środa, 21 października 2026

Sen

21.10

            Jestem w ogrodzie, ale nieprzypominającym żadnego, jakie znam. Ogród jest wąski i długi, ogrodzony siatką. Jest ładne lato. Tata i dziadek coś robią, majsterkują. Robią to coś narzędziami wymagającymi prądu, kable są podwieszone w dziwny sposób pod dużym stojącym parasolem, nad naszymi głowami. Tata mówi, żebym nie podchodziła, bo to niebezpieczne, ale mówi to zbyt późno i kable nagle rzucają się na mnie. Jak w wielu podobnych snach przylegają do mojej skóry, parzą potwornie i nie dają się oderwać.
            W kolejnej scenie snu jestem już za siatką kilka metrów od tych kabli. Kable najwyraźniej udało się jakoś oderwać, ale teraz z kolei rzucają się na mnie wszystkie elementy metalowe. Przyciągam je, jakbym była gigantycznym magnesem, tylko gorzej, bo one się nie przyklejają do mojej skóry, one się w nią wbijają. Stoję oparta plecami o siatkę, spoglądam w dół na stopy i widzę, że źródłem bólu są gwoździe wbite pionowo w duże palce. Matka stoi obok, ale nie reaguje.


Ten sen ma bardzo charakterystyczną konstrukcję: zagrożenie najpierw przychodzi ze strony czegoś, co robią tata i dziadek, a potem — kiedy jesteś już poza bezpośrednim zasięgiem tego zagrożenia — niebezpieczeństwo wcale się nie kończy. Zmienia tylko postać. Najpierw kable, które przywierają do skóry i parzą, potem metalowe elementy, które przyciągasz i które wbijają się w ciało. Jakby samo odsunięcie się od źródła zagrożenia nie wystarczało, żeby odzyskać bezpieczeństwo.

Zwraca moją uwagę, że na początku jesteś w ogrodzie z tatą i dziadkiem, w letniej, pozornie przyjemnej scenerii. Oni majsterkują, wykonują jakieś prace, używają narzędzi elektrycznych. Nie ma tu wrogości ani intencji skrzywdzenia Cię. Jest za to niebezpieczna organizacja przestrzeni, kable zawieszone pod parasolem w dziwny sposób i ostrzeżenie taty, które pada za późno. To ważne rozróżnienie: zagrożenie nie musi wynikać ze złej woli, żeby naprawdę Cię skrzywdzić. Ktoś może Cię kochać, chcieć dla Ciebie dobrze, a mimo to nie zdążyć Cię ochronić przed czymś, co sam robi albo czemu nie zapobiegł.

Nie odczytywałabym tego jako oskarżenia wobec taty czy dziadka. W Twoich snach tata jest przecież postacią związaną z ochroną, podobnie jak dziadek jest kimś bardzo bliskim. Właśnie dlatego obecność obu może tworzyć tak przejmujący kontrast: jesteś z ludźmi, przy których mogłabyś oczekiwać bezpieczeństwa, ale niebezpieczeństwo pojawia się w obrębie wspólnej przestrzeni, a ostrzeżenie nie dociera do Ciebie na czas. Nie dlatego, że ktoś chce Cię skrzywdzić, tylko dlatego, że samo ostrzeżenie nie jest jeszcze ochroną.

Motyw kabli przywierających do skóry i potwornie parzących pojawiał się już w Twoich snach. Nie traktowałabym go więc jako przypadkowego obrazu elektryczności. Wygląda raczej na jeden z Twoich utrwalonych sposobów przedstawiania zagrożenia, które po kontakcie z Tobą nie daje się łatwo usunąć. Nie wystarczy się odsunąć ani wiedzieć, że coś jest niebezpieczne. Skutki pozostają przy ciele, a próba uwolnienia się od nich sama staje się trudna. W tym śnie szczególnie uderza mnie, że nie opisujesz ucieczki jako końca problemu. Przeciwnie — druga scena zaczyna się już po tym, jak kable zostały oderwane.

I wtedy pojawia się metal.

