14.10
Sen nr 1. Jestem z matką u
babci, ale jesteśmy tam same w mieszkaniu. Matka leży na złożonej kanapie i
szyje dla mnie jakąś magiczną koszulkę - ręcznie. Koszulka ma sprowadzać na
mnie same dobre rzeczy. Postanawiam to sprawdzić, biorę ją do ręki i trzymając
blisko twarzy, pytam: Kochasz mnie? NIEEEEEEE, rozlega się nagle demonicznym
głosem z zaświatów, a nitki zaczynają się czepiać moich rąk, oplatać je, nie
mogę ich oderwać, czuję, jakby to zło mnie oplatało.
W końcu udaje mi się odrzucić
tę koszulkę, ale w mieszkaniu jest taki dziwny mrok. Mam odczucie, że matka
nadal jest w tym samym pokoju, co była, ale ja - mimo że jestem w tym samym
pomieszczeniu - jestem w innej rzeczywistości, w bardzo złej rzeczywistości.
Nie wiem, co robić, więc krzyczę: NIE KRZYWDŹ NIKOGO! NIE KRZYWDŹ NIKOGO! NIE
KRZYWDŹ NIKOGO! Mój głos brzmi jak u wampira, który przez 1000 lat leżał
przykuty na dnie oceanu po wcześniejszym spaleniu. Wydobycie tego głosu to
niewyobrażalny wysiłek.
Matka przestaje mnie widzieć.
Biegam za nią, próbuję do niej podejść, ale ona ode mnie ucieka. Taki paradoks
- nie widzi mnie, a jednak przede mną ucieka. Krzyczę: Mamo! Mamo! Mamo! Tu już
głos brzmi bardziej realnie, ale jest zdarty od krzyku. Matka mnie ignoruje.
Sen nr 2. Piaski (czyli stały
zestaw miejsc, najpierw Gołonóg, potem Piaski). Wychodzimy z matką na spacer z
Zorką - przy bloku 53. Wszystko wygląda normalnie, Zorka też. Jest ładna
pogoda, pogodnie, ciepło. Zorka biega bez smyczy, jest bezpiecznie, tam nigdy
nic jej nie groziło. Wybiega za rant bloku i tracę ją z oczu. Matka zatrzymuje
się, żeby porozmawiać z sąsiadką. Ale mnie coś tknęło i wychodzę za ten załom
bloku. Zorki nigdzie nie ma. Znikła! Wołam matkę i po chwili matka wyciąga
ciało Zorki z kałuży przy krawężniku. Ta kałuża tam miała w realu jakieś 2 cm
głębokości, tymczasem w moim śnie Zorka wpada tam, zanurza się cała, topi się i
nie umie pływać! To wszystko jest tak samo nierealne, jak to, że idę na taki
spacer z matką - nigdy z nami nie chodziła, a my dwie chodziłyśmy codziennie na
poligon!
Jestem przerażona, natychmiast
przystępuję do reanimacji Zorki. Uciskam jej mocno pierś, aż się boję, czy nie
połamię jej żeber. Ale ona musi żyć! W końcu czuję pod rękami, jak ciepło
rozlewa się po jej ciele od środka i wiem, że już sama oddycha. Przytomności
jednak nie odzyskuje. Matka niesie ją na rękach, jakby ważyła 5 kg (naprawdę
ważyła 15 kg). Idziemy w stronę domu. Relacjonuję matce, jak poczułam ciepło
pod rękami, jakie to było niezwykłe przeżycie, ale matki to w ogóle nie
interesuje. Próbuję z nią ustalić, do którego weta teraz pojedziemy. Ja od razu
proponuję całodobowego na Śreniawitów, i to matka ma prowadzić samochód
(kolejny absurd).
Kiedy jesteśmy już przy bloku
57, matka dostaje jakąś wiadomość, że tylko teraz może zgłosić do naprawy swoją
maszynę do szycia! Inaczej nie zostanie naprawiona! I ona to bierze pod uwagę!
