecz świat, w którym reguły są arbitralne.

Sama lina jest ciekawa. Nie jest martwym elementem konstrukcji. Porusza się, napina i próbuje znaleźć haczyk. Odebrałam ją wręcz jako obraz nadziei. Ty nic nie możesz zrobić, ale lina cały czas próbuje się zaczepić, jakby świat sam szukał sposobu, żeby jednak Cię przepuścić. Z kolei szpikulec jest symbolem zagrożenia, które nie wynika z walki ani z czyjejś bezpośredniej agresji. Wystarczy jedna decyzja mechanizmu. To przypomina wiele Twoich snów, w których niebezpieczeństwo wynika bardziej z działania systemu niż z konkretnego człowieka.

Bardzo ważni są też ludzie znajdujący się w mieszkaniu. Oni nie śmieją się z Ciebie ani nie chcą Ci zaszkodzić. Wręcz przeciwnie – jedna osoba mówi drugiej, żeby poszła Ci pomóc. To pierwszy raz od dawna, kiedy ktoś „po drugiej stronie” próbuje znaleźć sposób, żeby Cię przeprowadzić przez próg, nawet jeśli sam nie ma pełnej kontroli nad sytuacją.

Drugi sen również nie wydaje mi się snem o maturze. To raczej sen o egzaminie z prawa do istnienia. Sama podkreślasz, że jesteś przygotowana. Problemem nie jest więc wiedza ani umiejętności. Problem polega na tym, że ktoś może Cię zauważyć. To ogromna różnica. Nie chodzi o to, żeby dobrze wykonać zadanie, ale o to, żeby nie zostać wskazaną.

Kilka dni temu śnił Ci się rollercoaster, teraz znowu pojawia się zjazd. Tym razem jednak mechanizm działa prawidłowo. Nie ma katastrofy ani awarii. Ty jedziesz i nie możesz już zatrzymać ruchu, możesz jedynie zdecydować, jak się ułożysz. To wydaje mi się ciekawą zmianą względem wcześniejszego snu. Sam tor nie jest już zagrożeniem. Niebezpieczeństwem staje się człowiek, który może Cię rozpoznać.

Najmocniejszy jest właśnie motyw rozpoznania. Nie chodzi o to, żebyś była najlepsza ani żeby nie popełniła błędu. Chodzi tylko o to, żeby nie zostać zauważoną przez właściwą osobę. Bardzo przypomina to doświadczenie wielu osób żyjących długo w przemocy – „najbezpieczniej jest nie zwracać na siebie uwagi”. Nie dlatego, że zrobiły coś złego, lecz dlatego, że samo zauważenie może uruchomić zagrożenie.

Mam wrażenie, że oba sny opowiadają o tym samym z dwóch stron. W pierwszym próbujesz wejść, w drugim próbujesz przejść. W obu istnieje mechanizm, istnieje ktoś po drugiej stronie, wynik ma ogromne znaczenie, ale nie zależy wyłącznie od Ciebie.

Jednocześnie pojawia się coś nowego. W pierwszym śnie ktoś chce Ci pomóc. W drugim sam mechanizm nie jest już wrogi – zjeżdżalnia działa poprawnie. Zagrożeniem jest dopiero człowiek, który może Cię rozpoznać. To subtelna, ale ważna zmiana względem wielu wcześniejszych snów, w których samo otoczenie było niebezpieczne. Tutaj świat wydaje się bardziej neutralny, a źródłem zagrożenia staje się ocena drugiego człowieka.

Jest jeszcze jeden drobiazg, który mnie zaciekawił. W pierwszym śnie stoisz tyłem do drzwi. Gdyby chodziło wyłącznie o wejście, naturalnie patrzyłabyś w ich stronę. Tymczasem cała Twoja uwaga skupia się nie na tym, co zostawiasz za sobą, lecz na samym przejściu przez niebezpieczny próg. To jeszcze bardziej podkreśla, że najważniejszy nie jest cel podróży, ale moment przekroczenia granicy i to, czy uda się go przetrwać.


                W tym mieszkaniu jestem już za progiem, skoro drzwi mam za plecami. Przeszłam już przez próg, dopiero dalej jest niebezpiecznie, a z jakiegoś powodu drzwi się za mną zamknęły i nie mogę się już wycofać, ale ten mężczyzna może wyjść z drugiej strony i dotrzeć do mnie od tyłu, przechodząc przez te same drzwi co ja, i pomóc mi, stojąc ok mnie. Skoro on już był w tym mieszkaniu, to może mnie razem z nim ten mechanizm przepuści?


To zmienia bardzo ważny szczegół. Dobrze, że mnie zatrzymałaś, bo rzeczywiście błędnie odczytałam przestrzeń. Jeżeli drzwi są za Twoimi plecami, to próg został już przekroczony. To nie jest sen o wejściu. To jest sen o znalezieniu się wewnątrz systemu, z którego nie można się już po prostu wycofać. To bardzo zmienia znaczenie tego mechanizmu. Nie stoisz przed egzaminem. Już go podjęłaś. Nie możesz powiedzieć: „to ja jednak wychodzę”. Droga odwrotna jest zamknięta. Zagrożenie jest dopiero przed Tobą. I właśnie wtedy pada zdanie kobiety: „Idź od tyłu i jej pomóż.” To zdanie mnie poruszyło jeszcze bardziej po Twoim dopowiedzeniu. Bo ten mężczyzna nie ma wyłączyć mechanizmu. On nie ma go zniszczyć. Nie ma go oszukać. Ma po prostu stanąć obok Ciebie. Jakby jego obecność miała coś zmienić. To przypomina mi bardzo wiele sytuacji z życia. Są mechanizmy, których jedna osoba nie może pokonać sama. Ale obecność drugiej osoby zmienia wszystko. Nie dlatego, że prawa fizyki się zmieniają, tylko dlatego, że przestajesz być sama wobec zagrożenia.

Piszesz: "Skoro on już był w tym mieszkaniu, to może mnie razem z nim ten mechanizm przepuści?" I to jest właśnie myśl, która wydaje mi się najciekawsza. W śnie nie pojawia się pomysł: „on wyłączy urządzenie”. Pojawia się pomysł: „może razem będzie inaczej”. To bardzo różni się od wielu Twoich wcześniejszych snów, w których ratunek polegał na tym, że sama musiałaś coś zrobić: ratować szczury, wyciągać zwierzęta z wody, walczyć z matką, szukać wyjścia. Tutaj rozwiązanie nie polega na większym wysiłku z Twojej strony. Rozwiązaniem miałaby być obecność drugiego człowieka. To jest dla mnie coś nowego.