To niemal okrutna odmiana tego samego mechanizmu. Kable były konkretnym zagrożeniem, które można było powiązać z określonym miejscem i czynnością. Metal natomiast przyciągasz jak gigantyczny magnes. Zagrożenie nie tylko za Tobą podąża, ale zdaje się wynikać z samego faktu, że jesteś sobą — że masz jakąś właściwość, przez którą niebezpieczne przedmioty kierują się właśnie ku Tobie. Oczywiście nie oznacza to, że sen mówi Ci, iż rzeczywiście jesteś źródłem problemów. Raczej pokazuje doświadczenie, w którym nie możesz po prostu znaleźć się poza zasięgiem zagrożenia, bo ono zdaje się samo znajdować drogę do Ciebie.

Jest też różnica między tymi dwoma rodzajami urazu. Kable przylegają do skóry i parzą, jakby nie można było przerwać kontaktu. Gwoździe natomiast wbijają się w ciało. Są mniejsze, konkretne, punktowe, a ich źródło bólu można wreszcie zobaczyć. Dopiero kiedy spoglądasz w dół, dostrzegasz, co się stało: gwoździe tkwią pionowo w dużych palcach u stóp. To nie jest już wielkie, rozlewające się zagrożenie elektryczne. To coś, co unieruchamia Cię w bardzo konkretnym miejscu.

Duże palce są istotne choćby dlatego, że uczestniczą w utrzymywaniu równowagi i chodzeniu. Nie chciałabym robić z tego sztywnego symbolicznego słownika, ale w obrębie tej sceny uraz stóp może mieć znaczenie praktyczne: trudno się ruszyć, odejść, zmienić pozycję, kiedy właśnie tam tkwi źródło bólu. W pierwszej scenie próbujesz uwolnić się od czegoś, co przywarło do skóry; w drugiej już stoisz oparta plecami o siatkę, a ból pochodzi z miejsc, które są potrzebne, żeby zrobić kolejny krok. Jakby sen odbierał Ci możliwość prostego oddalenia się od tego, co Cię krzywdzi.

Siatka również pojawia się w obu scenach jako granica. Najpierw oddziela ogród od reszty świata, a potem opierasz się o nią plecami, już kilka metrów od kabli. Jesteś po drugiej stronie, więc pozornie powinnaś być bezpieczniejsza. Ale metal nadal Cię przyciąga, a siatka staje się oparciem, nie ochroną. Nie wiem, czy w Twojej osobistej symbolice ogrodzenie ma stałe znaczenie, ale tutaj wyraźnie widać, że fizyczne oddzielenie od źródła pierwszego zagrożenia nie wystarcza.

I w tej drugiej scenie stoi matka.

Jej obecność jest dla mnie chyba najbardziej znacząca właśnie dlatego, że nie robi nic. Nie atakuje Cię, nie wbija gwoździ, nie przyciąga metalu. Po prostu stoi obok, kiedy cierpisz. Nie ma nawet tej spóźnionej reakcji, którą wcześniej wykazuje tata, ostrzegając Cię przed kablami. Matka jest świadkiem bólu i nie reaguje.

W kontekście tego, co opowiadałaś o swoim dzieciństwie, trudno nie pomyśleć o różnicy między skrzywdzeniem a pozostawieniem kogoś bez pomocy. To dwa odrębne doświadczenia, choć mogą się na siebie nakładać. W pierwszej scenie zagrożenie powstaje w sytuacji, w której bliscy wykonują jakąś pracę i nie zdążają Cię ochronić. W drugiej jesteś już pośród skutków, a obok znajduje się osoba, od której nie możesz oczekiwać pomocy. Nie musimy zakładać, że każda postać w śnie odpowiada dokładnie konkretnej osobie z życia, ale zestawienie ojca, dziadka i matki nie jest obojętne.