Próbuje ze mną negocjować, że musimy zgłosić tę maszynę, bo już tak długo leży
zepsuta, jakby Zorka nie była w ogóle ważna! W tym samym momencie podchodzi do
nas kobieta, która jest wetem na parterze bloku naprzeciwko (w realu nigdy tam
nie było weta). I mówi do mnie, że ciało Zorki mogłoby pomóc. Nie rozumiem,
jakie ciało i w czym pomóc, przecież ona się zaraz obudzi! Ale od razu
rozumiem, że dla tej kobiety też ratowanie Zorki nie jest ważne, tylko chce ją
rozdrapać na narządy.
Sen nr 3. Na koniec przyśniło
mi się, że byłam w jakimś sanatorium. Najpierw odkryłam, że jest ono
przedzielone i w odosobnionej części, do której przypadkiem zabłądziłam, jest
część przeznaczona wyłącznie dla ON. Rozmawiam tam z ludźmi, a oni pokazują mi
lodowisko specjalnie dla ON. Wchodzi się na nie przez niskie, wąskie okienko
tuż przy podłodze. W śnie myślę, jakie to super przystosowanie dla ON, że muszą
się wczołgiwać na płytę lodowiska, bo tak łatwiej się nie przewrócić! LOL.
Pytam, czy można tam wypożyczyć łyżwy na miejscu, bo swoich ze sobą nie mam, i
słyszę, że tak. Dawno nie jeździłam na łyżwach, już się cieszę, że za chwilę
będę mogła.
Kolejna scena, jaką pamiętam,
to że Robert zaplata mi warkocze. Robert, własnymi rękami! To ciekawe, że
zwykle śni mi się w sanatoriach, nigdy w żadnym nie byliśmy. Jeździliśmy za to
razem na zloty iponków.
Te trzy sny są bardzo różne, ale zestawione razem tworzą przejmujący kontrast. W pierwszym próbujesz sprawdzić, czy za obietnicą dobra kryje się miłość, i dostajesz odpowiedź, która zamienia pozornie bezpieczny przedmiot w coś wrogiego. W drugim musisz ratować Zorkę, podczas gdy osoby, które powinny pomóc, nie traktują jej życia jako najważniejszej sprawy. W trzecim trafiasz do świata, w którym spotykasz ludzi, znajdujesz miejsce dla osób z niepełnosprawnościami, cieszysz się perspektywą jazdy na łyżwach, a potem Robert zaplata ci warkocze. Po dwóch snach o zagrożeniu pojawia się więc rzeczywistość, w której można po prostu czegoś doświadczyć, czegoś się nauczyć i przyjąć czyjąś troskę.
W pierwszym śnie szczególnie mocna jest konstrukcja z koszulką. Matka nie daje ci gotowego przedmiotu, który miałby cię chronić, tylko sama go szyje. Robi to ręcznie, a koszulka ma sprowadzać na ciebie same dobre rzeczy. Jest w tym obietnica czegoś przygotowanego specjalnie dla ciebie, czegoś, co powinno ci służyć. Nie jest to przypadkowy podarunek. Matka wkłada pracę w stworzenie przedmiotu, którego funkcją ma być twoje dobro.
Ty jednak nie przyjmujesz tej obietnicy na wiarę. Bierzesz koszulkę do ręki i pytasz: „Kochasz mnie?”. To niezwykle precyzyjny test. Nie pytasz, czy koszulka jest ładna, czy działa, czy rzeczywiście przyniesie ci szczęście. Sprawdzasz, co znajduje się u źródła tego rzekomego dobra. Czy osoba, która przygotowuje coś dla ciebie, kocha cię?