Zastanawiam się też nad samą konstrukcją urządzenia. Lina ma się zaczepić o haczyk. To nie jest przypadkowe zestawienie. Lina i hak istnieją właśnie po to, żeby się połączyć. Cały mechanizm jest skonstruowany tak, żeby połączenie było możliwe. Dopiero gdy ono nie nastąpi, pojawia się szpikulec. To trochę tak, jakby sen mówił: "Domyślnym stanem świata powinno być połączenie. Śmierć pojawia się dopiero wtedy, gdy połączenie się nie uda." To bardzo ciekawy kontrast wobec wielu Twoich wcześniejszych snów, gdzie świat wydawał się z definicji wrogi. Tutaj świat jest raczej... niepewny. Jeszcze jedna rzecz mnie zastanawia. To kobieta mówi mężczyźnie, żeby Ci pomógł. Nie mówi: „niech sobie radzi”. Nie mówi: „to jej problem”. Od razu zakłada, że trzeba Ci pomóc.

Po wszystkich snach, które mi opowiadałaś przez ostatnie miesiące, jest to wręcz nietypowe. Bardzo często śniły Ci się osoby, które patrzyły, ignorowały albo wybierały kogoś innego. Tutaj pierwszą reakcją tej kobiety jest: pomóc. Nie wiemy, czy zdążył. Obudziłaś się wcześniej. Ale sam fakt, że taka reakcja w ogóle pojawiła się w Twoim śnie, wydaje mi się znaczący. Nie dlatego, że oznacza jakąś przepowiednię, lecz dlatego, że Twoja psychika dopuściła scenariusz, w którym ktoś nie odwraca wzroku od zagrożenia, tylko odruchowo szuka sposobu, żeby być obok Ciebie. To jest jakościowo inny motyw niż ten, który pojawiał się w wielu wcześniejszych koszmarach.


poniedziałek, 13 lipca 2026

Sen

Dziś tylko urywek snu. Tym razem Gołonóg, ale mieszkanie dziadków nie przypomina rzeczywistego. Cała rodzina szykuje się na komunię Adama, mimo że Adam w tym śnie ma jakieś 15 lat. Śmignął do góry, ale jeszcze nie nabrał ciała. Cała rodzina jest u dziadków w mieszkaniu i szykuje się do wyjścia. Eleganckie stroje. Ja mam na tę okazję specjalnie uszytą nową sukienkę. Nie wiem, dlaczego wszyscy mają stroje wieczorowe i nikogo to nie dziwi. Ja też mam długą czarną, błyszczącą suknię z czerwonymi akcentami. Matka robi awanturę, jak w realu, więc stwierdzam, że nie idę do kościoła. Każę matce wybierać: albo mam iść do kościoła, albo jej awantura. Matka wybiera awanturę, ale to na mnie rodzina patrzy, jakbym to ja się awanturowała. Znowu jak w realu!


Ten sen jest krótki, ale bardzo spójny z wieloma wcześniejszymi. Mam wrażenie, że nie wnosi nowego konfliktu, tylko pokazuje go w bardzo skondensowanej formie.

Najpierw zwróciłam uwagę na miejsce. Znowu pojawia się mieszkanie z dzieciństwa, ale nie jest realistyczne. To powtarza się u Ciebie bardzo często. Piaski, Gołonóg, Warszawa – we śnie są rozpoznawalne jako to miejsce, ale układ pomieszczeń jest inny. Wygląda to tak, jakby Twój mózg nie odtwarzał konkretnych mieszkań, tylko budował symboliczną przestrzeń związaną z rodziną i dzieciństwem. W takich miejscach prawie zawsze wydarza się coś dotyczącego relacji, a nie samego domu.

Ciekawy jest też Adam. Ma piętnaście lat, ale przygotowuje się do Pierwszej Komunii. To bardzo nielogiczne, a jednak sny często robią coś takiego z rytuałami przejścia. Komunia jest momentem wejścia do wspólnoty, uznania przez rodzinę i Kościół, a piętnastoletni chłopak wygląda już prawie jak dorosły. Jakby dwa etapy życia nałożyły się na siebie. Nie mam poczucia, że ten sen jest o Adamie. Komunia jest raczej pretekstem do zebrania całej rodziny.

Bardzo spodobał mi się motyw strojów. Wszyscy są ubrani wieczorowo, jak na galę, i nikogo to nie dziwi. Ty również masz specjalnie uszytą suknię – długą, czarną, błyszczącą, z czerwonymi akcentami. To niezwykle elegancki strój jak na komunię. W Twoich snach ubrania często mają znaczenie. Bywałaś ich pozbawiana przez matkę, biegałaś nago, szukałaś ich, walczyłaś o nie. Tutaj przeciwnie – masz własną, piękną suknię, przygotowaną specjalnie dla Ciebie. To wygląda jak symbol gotowości do uczestniczenia w ważnym wydarzeniu. I właśnie wtedy matka robi to, co robi od lat – wywołuje awanturę.

Najmocniejszy moment snu to jednak Twoje zdanie: „Albo mam iść do kościoła, albo jej awantura.” To brzmi jak postawienie granicy. Nie mówisz: „Nie idę, bo mi się nie chce.” Nie mówisz: „Nie lubię kościoła.” Mówisz bardzo konkretnie: jeśli ona wybiera przemoc, ja wycofuję się z sytuacji. To jest zupełnie inna postawa niż w wielu wcześniejszych snach, w których próbowałaś ratować sytuację za wszelką cenę. Tutaj stawiasz warunek.

I wtedy dzieje się coś, co niestety pojawiało się już wiele razy. Matka świadomie wybiera awanturę. A rodzina patrzy na Ciebie tak, jakby to była Twoja decyzja. To bardzo przypomina wcześniejszy sen z policją, gdzie matka zorganizowała całe przedstawienie, a Ty od początku próbowałaś tylko zakończyć konflikt. Tam również odpowiedzialność została odwrócona. Nie osoba wywołująca chaos była postrzegana jako problem, tylko ta, która próbowała postawić granicę.

To odwrócenie ról wydaje mi się najważniejszym motywem tego snu. Nie sama awantura, bo ona pojawia się niemal zawsze. Najbardziej boli chyba to, że świadkowie widzą coś zupełnie innego niż Ty. Ty widzisz prosty ciąg zdarzeń: matka wszczyna awanturę → stawiasz granicę → rezygnujesz z wyjścia. Rodzina widzi: Ty nie idziesz do kościoła → więc to Ty robisz problem. Jakby pierwszy element całkowicie zniknął.

To bardzo współgra z tym, co opisywałaś nie tylko w snach, ale też w rzeczywistości. W wielu Twoich opowieściach przewija się doświadczenie, że inni dostrzegają reakcję, ale nie dostrzegają tego, co ją wywołało. Ten sen pokazuje ten mechanizm niemal podręcznikowo. Nie chodzi już nawet o samą matkę. Chodzi o to, że otoczenie przyjmuje jej wersję wydarzeń, ponieważ widzi tylko ostatni akt całej historii.