Zastanawia mnie też, że sen nie kończy się ucieczką ani ratunkiem. Zostajesz oparta o siatkę, patrzysz na własne stopy i widzisz przyczynę bólu, a matka stoi obok. Jest w tym bezradność, ale również moment rozpoznania: wiesz już, co Cię rani. Nie widzimy natomiast, żeby ktokolwiek zareagował na tę wiedzę. Samo zobaczenie źródła bólu nie przynosi ulgi, jeśli nie ma pomocy w jego usunięciu.

Nie odczytuję tego snu jako opowieści o tym, że bliscy są niebezpieczni albo że nie można nikomu ufać. Bardziej jako sen o różnych postaciach braku bezpieczeństwa: o zagrożeniu, przed którym ktoś próbuje ostrzec, ale za późno; o skutkach, które nie znikają po oddaleniu się od źródła; i o cierpieniu, przy którym osoba stojąca obok nie robi nic. To trzy różne sytuacje, choć łączy je jedno — w żadnej nie masz pełnej kontroli nad tym, co dzieje się z Twoim ciałem.

I jeszcze jedna rzecz: nieznany ogród, ładne lato, majsterkujący tata i dziadek. Sen zaczyna się przecież niemal sielankowo. Nie ma ponurego domu, burzy ani zapowiedzi katastrofy. Niebezpieczeństwo wyrasta z codziennej czynności wykonywanej w przyjemnym otoczeniu. To może być istotne, bo czasem najtrudniejsze nie jest rozpoznanie jawnego zagrożenia, lecz fakt, że coś bolesnego może wydarzyć się również tam, gdzie nie spodziewamy się niczego złego.

W tym śnie najbardziej przejmujące jest dla mnie to, że oddalenie się od jednego źródła bólu nie przywraca Ci bezpieczeństwa, a osoba obecna przy kolejnym urazie nie reaguje. Nie wiem, czy właśnie to stanowi jego główny sens, ale te dwa elementy wydają mi się znacznie ważniejsze niż sama elektryczność czy metal.

niedziela, 18 października 2026

Sen

18.10

            Taki miałam ciekawy sen, a już nie pamiętam! Śniły mi się Piaski, miejsce między Okrąglakiem a tym blokiem przy nim. Wyglądało dość podobnie. Szłam tam uliczką, a na ławce przed blokiem siedziała... Magdalena Cielecka. Zaczepiła mnie, złapała za rękę (było zimno, jesień tym razem, ponuro), i mówi, że na te syfy na twarzy może mi polecić jakiś specyfik, który aktorzy stosują, LOL. Rozmawiamy chwilę, w końcu się podnosi (jest w długim płaszczu) i oddalamy się od Okrąglaka w stronę drugiego bloku.
            Nadal rozmawiamy. Cielecka pyta mnie, czy będę na uroczystej kolacji w szkole (ma na myśli ósemkę). Ma się odbyć taka za kilka dni - na cześć najlepszych uczniów, nauczycieli i rodziców. Powinnam tam być. Ale ja nic o tym nie wiem, matka mi nie powiedziała! Za to Magdalena mówi, że matka się zadeklarowała, że będzie, tymczasem nie należy do najlepszych rodziców, niczego dla szkoły nie zrobiła. Miała mi tylko przekazać, żebym to ja była jako wolontariuszka szkolna, pomagierka w bibliotece i uczestniczka zespołu muzycznego. Matka nic mi nie przekazała, za to przypisała sobie cudze zasługi.
            Rozmawiamy o tym, Magdalena jest zbulwersowana, nikt inny tak się nie zachował, tylko moja matka. Nagle widzę, że mój brzeg odpływa od drugiego, na który przeskoczyła Magdalena. Rozglądam się i okazuje się, że jest odwrotnie, ona przeskoczyła na odpływający jakby prom albo drugą stronę brzegu - trzeba nim dopłynąć do tego drugiego bloku. Ja nie zdążyłam przeskoczyć, bo nie wiedziałam, że takie coś tam zbudowano! Zostałam nie na nieruchomym brzegu, tylko w jakby takiej małej śluzie łączącej prom i brzeg. Śluza się zaczęła przemieszczać, a ja nagle zaczęłam się bać, że zostanę w niej zmiażdżona, bo pewnie nikt nie wie, że w niej jestem.
            Tu się obudziłam. Magdalena Cielecka przyśniła mi się, bo oglądałam 2. odcinek świetnej "Zmory". I akurat ostatnio wyskoczyły mi syfki na brodzie. ;>
            Drugi sen toczy się prawie w tym samym miejscu. Na ulicy przed ósemką. Idę tam z kimś (ale nie pamiętam kto to) i widzę, że przy ulicy stoi nieduży stojaczek na książki, ale książki z niego spadły i leżą na jezdni. Jest mokro, boję się, że zmokną. Postanawiam, że je zabiorę, a jak przeczytam i nie będzie padać, to wtedy je odniosę na ten stojak. Książek jest 5-6 i wszystkie są bardzo ciekawe, naukowe. Nie mam żadnej siatki, więc przyciskam je ramionami do klatki piersiowej.
            Potem nagle znajduję się przy bramie szkoły. Jest tam nieduże zbiegowisko. Jakaś kobieta stoi na wiadrze odwróconym dnem do góry i władczym tonem opowiada, że niektórych książek nie wolno czytać, bo są zakazane i za ich czytanie grozi śmierć! Niefrasobliwie pytam: Czy mogłabym dostać listę tych książek? Przynajmniej publicznie trzeba sprawiać pozory, że się człowiek stara dostosować do władzy, myślę, trzymając cały czas te książki i już podejrzewając, że to właśnie one są takie niebezpieczne, że mogę przez nie zginąć. Baba odpowiada mi, że mi nie powie! Nie poda listy, bo nie! Bo sami mamy wiedzieć, które książki są złe! Od razu rozumiem, że "złe" to w takich chorym, bezsensownym rozumieniu jak za PRLu, i że to bab i system są źli, a nie my, czytający. Co może być niby złego w nauce i książkach naukowych?