I odpowiedź nie pochodzi nawet zwyczajnie od matki. Rozlega się demoniczny głos z zaświatów: „NIEEEEEEE!”. Jakby pytanie uruchamiało coś, co dotąd pozostawało ukryte w przedmiocie. Koszulka, która miała sprowadzać dobro, zaczyna cię oplatać. Nitki przyczepiają się do rąk, nie możesz ich oderwać, a ich działanie odczuwasz jako oplatanie przez zło.
Dla mnie najważniejsze jest to, że niebezpieczeństwo nie pojawia się pomimo obietnicy dobra, lecz wychodzi na jaw właśnie wtedy, kiedy próbujesz sprawdzić, co ta obietnica naprawdę znaczy. Dopóki koszulka jest po prostu magicznym podarunkiem, może wydawać się czymś dobrym. Dopiero twoje pytanie ujawnia przerażającą rozbieżność między jej deklarowaną funkcją a tym, co się dzieje.
Nie oznacza to, że sen mówi, iż każdy dar czy każdy gest matki musiał być zły. Nie potrzebujemy takiego uogólnienia. W tej konkretnej scenie pozór dobra nie wytrzymuje próby, którą mu poddajesz. Ty zaś nie jesteś bierna: to ty zadajesz pytanie, które ujawnia zagrożenie. Ostatecznie udaje ci się również odrzucić koszulkę. Nie zostajesz z nią na zawsze związana.
Ale pozbycie się przedmiotu nie przywraca zwyczajnego świata. Mieszkanie pogrąża się w dziwnym mroku. Matka wydaje się nadal znajdować w tym samym pokoju, a jednak ty jesteś jakby w innej rzeczywistości. To jeden z tych szczegółów sennych, które trudno przełożyć na prostą symbolikę, bo nie chodzi już o konkretny przedmiot ani o fizyczną odległość. Znajdujecie się w tym samym miejscu, ale nie dzielicie tej samej rzeczywistości.
Można to odczytać jako obraz przepaści między dwiema wersjami świata: tym, w którym matka jest zwyczajnie obecna, oraz tym, który otwiera się przed tobą, kiedy ujawnia się odpowiedź na pytanie o miłość. Ona nie musi nawet zmieniać miejsca. Zmienia się to, czym dla ciebie staje się otoczenie. Przestrzeń, w której przed chwilą szyła koszulkę, przestaje być bezpieczna, a ty zostajesz z doświadczeniem, którego nie umiesz nikomu przekazać.
Wtedy krzyczysz: „NIE KRZYWDŹ NIKOGO!”. Powtarzasz to trzy razy, a twój głos jest niemal niemożliwy do wydobycia. Porównanie do wampira, który przez tysiąc lat leżał przykuty na dnie oceanu po wcześniejszym spaleniu, jest tak konkretne, że aż trudno je odseparować od samego odczucia: to nie jest zwyczajny krzyk. To głos istoty, która została doprowadzona do skrajności, pozbawiona możliwości swobodnego działania i niemal pozbawiona głosu.
A jednak słowa, które wybierasz, nie dotyczą tego, żeby matka przestała krzywdzić ciebie. Nie wołasz, żeby zostawiła cię w spokoju. Wołasz, żeby nie krzywdziła nikogo.
Nie chciałabym dopisywać do tego gotowej odpowiedzi, dlaczego właśnie te słowa pojawiają się w śnie. Mogą wyrażać próbę powstrzymania zła, które wydaje ci się większe niż ty sama, albo potrzebę ochrony kogokolwiek, kto mógłby stać się jego kolejną ofiarą. W każdym razie twoja reakcja nie zatrzymuje się na własnym przerażeniu. Nawet w tej obcej, wrogiej rzeczywistości próbujesz zrobić coś, co miałoby znaczenie dla innych.
Potem dzieje się coś jeszcze dziwniejszego: matka przestaje cię widzieć, ale jednocześnie przed tobą ucieka. To paradoks, który sam sen wyraźnie podkreśla. Próbujesz do niej podejść, biegasz za nią, wołasz ją po imieniu. Najpierw wydobywasz z siebie niemal nadludzki, potworny głos, potem mówisz już bardziej realnie, choć głos jest zdarty od krzyku. I nic. Matka cię ignoruje.