       

     Matka awanturuje się przy wszystkich, więc oni doskonale to widzą i wiedzą, a mimo to reagują przemocą tak samo jak ona. Też jak w realu, mimo że matka swoją przemoc w realu ukrywa tak, żebym tylko ja ją widziała, a przed innymi gra idealną.


To bardzo ważne doprecyzowanie i rzeczywiście zmienia akcent interpretacji.

W pierwszej chwili odczytałam ten sen przez pryzmat wielu wcześniejszych, w których matka działała zakulisowo, manipulowała obrazem sytuacji albo organizowała "przedstawienie". Tutaj jednak opisujesz coś innego. W tym śnie wszyscy widzą dokładnie to samo, co Ty. Widzą, że awanturę wszczyna matka. Nie ma żadnego nieporozumienia ani ukrytej manipulacji. A mimo to odpowiedzialność zostaje przeniesiona na Ciebie.

To jest znacznie bardziej niepokojący mechanizm.

Bo wtedy nie chodzi już o to, że ludzie zostali oszukani. Chodzi o to, że akceptują przemoc, a sprzeciw wobec niej uznają za większy problem niż samą przemoc.

W tym śnie właściwie nie robisz nic agresywnego. Nie odpowiadasz awanturą na awanturę. Nie wyzywasz matki. Nie próbujesz jej zawstydzić. Mówisz tylko: w takich warunkach nie pójdę. To jest wycofanie się z sytuacji, a nie atak. A jednak to właśnie Ty stajesz się dla otoczenia problemem.

To przypomina mechanizm, który psychologowie czasem opisują jako ochronę istniejącego porządku. W rodzinach, w których jedna osoba od dawna zachowuje się destrukcyjnie, pozostali mogą zacząć traktować jej zachowanie jako coś "normalnego". Wtedy każda osoba, która próbuje ten układ zakwestionować, nawet bardzo spokojnie, jest odbierana jako ta, która burzy spokój. Nie dlatego, że rzeczywiście go burzy, tylko dlatego, że ujawnia coś, z czym reszta nauczyła się żyć.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie uderzyła. Piszesz, że w rzeczywistości matka ukrywa przemoc przed innymi, a we śnie tego nie robi. Mam wrażenie, że sen świadomie zdejmuje tę zasłonę. Jakby mówił: załóżmy na chwilę, że wszyscy widzą prawdę. Co wtedy? I odpowiedź snu brzmi: nawet wtedy mogliby stanąć po jej stronie.

To nie jest, moim zdaniem, przepowiednia ani stwierdzenie faktu o wszystkich ludziach wokół Ciebie. Raczej wyraz bardzo głębokiego lęku albo doświadczenia: że samo ujawnienie przemocy nie gwarantuje sprawiedliwości. Że można zostać potraktowany niesprawiedliwie nawet wtedy, gdy fakty są widoczne.

To dobrze współgra z innymi Twoimi snami z ostatnich tygodni. W śnie z lustrem weneckim nie mogłaś zmienić systemu, mogłaś tylko powiedzieć dziewczynce dwa dobre słowa. W śnie z policją wszyscy mogli zobaczyć, że matka robi przedstawienie, ale to nie kończyło problemu. W śnie z komunią znowu okazuje się, że sama prawda nie wystarcza, żeby ludzie zareagowali sprawiedliwie.

Jest natomiast coś, co pozostaje niezmienne we wszystkich tych snach: Ty nie przyjmujesz reguł, które uważasz za złe. Nie zgadzasz się straszyć dziewczynki. Nie godzisz się udawać, że awantura jest normalna. Nie walczysz o spadek dla siebie. Za każdym razem próbujesz zachować własne zasady, nawet jeśli sen pokazuje, że nie przynosi to nagrody. To jest chyba najbardziej stały motyw przewijający się przez Twoje sny z ostatnich miesięcy.


W realu nie robiłabym tego Adamowi. Poszłabym na jego komunię mimo przemocy matki, chyba że on sam uznałby, że to nie jest tego warte. To zachowanie baranów idących na rzeź zawsze było dla mnie niezrozumiałe, nawet kiedy miałam 3 lata. Przecież w kupie siła, wystarczyłoby, żeby wszyscy stanęli po stronie uczciwości i braku przemocy i to by się skończyło. Wystarczyłoby reagować, a nie na siłę się powstrzymywać przed reakcją. Przecież powstrzymywanie się przed reakcją jest destrukcyjne dla wszystkich i ma znacznie większy koszt niż reakcja! W realu wszyscy wiedzą o przemocy matki, bo ją ujawniłam! A mimo to i tak wybierają przemoc, jak we śnie. Ludzie świadomie wybierają granie w grę przemocowca!


To, co napisałaś dalej, wydaje mi się jeszcze ciekawsze. Piszesz:

"Przecież w kupie siła."

Mam wrażenie, że to jest jedno z Twoich najgłębszych przekonań, które przewija się przez wiele snów. Bardzo często nie dziwi Cię sama przemoc jednego człowieka. Dziwi Cię bierność pozostałych.

I rzeczywiście, to widać niemal wszędzie.

W śnie o poparzeniach wystarczyło, żeby jedna z trzech zdrowych osób zajęła się Tobą.

W śnie z dziewczynką za lustrem wystarczył jeden akt dobra, żeby przerwać mechaniczne wykonywanie okrucieństwa.

W śnie o komunii wystarczyłoby, żeby rodzina powiedziała: „To nie Dagmara robi problem. Najpierw uspokójmy awanturę”.

W śnie z policją wystarczyłoby, żeby ktoś zauważył, że przedstawienie zostało wyreżyserowane.

Masz rację, że w tych snach powtarza się nie tyle pytanie: „Dlaczego jedna osoba jest okrutna?”, ile: „Dlaczego pozostali się na to godzą?”

Natomiast przy jednym zdaniu byłabym ostrożna:

"Ludzie świadomie wybierają granie w grę przemocowca."

Myślę, że w niektórych sytuacjach rzeczywiście tak bywa. Ale nie sądzę, żeby to była jedyna możliwa przyczyna. Ludzie mogą zachowywać się w ten sposób z bardzo różnych powodów: ze strachu, z przyzwyczajenia, z wygody, z poczucia bezradności, z przekonania, że „tak będzie spokojniej”, z błędnej oceny sytuacji albo dlatego, że sami nauczyli się funkcjonować w podobnych układach. To oczywiście nie usprawiedliwia bierności ani wspierania przemocy, ale oznacza, że motywacje różnych osób mogą być różne.

Natomiast rozumiem, dlaczego w Twoim odbiorze wygląda to jak świadomy wybór. Jeśli ktoś ma wiedzę o przemocy i mimo to staje po stronie osoby stosującej przemoc albo odwraca wzrok, skutki dla osoby pokrzywdzonej mogą być bardzo podobne niezależnie od tego, z jakiego powodu to robi.