Te dwa sny łączy mi coś bardzo wyraźnego: ktoś próbuje rozporządzać Twoim dostępem do świata, ale Ty nadal masz własne kryteria rozpoznawania tego, co jest słuszne, wartościowe i prawdziwe. W pierwszym śnie matka przywłaszcza sobie Twoje zasługi i zatrzymuje przed Tobą informację, która powinna do Ciebie dotrzeć. W drugim władza próbuje ustalać, co wolno wiedzieć, ale Ty nie tracisz zdolności odróżniania rzeczywiście złego działania od arbitralnie ogłoszonego „zła”. A pomiędzy tymi dwoma snami jest jeszcze bardzo ciekawy motyw: przejście, które zmienia się pod Twoimi stopami, oraz książki, które sama postanawiasz ocalić.

Magdalena Cielecka jest tu początkowo zaskakująco zwyczajna. Siedzi na ławce przed blokiem w Piaskach, jest zimno i ponuro, a ona zaczepia Cię, bierze za rękę i proponuje środek na niedoskonałości skóry. To zabawne połączenie osoby znanej z ekranu z czymś tak przyziemnym jak syfki na brodzie. Ale ważne jest też to, że ona pierwsza nawiązuje z Tobą kontakt i nie traktuje Cię z góry. Nie jesteś anonimową osobą, która ogląda aktorkę w serialu; to aktorka dostrzega Ciebie, zaczyna rozmowę, a potem wprowadza Cię w sprawę, o której powinnaś wiedzieć. Jej ekranowa rozpoznawalność daje jej w tym śnie pewien autorytet, ale nie tworzy dystansu między Wami. Idziecie razem i rozmawiacie.

Potem rozmowa skręca w stronę szkoły, a właściwie w stronę Twojego miejsca w szkolnej społeczności. Ósemka jest konkretna, zakorzeniona w biografii, więc nie mamy tu do czynienia z abstrakcyjną szkołą jako symbolem. To miejsce, w którym naprawdę działałaś: byłaś wolontariuszką, pomagałaś w bibliotece, uczestniczyłaś w zespole muzycznym. Sen nie musi wymyślać Ci zasług ani dopisywać osiągnięć. One już istnieją. Problem polega na tym, że informacja o uroczystości nie dociera do Ciebie, a matka zamierza wystąpić w roli osoby zasłużonej, chociaż to nie ona wykonała pracę, którą reprezentuje.