Możliwe, że w tej scenie spotykają się dwa przeciwstawne doświadczenia: pragnienie, żeby matka wreszcie cię zobaczyła, oraz potrzeba, żeby przestała mieć nad tobą władzę. Kiedy nie może cię zobaczyć, nie może też nawiązać z tobą zwyczajnego kontaktu. Ale to nie daje ci ulgi, bo ty nadal próbujesz do niej dotrzeć. Nawet po tym, co się wydarzyło, wołasz „Mamo!”. Sen nie rozwiązuje więc paradoksu przez proste uwolnienie się od niej. Pokazuje sytuację, w której kontakt jest zarazem przerażający i niemożliwy.
W drugim śnie zagrożenie ma zupełnie inną postać. Nie ma magicznego przedmiotu ani demonicznego głosu. Jest zwyczajny spacer w Piaskach, dobra pogoda, Zorka biegająca bez smyczy i miejsce, które znasz. Sama podkreślasz, że tam zawsze było bezpiecznie. Właśnie dlatego zniknięcie Zorki jest tak przerażające: nie następuje w miejscu, które od początku zapowiada niebezpieczeństwo. Przychodzi w zwyczajnej, oswojonej sytuacji.
Zorka wybiega za załom bloku, tracisz ją z oczu, a matka zatrzymuje się, żeby rozmawiać z sąsiadką. To ty zauważasz, że coś jest nie tak, i idziesz sprawdzić, co się stało. Ten moment ma znaczenie: twoja uwaga pozostaje skierowana na Zorkę, nawet kiedy matka zajmuje się czymś innym. Nie ma tu wspólnego działania ani podziału obowiązków. Ty jesteś tą osobą, która zauważa brak psa i natychmiast reaguje.
Kałuża o rzeczywistej głębokości dwóch centymetrów zmienia się w śnie w miejsce, w którym Zorka może całkowicie zatonąć i się utopić. Sen nie respektuje fizyki ani twojej wiedzy o tym miejscu. Przekształca drobny, niegroźny element otoczenia w śmiertelne zagrożenie. I właśnie ta nierealność jest ważna: nie ma sensu szukać w niej realistycznego ostrzeżenia przed konkretnym miejscem. To logika koszmaru, w którym katastrofa może wydarzyć się nawet tam, gdzie nie powinna być możliwa.
Sama zauważasz też drugi absurd: nigdy nie chodziłaś z matką na takie spacery, choć ty i Zorka chodziłyście codziennie na poligon. Sen połączył więc prawdziwe miejsce i prawdziwą więź z Zorką z nieprawdziwą konfiguracją osób. Nie musimy zakładać, że matka w tym śnie odpowiada za sam wypadek. Ważniejsze jest to, jak zachowuje się po jego wystąpieniu.
Bo ty natychmiast przystępujesz do reanimacji. Nie stoisz bezradnie, nie czekasz, aż ktoś inny przejmie odpowiedzialność. Uciskasz pierś Zorki, choć boisz się, że możesz połamać jej żebra. Ten szczegół pokazuje straszliwą sytuację, w której nawet próba ratowania wymaga działania mimo ryzyka, że można niechcący zaszkodzić. Nie masz pewności, czy robisz wszystko dobrze, ale nie możesz pozwolić sobie na bezczynność.
I wtedy czujesz ciepło rozchodzące się od środka po ciele Zorki. To chyba najbardziej niezwykły moment tego snu. Nie tylko widzisz oznaki poprawy, lecz czujesz ją własnymi rękami. Wiesz, że Zorka znów oddycha. Jej ciało, które przed chwilą wydawało się utracone, odpowiada na twoje działanie.