To, co mnie uderza najbardziej w Twoich snach z ostatnich tygodni, to właśnie ten motyw. Wiele osób interpretuje sny o prześladowaniu jako opowieści o jednym prześladowcy. U Ciebie coraz częściej głównym tematem nie jest sam prześladowca. Jest nim reakcja otoczenia. To, czy ktoś zareaguje. Czy ktoś powie: „Stop”. Czy ktoś uzna, że dobro i uczciwość są ważniejsze niż utrzymanie pozornego spokoju.

I jeszcze jedna rzecz. Napisałaś:

"To zachowanie baranów idących na rzeź zawsze było dla mnie niezrozumiałe, nawet kiedy miałam 3 lata."

To zdanie bardzo dobrze pasuje do wielu Twoich snów. W nich niemal zawsze pojawia się postać, która mimo zagrożenia robi coś zgodnego z własnym sumieniem: sowa śpiewa ukrywającym się ludziom, staruszek daje Ci schronienie, Ty mówisz dziewczynce: „Jesteś świetna”, ratujesz zwierzątko na kutrze. Wygląda to tak, jakby Twoja wyobraźnia nieustannie szukała odpowiedzi na pytanie: czy w sytuacji zagrożenia można zachować się inaczej niż większość? I bardzo często odpowiedź snu brzmi: tak, można — choć nie zawsze oznacza to, że uda się zmienić cały system.


            Ludzie mogą zachowywać się w ten sposób z bardzo różnych powodów: ze strachu, z przyzwyczajenia, z wygody, z poczucia bezradności, z przekonania, że „tak będzie spokojniej”, z błędnej oceny sytuacji albo dlatego, że sami nauczyli się funkcjonować w podobnych układach -> Każda z tych sytuacji jest nadal wyborem. Nie ma obowiązku w tych sytuacjach tkwić, ludzie to wybierają. Wybierają krzywdzenie innych, choć nie muszą. Matka przecież nie stosuje przemocy wobec nich, nic im nie grozi, jeśli to przerwą. A nawet gdyby, to matka jest jedna, tylko jedna, można ją wyostracyzmować z rodziny. Ją, nie ofiarę. Każdy wybiera przemoc z innego powodu, ale to nadal wybór. Bo nie mówimy przecież o sytuacji, w której reakcja grozi niebezpieczeństwem czy śmiercią. Za reakcję nie grozi postrzał ani dźgnięcie nożem. To nie Auschwitz, gdzie ludzie szerzyli dobro mimo, że sami mogli z tego powodu umrzeć. Matka jest jak esesman, a reszta leci za nią ślepo jak kapo. Gorzej, kapom też groziła śmierć za niewykonanie rozkazu, a im nic nie grozi.

niedziela, 12 lipca 2026

Sen

12.07

                Znowu jakieś koszmary dziś! Najpierw śniło mi się, że stałam na jakimś korytarzu, który wyglądał jak szpitalny. Ze mną była matka i troje jakichś ludzi, którzy okazali się być moim przyrodnim rodzeństwem. Zmarł mężczyzna, który okazał się być moim ojcem biologicznym (nazwijmy go tata B). Okazało się, że matka miała mnie z nim, bo zdradziła mojego tatę właściwego (tatę A). W realu to się nie wydarzyło, a tata A jest takę tatą B. We śnie ci ludzie okazali się dziećmi taty B z jego legitnego małżeństwa, a ja dzieckiem z nieprawego łoża. Zarówno dla nich, jak i dla mnie było to zaskoczeniem, bo nikt o tym nie wiedział. Matka nic mi nie powiedziała i przez całe moje życie nie pozwalała tacie B się ze mną spotkać.
            Omawiamy jego testament, a raczej jego brak. Okazało się, że za życia tata A wyrażał chęć, żeby cały jego wielki majątek przekazać na cele charytatywne. Nikomu z nas nic nie zostawił. Jego legalne dzieci były tym rozgoryczone i zbulwersowane, ja - nie. Zaproponowałam, żebyśmy się wszyscy przebadali, czy nie mamy jakichś ciężkich chorób wymagających drogiego leczenia (we śnie chyba byłam zdrowa?). I tłumaczę im, że tata B na pewno nie pozbawiłby nas leczenia i życia, gdyby wiedział, że ciężko na coś chorujemy i potrzebujemy pieniędzy na leczenie. Jeśli któreś z nas jest ciężko chore, to prawnik mógłby stworzyć dla tego brata albo siostry fundusz powierniczy na leczenie. Wtedy to stałoby się celem charytatywnym, tak jak chciał tata B, a pieniądze, które by zostały, moglibyśmy przekazać na jeszcze jakiś inny cel charytatywny. Natomiast jeśli jesteśmy zdrowi, to nie potrzebujemy tego majątku przecież, sami zapracujemy.
            I drugi sen. Mieszkam na Piaskach, sama. Mieszkanie jest w pełni moje, a to matka mieszka w Warszawie. Mieszkanie wygląda jak prawdziwe, w moim pokoju stoi jeszcze pianino, które teraz stoi w Warszawie w dużym pokoju. Któregoś dnia wstaję po ataku snu, jest już wieczór, jest szarawo na dworze. Słyszę jakieś odgłosy, wchodzę do kuchni i ze zgrozą spostrzegam, że przy stole siedzi matka. Pijana czy naćpana, ma rozszerzone źrenice (w realu nigdy nie używała żadnych używek). Zaczyna się awanturować (i to już jest realne, niestety), więc ją wyrzucam z mieszkania. Telefon i tablet zostawiła na pianinie. Chciałabym je jej oddać, żeby nie miała powodu wracać, ale nie mogę otworzyć drzwi, bo znowu się wepchnie na siłę.
            A, jeszcze zanim ją wyrzuciłam, wyjrzałam przez okno w kuchni, a przed blokiem stoją 2 nowoczesne limuzyny, pełne pijanych i naćpanych ludzi w strojach wieczorowych, widać, że wracają z jakiejś imprezy. Jakaś długa goła kobieca noga wystaje przez otwarte drzwi samochodu. Obok stoi Agnieszka Szulim-Badziak-Woźniak-Starak (nie wiem, czemu akurat ona, w realu lubię ją jako dziennikarkę i prowadzącą) i widzę, że czekają na matkę, już lekko zniecierpliwieni. Rzucam jakąś uwagę, że ładne sobie matka towarzystwo znalazła.
            Po tym, jak matka wyszła, myślałam, że to koniec tej awantury, ale nie. Okazało się, że matka zrobiła to, czym mnie straszy ciągle w realu: przedstawienie! Sfingowała powrót do domu, właśnie po to, żebym ją wyrzuciła. Zapewniła sobie świadków, celowo znanych, żeby wszystkie oczy były skierowane na nią. I pyk, słyszę hałasy w tramwaju i widzę, że przez okno wchodzi matka z policją! Za oknem widać migające policyjne światła (w realu od tamtej strony nie ma podjazdu dla aut). Matka kazała policji się włamać. To absurdalne, bo policję wpuściłabym legalnie, przez drzwi, żeby zabrała wszystko, co do matki należy w tym mieszkaniu, a samo mieszkanie w tym śnie należało do mnie, więc matka nie miała do niego prawa.
            Policjant, który wszedł di mieszkania przez okno, nie jest wobec mnie niegrzeczny, przeciwnie, heheszkuje sobie. Zdejmuje z szafy w przedpokoju ogromną walizkę taty, w której w tym śnie matka trzymała buty, i heheszkuje, że pewnie tam jest czyjaś odcięta głowa. Mówię, żeby ją od razu zabrał - żeby zabrał wszystko, co w tym mieszkaniu należy do matki, żebym w końcu miała od niej spokój, ale oboje rozumiemy, że to nie jest cel matki. Celem matki jest pokazówka.
            We śnie trwa to jakiś czas. Omdlewam już z bólu, nie jestem w stanie ustać, stoję zgięta w pół. Matka we śnie przyszła, zanim wzięłam leki - co w realu jest zawsze jedną z jej technik przemocowych: zawsze przychodzi, zanim wezmę leki, żebym mdlała z bólu. Nawet taką przewagę musi mieć. Ból mnie budzi. Jeszcze we śnie zaczynam się zastanawiać, czy to prawdziwy ból, czy sen, ale po przebudzaniu jeszcze przez chwilę czuję ten ból - ten największy w EDS6, który przykuwa mnie do wózka i łóżka - i jestem tak tym przerażona, że on jest realny, że wstaję.


Te dwa sny wydają mi się bardzo różne w warstwie fabularnej, ale oba obracają się wokół tego samego pytania: kto naprawdę ma prawo decydować o Twoim życiu i o Twojej tożsamości? Co ciekawe, w obu przypadkach odpowiedź brzmi: nie zgadzasz się, żeby tę władzę miała matka.

Pierwszy sen jest niezwykły, bo po raz pierwszy od dawna matka nie jest jego główną bohaterką. Jest raczej kimś, kto uruchamia całą historię przez swoje dawne kłamstwo. To ona ukryła istnienie biologicznego ojca, odebrała Tobie możliwość poznania go i jemu możliwość poznania Ciebie. Ale kiedy tajemnica wychodzi na jaw, nie skupiasz się na niej ani na własnej krzywdzie. Najbardziej uderzyło mnie to, że w ogóle nie myślisz o spadku. Twoją pierwszą reakcją jest znalezienie rozwiązania zgodnego z wolą zmarłego. Proponujesz przebadanie rodzeństwa nie po to, żeby zdobyć pieniądze, lecz żeby sprawdzić, czy ktoś naprawdę ich potrzebuje. W tym śnie ogromny majątek przestaje być nagrodą, a staje się odpowiedzialnością.

To bardzo charakterystyczne dla Twoich snów. Już kilka razy pojawiał się motyw, że kiedy inni walczą o własny interes, Ty próbujesz znaleźć rozwiązanie sprawiedliwe dla wszystkich. Tak było choćby w śnie o przyrodnim rodzeństwie – zamiast walczyć o swoje prawa jako „pominięte dziecko”, od razu myślisz o funduszu na leczenie. To znowu przypomina ten sam rys, który widziałam w śnie z dziewczynką za lustrem weneckim: nawet w sytuacji, która dotyczy Ciebie, pierwszym odruchem jest ochrona innych albo szukanie uczciwego rozwiązania.

Drugi sen jest znacznie bliższy rzeczywistości i chyba dlatego tak bolesny. Bardzo zwróciłam uwagę na początek. Mieszkanie jest wreszcie Twoje. Matka mieszka gdzie indziej. To pierwszy raz od dawna, kiedy we śnie naprawdę masz własną przestrzeń. I właśnie wtedy ona wraca. Nie dlatego, że chce tam mieszkać. Nie dlatego, że czegoś potrzebuje. Wraca wyłącznie po to, żeby zniszczyć poczucie bezpieczeństwa.

Bardzo realistyczny wydaje mi się motyw „przedstawienia”. Sama używasz tego słowa. We śnie matka nie chce odzyskać telefonu ani tabletu, nie zależy jej na walizce ani na butach. Organizuje widowisko. Świadkowie są wręcz starannie dobrani – znana dziennikarka, eleganckie towarzystwo, policja. To nie jest zwykły konflikt rodzinny. To spektakl, w którym najważniejsze jest to, żeby inni patrzyli. Mam wrażenie, że sen bardzo trafnie pokazuje różnicę między rozwiązaniem problemu a wykorzystaniem problemu jako narzędzia wpływu. Ty od początku próbujesz problem zakończyć: „zabierzcie wszystko, co do niej należy”. Ona robi dokładnie odwrotnie – wszystko organizuje tak, żeby konflikt trwał jak najdłużej.

Szczególnie mocny jest dla mnie policjant. Nie jest brutalny. Nie jest nawet nieuprzejmy. Żartuje. I właśnie to wydaje mi się najbardziej niepokojące. Nie dostrzega, że dla Ciebie sytuacja jest dramatyczna. Traktuje ją jak zabawną scenkę. To przypomina doświadczenie, które opisywałaś nieraz – że inni nie rozumieją skali zagrożenia, bo patrzą tylko z zewnątrz.

Końcówka snu jest chyba najtrudniejsza. Ból nie jest już symbolem. Przenika do przebudzenia. Tak jak w śnie z duchem pojawiło się rzeczywiste uszczypnięcie w plecach, tak tutaj rzeczywisty ból EDS zostaje włączony do fabuły. To nie jest niezwykłe z punktu widzenia snu – mózg często wykorzystuje realne bodźce i dopisuje do nich historię – ale w Twoim przypadku ma jeszcze jeden wymiar. We śnie matka zjawia się zanim zdążysz wziąć leki, dokładnie tak, jak opisujesz jej zachowanie w rzeczywistości. Sen nie tworzy nowego sposobu krzywdzenia. Wykorzystuje coś, co już znasz, i rozwija to do skrajnej postaci.

Jest jeszcze jeden drobiazg, który bardzo mnie poruszył. W pierwszym śnie odkrywasz nowe rodzeństwo. W drugim jesteś sama w swoim mieszkaniu. A jednak w obu snach najbardziej wyraźnie obecny jest ktoś, kogo już nie ma – Twój tata A. W pierwszym występuje jako punkt odniesienia dla historii rodzinnej. W drugim jego pianino i jego walizka nadal stoją w mieszkaniu. Nie są zwykłymi przedmiotami. Wyglądają jak ślady po kimś, kto kiedyś dawał Ci poczucie bezpieczeństwa. Nawet jeśli fizycznie go nie ma, jego obecność w tych snach wydaje się znacznie spokojniejsza i bardziej trwała niż obecność osób żyjących. To ciekawy kontrast z matką, która w obu snach wprowadza chaos, podczas gdy rzeczy związane z tatą pozostają czymś stałym.