Nie nazwałabym tego po prostu szczęśliwym zakończeniem, bo Zorka nadal nie odzyskuje przytomności. Ale pojawia się coś, czego w pierwszym śnie nie było: twoje działanie przynosi bezpośredni, odczuwalny skutek. Nie musisz czekać na odpowiedź drugiej osoby ani zastanawiać się, czy ktoś uzna twoje doświadczenie za prawdziwe. Pod rękami czujesz, że Zorka żyje.
A potem wraca problem zaufania do innych. Matka niesie Zorkę, ale w sposób, który nie odpowiada jej rzeczywistej wadze. Idziecie w stronę domu, a ty próbujesz opowiedzieć matce o tym niezwykłym momencie, kiedy poczułaś ciepło i wiedziałaś, że Zorka oddycha. Nie jest to wyłącznie relacja o technicznym przebiegu ratowania. Próbujesz podzielić się doświadczeniem, które było dla ciebie wyjątkowe — czymś, co właśnie wydarzyło się między tobą a Zorką.
Matka nie jest tym zainteresowana. I zaraz potem pojawia się problem praktyczny: trzeba znaleźć weterynarza. Ty od razu proponujesz całodobową lecznicę na Śreniawitów. Nawet w stanie przerażenia potrafisz przejść do konkretnego planu działania. Zorka żyje, ale jest nieprzytomna, więc nie można uznać, że wszystko już dobrze. Potrzebuje pomocy.
Wtedy matka dostaje wiadomość o możliwości naprawienia maszyny do szycia. I zaczyna negocjować, czy nie powinniście najpierw zająć się właśnie nią.
To niemal okrutnie precyzyjny kontrast. Z jednej strony jest Zorka, która właśnie niemal umarła i której stan nadal wymaga pilnej pomocy. Z drugiej — zepsuta maszyna, której naprawę można zgłosić tylko w określonym terminie. Matka traktuje obie sprawy jak konkurujące ze sobą obowiązki, które trzeba jakoś rozstrzygnąć. Ty natomiast w ogóle nie masz wątpliwości, co jest ważniejsze.
Maszyna jest przy tym szczegółem, który nie pojawia się przypadkowo w sensie skojarzeniowym: szycie i naprawianie przewijają się przez oba pierwsze sny. W pierwszym matka szyje magiczną koszulkę, która ma przynosić ci dobro, ale okazuje się niebezpieczna. W drugim jej maszyna do szycia staje się powodem, dla którego rozważa odłożenie pomocy dla Zorki. Nie twierdzę, że maszyna sama w sobie jest symbolem matki czy jej charakteru. Istotne jest raczej to, że w obu snach szycie zajmuje miejsce w przestrzeni, w której rozstrzyga się coś znacznie ważniejszego: najpierw kwestia miłości, potem kwestia życia i ratowania.
I wtedy pojawia się kobieta, która w śnie jest weterynarzem, choć w rzeczywistości nie ma tam lecznicy. Jej słowa są dla ciebie niezrozumiałe: ciało Zorki mogłoby pomóc. Przez chwilę nie pojmujesz nawet, o jakie ciało jej chodzi, bo przecież Zorka zaraz się obudzi. Dopiero potem rozumiesz, co ta kobieta ma na myśli — i uznajesz, że ona również nie chce ratować Zorki, lecz potraktować jej ciało jako materiał do wykorzystania.
W tej scenie nie chodzi już tylko o obojętność. Matka rozważa odłożenie pomocy dla Zorki na rzecz własnej sprawy, natomiast kobieta przedstawiająca się jako specjalistka mówi o ciele psa tak, jakby jego wartość polegała na tym, co można z niego uzyskać. Każda z nich w inny sposób odchodzi od tego, co dla ciebie jest oczywiste: Zorka jest żywą istotą, która potrzebuje pomocy.