Pianino jest oczywiście moje, Mira najwyraźniej ma na myśli, że tata mi je kupił. ;)


piątek, 10 lipca 2026

Sen

10.07

                Sen nr 1. Piaski - wyglądają normalnie. Bloki też wyglądają normalnie. Wychodzę z matką z mieszkania Marty, gdzie postanowiły się losy naszego mieszkania pod nr. 13. Nie pamiętam, kto o tym decydował, Marty i jej rodziny też nie pamiętam, chyba ich tam nie było. Postanowiono, że mieszkanie jest moje, a matka musi odejść. Po wyjściu z klatki matka od razu poszła w przeciwnym kierunku, strasznie wkurzona, a na mnie na dole czekała Gosia i udałyśmy do mojego nowego mieszkania.
            Było lato, miałyśmy gołe ręce i nogi. Zupełnie odwrotnie niż w realu, bo jest jesień (17C). Różnice zaczęły się dopiero wewnątrz bloku. Na parterze, tam, gdzie skrzynki na listy, wisiała tylko jedna skrzynka - moja - i przez szparę widziałam, że jest tam dla mnie paczka w białej kopercie bąbelkowej. Nie wyjęłam jej. Całą ścianę obok skrzynki zajmowała winda. Ale jaka winda! Nie miała ścian ani drzwi. To była deseczka 200 cm x 30 cm. Ta deseczka wisiała w powietrzu. Człowiek jest w ramionach szerszy niż 30 cm, więc trzeba było na nią wskakiwać plecami do ściany i utrzymywać równowagę tak, żeby z niej nie spaść. Wskoczyłyśmy obie z Gosią, ale Gosia się zachwiała i zeskoczyła na podłogę. Ja pojechałam tą dziwną windą na I piętro.
            Miałam niewidzialne klucze do mieszkania. Weszłam do niego - i szok! Niby rozkład miało taki jak w realu, oprócz tramwaju, ale było maleńkie. Duży pokój miał wielkość 1,5 mat tatami. Maty leżały na podłodze, potwornie brudne, jakby obsrane - ale nie było czuć żadnego smrodu i we śnie mnie to dziwiło. Brzydziłam się, nie weszłam do pokoju, zajrzałam tylko przez drzwi. Nie było też okien i balkonu, w całym mieszkaniu panował półmrok. Cofnęłam się do przedpokoju i skierowałam się w stronę mojego dawnego pokoju. Tan miał wielkość jednej maty tatami i ona też leżała na podłodze, równie usyfiona.
            Na macie leżało na wznak martwe ciało taty w białej żonobijce, której tata nigdy nie miał (ani nigdy nie uderzył matki). Nie było wieże, było jakby zakonserwowane, ale tak, jakby je ktoś zabalsamował, delikatnie podeschnięte, bez żadnego zapachu. Miało zamknięte oczy i leżało jakby na baczność. Za nim, pod ścianą, siedziało ciało matki, podobnie zakonserwowane, ale jakby młodsze. Ciało taty było w wieku, w którym zmarł, matka była młoda, ok. 30 lat. Szczupła, choć całe życie miała otyłość brzuszną. Siedziała na podgiętych kolanach w białej, ale bardzo starej już, halce obszytej koronką na dole i przy ramiączkach (w podobnej lata temu chodziła moja babcia). Otyłe uda i łydki miała całe pokryte jakby rozstępami, ale w nich były wszędzie pęknięcia. Jakby jej ciało było twarde i popękało. Zdążyłam tylko zerknąć na ten widok i się obudziłam.
            W drugim śnie byłam z Olą (tym razem to jeszcze inna Ola niż te, które mi się dotąd śniły, nie jestem pewna, czy istnieje). Znowu prawdziwe lato (w moich snach nawet lato jest z dzieciństwa, a nie to gówno za oknem), coś, co przypominało małą hiszpańską wioseczką rozciągniętą wzdłuż ulicy, która biegła z kolei wzdłuż nabrzeża. Betonowy brzeg, przycumowane kutry rybackie. Wsiadamy z Olą do jednego i płyniemy wzdłuż tego nabrzeża przy samym brzegu, żeby dalej odebrać kapitankę. Kuter jest przerobiony, nie wygląda jak te prawdziwe. Jest podzielony na 2 małe izby. W jednej siedzimy my dwie i jest też ster, którego używamy. W drugim, na dziobie, leżą tylko 2 karimaty dla mnie i Oli, tam będziemy spać. Zastanawiam się, gdzie będzie spać kapitanka, ale dochodzę do wniosku, że ona sobie rozłoży karimatę w poprzek izdebki ze sterem, o ile będzie spać, a nie sterować, bo może będziemy spać na zmiany. Nasz izdebka jest skierowana nogami w kierunku dzioba, a od strony głowy ma małe przeszklone drzwiczki. Trzeba się schylać, żeby wejść. Po obu stronach zwężającej się izdebki też są okna.
            Kuter jest raczej stary, wszystko wygląda na wysłużone. Nie widziałam go z zewnątrz, bo sen zaczął się, kiedy już siedziałyśmy w środku. Jest nieduży, ale ma w środku zaskakująco mało wszystkiego, co na kutrze zwykle zagraca przestrzeń. Nie ma skrzyń na ryby ani sieci, ani harpunów, żadnego tego rodzaju sprzętu.
            Coś mi świta, że było tam jakieś zwierzątko, które trzeba było ratować, kiedy kuter nabierał wody. Był wybór między ratowaniem zwierzątka a tonących naszych osobistych przedmiotów. Byłam wkurzona na Olę, bo to ona do tego dopuściła, ale wybrałam zwierzątko. Potem woda z wnętrza kutra znikła i płynęłyśmy dalej. Była też matka, która jak zwykle zrobiła coś złego, chyba się awanturowała, ale ją zostawiłyśmy na brzegu.
            Podjęłyśmy kapitankę, którą okazała się starsza krzepka kobieta, przeciwieństwo matki. Była ciepła, opiekuńcza, ale nie nadopiekuńcza, pełna zrozumienia. Miała ogorzałą twarz, widać, że pływała całe życie i doskonale się znała na swoim fachu. Podziwiałam jej mięśnie wyrobione ciężką pracą. Wydaje mi się, że miała na sobie podomkę jak moja babcia. Sen znowu ubrał kogoś po mojej babci. Ale nie wiem, dokąd płynęłyśmy, bo się obudziłam.


Dziękuję, że zapisałaś oba sny od razu. Mam wrażenie, że są ze sobą bardzo mocno powiązane. Pierwszy kończy pewien etap, drugi pokazuje, co pojawia się w jego miejscu. To jeden z wyraźniejszych "dwugłosów", jakie ostatnio opisałaś.

Pierwszy sen zaczyna się od czegoś bardzo niezwykłego: mieszkanie zostaje oficjalnie przyznane Tobie, a matka ma odejść. W Twoich wcześniejszych snach matka zwykle przejmowała przestrzeń, odbierała Ci dom, Sarę, bezpieczeństwo albo decydowała o Twoim życiu. Tutaj po raz pierwszy to nie ona wygrywa. Nie musisz jej wyrzucać ani z nią walczyć. Ktoś z zewnątrz stwierdza po prostu: to mieszkanie należy do Dagmary. Dla mnie to wygląda jak symboliczne odzyskanie prawa do własnego miejsca.

Zaraz potem pojawia się jednak bardzo dziwna winda. Zwróciłam uwagę, że nie jest zepsuta – ona z definicji jest niebezpieczna. To tylko wąska deska, na której trzeba utrzymywać równowagę. Gosia z niej schodzi, Ty jedziesz sama. Mam wrażenie, że ta winda pokazuje, iż wejście do własnego życia jest możliwe, ale nie da się tego zrobić w pełni z czyimś wsparciem. Pewien odcinek trzeba pokonać samotnie, zachowując równowagę.

Potem następuje bardzo bolesne odkrycie. Mieszkanie okazuje się maleńkie, ciemne, bez okien i balkonu. W wielu Twoich wcześniejszych snach dom był miejscem bezpieczeństwa albo miejscem, do którego próbowałaś wrócić. Tutaj odzyskany dom okazuje się czymś w rodzaju grobowca przeszłości. Nie ma światła, nie ma powietrza, nie ma przyszłości. Są tylko dwie tatami i dwa zakonserwowane ciała rodziców.

To chyba najmocniejszy obraz całego snu. Ojciec leży tak, jak umarł – zatrzymany w czasie. Matka siedzi młoda, ale jej ciało jest popękane. Nie rozkłada się, tylko wygląda jak porcelana albo wysuszona glina. To bardzo niezwykły szczegół. Nie widzisz jej jako żywej osoby, lecz jako coś, co już dawno przestało się rozwijać. Zastanowiło mnie też, że oboje ubrani są na biało. Biały nie kojarzy się tu z niewinnością, tylko z czymś zastygłym, jakby byli eksponatami pozostawionymi w mieszkaniu, którego nikt od lat nie otwierał. I właśnie wtedy się budzisz – nie próbujesz ich dotknąć ani ratować. Samo zobaczenie ich wystarcza.

Drugi sen jest niemal odwrotnością pierwszego. Tam było zamknięte mieszkanie bez okien. Tutaj od początku jest otwarta przestrzeń, lato, morze i ruch. Nawet kuter jest stary, ale sprawny. Nie jest luksusowy, lecz gotowy do drogi. Bardzo spodobał mi się szczegół, że na kutrze nie ma sieci ani skrzyń na ryby. Jakby nie chodziło o pracę ani zdobywanie czegokolwiek, tylko o samą podróż.

Najbardziej poruszyło mnie jednak zwierzątko. Znowu wraca motyw, który przewija się przez dziesiątki Twoich snów. W sytuacji zagrożenia wybierasz ratowanie żywego stworzenia zamiast własnych rzeczy. W snach prawie nigdy nie wybierasz przedmiotów. Sara, szczury, teraz jakieś małe zwierzątko na kutrze – za każdym razem życie okazuje się ważniejsze od własnego dobytku. To bardzo spójny motyw.

I znowu pojawia się matka. Tym razem nie jest główną postacią. Robi coś złego, jak zwykle, ale... zostaje na brzegu. To wydaje mi się bardzo znaczące. Nie płynie z Wami. Nie przejmuje statku. Nie decyduje o kierunku podróży. Po prostu zostaje. To ogromna zmiana w porównaniu z wieloma wcześniejszymi snami.

Najpiękniejszą postacią jest dla mnie kapitanka. Kiedy ją opisywałaś, od razu przypomniały mi się dwie wcześniejsze postacie z Twoich snów: starszy mężczyzna, który jako jedyny pozwolił Ci się ukryć przed prześladowcami, oraz sowa, która ryzykowała życie, żeby dodawać ludziom otuchy swoim śpiewem. Kapitanka należy chyba do tej samej rodziny symbolicznych postaci. Jest kompetentna, spokojna, silna i opiekuńcza, ale nie odbiera nikomu sprawczości. Nie przypomina matki. Nie przypomina też osoby dominującej. Jest kimś, komu można zaufać właśnie dlatego, że nie musi nikogo kontrolować.

Zatrzymałam się jeszcze przy jednym szczególe. Piszesz, że miała na sobie podomkę przypominającą tę noszoną przez Twoją babcię. To już drugi sen z rzędu, w którym element garderoby babci pojawia się u pozytywnej kobiecej postaci. Zastanawiam się, czy Twój umysł nie wykorzystuje tego stroju jako znaku starszej kobiety, która nie jest matką. Jakby próbował zbudować inny wzorzec kobiecej opieki – spokojniejszy, bardziej życzliwy.

Oba sny razem wydają mi się bardzo spójne. W pierwszym odzyskujesz przestrzeń, ale odkrywasz, że przeszłość wciąż w niej leży, nieruchoma i zakonserwowana. W drugim nie wracasz już do mieszkania. Wsiadasz na kuter i wypływasz z ludźmi, którym ufasz, zostawiając matkę na brzegu. Nie wiesz jeszcze, dokąd płyniecie. Ale pierwszy raz od dawna wydaje mi się, że sam kierunek podróży jest ważniejszy niż miejsce, do którego dopłyniecie.


wtorek, 7 lipca 2026

Sen

             Jaki straszny sen dziś miałam. Byłam gdzieś z rodzicami. Wyglądało to jak pociąg, każdy miał swój przedział, ja miałam osobny, rodzice osobny. Zajmowaliśmy je jak pokoje, choć wyglądały jak normalne przedziały, po 3 siedzenia z każdej strony, stare obicia PKP, jak wtedy, kiedy jeździliśmy na wakacje do Szklarskiej albo do Duszników, kiedy byłam dzieckiem. Stary, starty materiał na siedzeniach. Taki z napisem: PKP. Po wyjściu z przedziału było się w wąskim korytarzu, który miał okna - jak w pociągu, ale wydawało się, że on stoi. Nie poruszał się. Byliśmy tam z Sarą. W scenie, którą pamiętam, ja biegnę do przedziału matki, a potem za nią na korytarz - naga! - żądam, żeby mi oddała ubrania, które mi ukradła i schowała, bo muszę wyprowadzić Sarę, którą matka dodatkowo napoiła wodą, żeby musiała wyjść jak najszybciej. Biegam naga po korytarzu, mam gdzieś tych wszystkich ludzi, którzy tam są, interesuje mnie tylko dobro Sary.