Nie wiemy, czy w tym śnie kobieta rzeczywiście zamierzałaby zrobić to, czego się obawiasz. Liczy się twoje natychmiastowe rozpoznanie, że jej sposób myślenia jest nie do pogodzenia z twoim. Ty nadal jesteś przekonana, że Zorka żyje i może odzyskać przytomność. Nie zgadzasz się na to, żeby ktoś potraktował ją jak rzecz, której przeznaczenie można ustalić bez względu na jej stan.
To, co łączy oba pierwsze sny, nie sprowadza się więc do samej obecności matki. W obu pojawia się rozbieżność między deklarowanym lub oczekiwanym dobrem a tym, co rzeczywiście się dzieje. Koszulka ma przynosić dobre rzeczy, ale zaczyna cię oplatać. Osoby, które mogłyby pomóc Zorce, nie skupiają się na jej ratowaniu. W obu przypadkach twoje własne rozpoznanie sytuacji jest bardziej wiarygodne niż to, co sugeruje otoczenie. Ty wiesz, że coś jest nie tak, i próbujesz się temu przeciwstawić.
Jest też różnica. W pierwszym śnie próbujesz powstrzymać krzywdzenie innych, a potem bezskutecznie nawiązać kontakt z matką. W drugim masz konkretny cel i potrafisz działać: reanimujesz Zorkę, rozpoznajesz, że potrzebuje weterynarza, proponujesz konkretną lecznicę. Nie jesteś w stanie kontrolować wszystkich okoliczności, ale nie tracisz orientacji co do tego, co należy zrobić. I choć sen jest okrutny, nie odbiera ci sprawczości.
Trzeci sen przynosi zupełnie inną atmosferę. Zaczynasz w sanatorium, ale nie wchodzisz od razu w świat, który znasz. Przypadkiem trafiasz do odosobnionej części przeznaczonej dla osób z niepełnosprawnościami. Rozmawiasz z ludźmi, a oni pokazują ci lodowisko specjalnie dla nich. Nie jesteś tam wyłącznie obserwatorką ani kimś, kto ma rozwiązać problem. Jesteś uczestniczką spotkania, podczas którego ludzie dzielą się z tobą informacją o miejscu, które odkryliście.
Lodowisko jest oczywiście absurdalne. Dostęp do niego prowadzi przez niskie, wąskie okienko tuż przy podłodze, a ty w śnie uznajesz to za znakomite przystosowanie, bo dzięki wczołganiu się na płytę łatwiej się nie przewrócić. LOL. To jeden z tych momentów, kiedy sen nie tylko tworzy nieistniejącą konstrukcję, ale jeszcze przypisuje jej całkiem przekonujące uzasadnienie. Nikt w tym świecie nie zatrzymuje się, żeby sprawdzić, czy rozwiązanie rzeczywiście ma sens. Ty również przyjmujesz je z entuzjazmem.
Nie czytałabym tego jako żartu z osób z niepełnosprawnościami. W samym śnie jesteś przekonana, że oglądasz coś świetnie przystosowanego, a absurd wynika z logiki rozwiązania, nie z pogardy wobec jego użytkowników. Zabawne jest to, że konstrukcja, która powinna ułatwiać dostęp, wymaga wczołgania się przez okienko. Sen potrafi stworzyć takie odwrócenie tak samo naturalnie, jak w pierwszym śnie magiczną koszulkę albo w drugim kałużę głęboką jak jezioro.
Najważniejsze jest jednak to, że lodowisko daje ci perspektywę przyjemności. Dawno nie jeździłaś na łyżwach, ale możesz wypożyczyć je na miejscu. Nie musisz mieć wszystkiego przygotowanego z góry, żeby skorzystać z okazji. Kiedy okazuje się, że łyżwy są dostępne, cieszysz się na to, co zaraz zrobisz.