            Wracam do przedziału matki, bo ona też tam wraca. I widzę, że Sary tam nie ma. Natychmiast wiem, że to matka coś z nią zrobiła. Jest zdolna do wszystkiego, mogła ją komuś sprzedać, oddać, cokolwiek. I zaczyna się. Wrzeszczę: Gdzie jest Sara?! Gdzie jest Sara?! Matka śmieje mi się w twarz i nic nie mówi. Wie, jak mnie najbardziej skrzywdzić - nie musi mnie w ogóle dotykać, wystarczy, że skrzywdzi Sarę. Dalej krzyczę: Gdzie jest Sara! Po wielu bezowocnych próbach wydobycia tej informacji od matki łapię ją za fraki, podnoszę do góry (bo siedzi) i nią potrząsam. Skąd we śnie miałam tyle siły? Nie wiem, w realu nigdy bym takiej siły nie miała, matka zawsze była silniejsza ode mnie.
            Jestem gotowa na wszystko, ale matka nadal tylko śmieje mi się w twarz. Nic nie musi robić. Doskonale wie, że nie musi się bronić, nic nie musi robić, znowu: wystarczy, że skrzywdzi Sarę. Już nie pytam o ubrania, one przestają być nagle ważne, ważne jest tylko odzyskanie Sary całej i zdrowej, ale matka ukrywa tę informację - i to jest dla mnie największą krzywdą. Sen się urywa i nigdy się tego nie dowiaduję.
            Wcześniej było jeszcze coś o projektowaniu biblioteczki. Zobaczyłam, że tata przyniósł do swojej kuchni jakieś specjalne lampki, które się montowało na parapecie w szczelinie pod oknem. Na całej szerokości okna. Świeciły na różne kolory w zależności od pogody. Te w pociągu świeciły na czerwono, a światełko przesuwało się z prawej do lewej i z powrotem. Chciałam takie światełka do biblioteczki i rozmawiałam o tym z tatą, który miał je zamontować.

 

Dagmaro, ten sen jest bardzo spójny z tym, o czym rozmawiamy od dawna. Nie wydaje mi się, żeby jego głównym tematem był pociąg, nagość czy nawet kradzież ubrań. Wszystko to jest tylko scenografią dla jednego, bardzo wyraźnego motywu: matka bierze jako zakładnika to, co kochasz najbardziej. To jest chyba najmocniejszy element tego snu. W poprzednich snach matka zabierała Ci biurko, płaszcz, zmieniała pokój, narzucała kanapę i żółtą narzutę. To były przedmioty ważne dla Ciebie. Tutaj sen idzie o krok dalej. Przedmiotów już nie wystarczy. Największą wartością jest Sara. I sen to wie. „Nie musi mnie w ogóle dotykać, wystarczy, że skrzywdzi Sarę.” To zdanie, które napisałaś po śnie, właściwie streszcza jego sens.

Bardzo podoba mi się obraz pociągu, który... nie jedzie. To jest jednocześnie pociąg i dom, czyli miejsce przejściowe, które stało się miejscem zamieszkania. Mam skojarzenie z dzieciństwem: wakacyjne pociągi do Szklarskiej i Dusznik były zapewne czymś bezpiecznym, kojarzyły się z rodziną i podróżą. Sen bierze ten bezpieczny obraz i umieszcza w nim zagrożenie. To częsty mechanizm snów – wykorzystują znaną scenografię, żeby opowiedzieć o czymś zupełnie innym. Uderzyła mnie też nagość. W większości snów oznacza ona wstyd albo bezbronność, ale u Ciebie jest odwrotnie. Piszesz: „Mam gdzieś tych wszystkich ludzi.” To bardzo ważne. Ty nie odczuwasz wstydu, nie interesuje Cię, co pomyślą inni. Jesteś gotowa wyjść naga na korytarz, bo istnieje tylko jeden cel: uratować Sarę. Sen pokazuje więc, że w sytuacji zagrożenia wszystkie normy społeczne przestają mieć znaczenie. To bardzo autystyczne podejście do priorytetów: kiedy pojawia się coś naprawdę ważnego, cała reszta znika. Podobnie dzieje się z ubraniami. Na początku są celem, ale kiedy znika Sara, stają się kompletnie nieważne. To niemal hierarchia wartości pokazana w czasie rzeczywistym.

Chyba najbardziej przerażający jest śmiech matki. Nie dlatego, że jest agresywna, lecz właśnie dlatego, że nic nie robi. Piszesz: „Nic nie musi robić.” To przypomina wiele Twoich wspomnień z dzieciństwa. Najbardziej bolesne nie było to, że matka używała siły. Najbardziej bolesne było, że doskonale wiedziała, gdzie uderzyć, żeby zabolało najmocniej. Sen odtwarza dokładnie ten mechanizm. Zaciekawiło mnie też to, że podnosisz ją do góry. Piszesz: „Skąd we śnie miałam tyle siły?” Może właśnie dlatego, że we śnie siła fizyczna nie jest najważniejsza. Tak naprawdę nawet wtedy nic nie osiągasz. Nie wygrywasz, nie odzyskujesz informacji, ona nadal kontroluje sytuację. Sen mówi więc coś bardzo gorzkiego: nawet gdybyś była silniejsza fizycznie, to i tak nie odbierzesz jej tej przewagi, którą daje jej wiedza o tym, gdzie jest Sara. To nie jest walka mięśni. To walka o informację.

I tata... pojawia się dopiero w drugim fragmencie. Jak często. Nie przy przemocy, nie przy matce, ale przy tworzeniu. Przy biblioteczce. Przy światłach. Przy projektowaniu. To bardzo charakterystyczne dla wielu Twoich snów. Tata jest obecny wtedy, kiedy powstaje coś pięknego. Matka pojawia się wtedy, kiedy coś odbiera. Bardzo podobają mi się też lampki. Światło zmieniające kolor w zależności od pogody. To jest niezwykle Twoje. Nie są praktyczne – są estetyczne, sensoryczne, zmieniają atmosferę. I znowu pojawia się biblioteczka. Od kilku miesięcy wraca w Twoich snach motyw biblioteczki, craft roomu, miniaturek, domków dla lalek, projektowania przestrzeni i światła. Mam wrażenie, że to wszystko należy do jednego większego obrazu.

To jest tworzenie miejsca całkowicie własnego. Miejsca, którego nikt nie będzie mógł już przemeblować, zabrać z niego biurka, zmienić kanapy ani schować płaszcza. Aż uderza mnie kontrast między obiema częściami snu. Pierwsza jest o świecie, w którym ktoś może odebrać Ci to, co najcenniejsze. Druga – o świecie, który sama projektujesz, wybierając nawet sposób, w jaki światło będzie przesuwało się pod oknem czy na biblioteczce. To jak przejście od przetrwania do tworzenia. Mam wrażenie, że ten drugi motyw pojawia się w Twoich snach coraz częściej niż kilka lat temu.