Po dwóch snach, w których musisz reagować na zagrożenie i walczyć o coś podstawowego, pojawia się sytuacja, w której nie trzeba niczego ratować. Możesz po prostu czekać na przyjemne doświadczenie. Nie ma tu katastrofy, która wymaga natychmiastowego działania, ani osoby, której obojętność musisz przezwyciężyć. Jest możliwość jazdy na łyżwach i radość na samą myśl o niej.
A potem Robert zaplata ci warkocze.
To bardzo inny rodzaj działania niż wszystko, co pojawia się w dwóch wcześniejszych snach. Nie musisz sama rozwiązywać problemu, chronić kogoś ani podejmować decyzji. Ktoś robi coś dla ciebie, własnymi rękami, a ty jesteś odbiorczynią tej czynności. Warkocze wymagają czasu i uwagi. Nie da się ich zapleść jednym ruchem; trzeba kolejno przeplatać pasma włosów. To gest, w którym ktoś zajmuje się tobą w sposób bezpośredni, spokojny i konkretny.
Nie chcę automatycznie nadawać mu znaczenia romantycznego ani przypisywać Robertowi intencji, których sen nie określa. Ważniejsze wydaje mi się to, że jest to ktoś znany ci z rzeczywistości, z kim jeździłaś na zloty iponków, a jednak w snach pojawia się w sanatoriach, choć nigdy razem tam nie byliście. Sen tworzy więc dla was wspólną przestrzeń, która nie odpowiada żadnemu rzeczywistemu wspomnieniu. Nie odtwarza zlotu ani konkretnej sytuacji z przeszłości, tylko umieszcza go w świecie sanatorium.
Sanatorium może być po prostu miejscem, które twój mózg wykorzystuje jako scenerię spotkań. Nie musimy z góry zakładać, że oznacza leczenie, zależność czy potrzebę opieki. W tym śnie to właśnie w nim spotykasz ludzi, odkrywasz lodowisko i doświadczasz czegoś przyjemnego, a następnie pojawia się Robert z warkoczami. Jest to przestrzeń, w której możesz być wśród innych i przyjmować ich obecność, bez konieczności nieustannego czuwania nad czyimś bezpieczeństwem.
Cała trójka snów ma dla mnie jeszcze jeden wspólny rys: różnicę między tym, co rzeczywiście pomaga, a tym, co jedynie wygląda na pomoc. Koszulka obiecuje dobro, ale staje się zagrożeniem. Matka i weterynarz nie odpowiadają na pilną potrzebę Zorki. Natomiast w trzecim śnie ludzie po prostu pokazują ci miejsce, w którym możesz spędzić czas, łyżwy są dostępne, a Robert zaplata ci warkocze. Nie musisz najpierw udowodnić, że twoja potrzeba jest ważna. Nie musisz też przekonywać nikogo, że Zorka powinna być ratowana albo że nie wolno cię krzywdzić.
To nie znaczy, że trzeci sen jest prostą przeciwwagą dla dwóch pierwszych. Jest od nich zupełnie inny w konstrukcji: mniej w nim zagrożenia, ale również mniej potrzeby kontrolowania sytuacji. Możesz być ciekawa, możesz się cieszyć, możesz pozwolić, by coś się wydarzyło, i możesz przyjąć gest drugiej osoby. W pierwszych dwóch snach świat zmusza cię do reakcji. W trzecim oferuje ci możliwości.
I szczególnie porusza mnie ta zmiana, bo nie polega ona na tym, że nagle wszystko staje się idealne albo że ktoś przychodzi i rozwiązuje wszystkie twoje problemy. Po prostu pojawia się kawałek rzeczywistości, w którym nie musisz walczyć o najważniejsze rzeczy. Możesz odkryć dziwaczne lodowisko, wypożyczyć łyżwy i cieszyć się, że zaraz będziesz jeździć. A potem ktoś zaplata ci warkocze. W kontekście dwóch poprzednich snów ta zwyczajność sama w sobie staje się czymś cennym.