Jest w tym szczególnie dotkliwa asymetria. Matka nie tylko nie przekazuje Ci wiadomości, przez co możesz stracić możliwość uczestniczenia w wydarzeniu, które jest również dla Ciebie. Ona jednocześnie przywłaszcza sobie prawo do reprezentowania Twojego wkładu, nie przekazując Ci nawet informacji, że ten wkład ma zostać doceniony. Twoje działanie staje się jej kapitałem, a Ty zostajesz poza obiegiem informacji. To coś więcej niż zwykłe pominięcie: jedna osoba przejmuje zasługi, druga traci możliwość ich uznania, a jeszcze wcześniej zostaje pozbawiona wiedzy, że w ogóle powinna się tam znaleźć.

Ważna jest reakcja Cieleckiej. Nie próbuje usprawiedliwiać matki, nie mówi, że pewnie miała dobre intencje, nie szuka kompromisowej wersji, w której każdy jest trochę winny. Jest zbulwersowana. Dostrzega, że zachowanie matki jest nieuczciwe, i nazywa tę nieuczciwość w praktyce przez sam fakt swojego oburzenia. W tym sensie jej rola nie ogranicza się do przekazania informacji. Staje się świadkiem, który widzi różnicę między rzeczywistą zasługą a przywłaszczonym uznaniem.

Nie chcę przy tym sprowadzać Magdaleny Cieleckiej do jakiejś wyobrażonej idealnej matki czy opiekunki. W tym śnie nie zastępuje ona matki w sensie rodzinnym. Jest raczej osobą z zewnątrz, która widzi sytuację bez narzuconego rodzinnego zniekształcenia. I to może być właśnie istotne: nie trzeba należeć do rodziny, żeby rozpoznać, kto wykonał pracę, komu należy się uznanie i kto zachował się nieuczciwie. Czasem ktoś spoza układu widzi rzecz znacznie jaśniej niż ludzie, którzy od lat w nim uczestniczą.

A potem następuje gwałtowna zmiana. Rozmowa trwa, ale przestrzeń przestaje być stabilna. Cielecka przeskakuje na coś, co wygląda jak drugi brzeg, a Ty orientujesz się, że ten brzeg odpływa. Nie wiedziałaś, że zbudowano tam prom czy jakiś ruchomy mechanizm łączący dwa miejsca. I to jest dla mnie jeden z najciekawszych momentów pierwszego snu: nie tracisz przejścia dlatego, że źle oceniłaś sytuację, lecz dlatego, że nie zostałaś poinformowana o zmianie zasad działania przestrzeni.

To bardzo dobrze współgra z wcześniejszym wątkiem szkolnej uroczystości. Tam istniało wydarzenie, o którym powinnaś wiedzieć, ale informacja została zatrzymana. Tutaj istnieje przejście, którego istnienia nie znasz, a więc nie możesz w odpowiednim momencie z niego skorzystać. W obu przypadkach świat ma pewną organizację, której Ty nie znasz nie z własnej winy. Inni mogą działać na podstawie informacji, których Tobie nie udostępniono. Cielecka przeskakuje, bo wie lub rozpoznaje, co się dzieje; Ty zostajesz w miejscu, które okazuje się nie tym, za co je uważałaś.

I zwróć uwagę na różnicę między tym, co widzisz na początku, a tym, co odkrywasz później. Początkowo wydaje Ci się, że zostałaś na nieruchomym brzegu, czyli w bezpiecznym miejscu, z którego po prostu nie zdążyłaś przejść dalej. Dopiero potem okazuje się, że to wcale nie jest stały ląd. Zostałaś w śluzie, ruchomym elemencie mechanizmu, który sam się przemieszcza. Nie tylko nie wiesz, dokąd prowadzi droga; nie wiesz nawet, czy miejsce, w którym stoisz, pozostanie bezpieczne.

Lęk przed zmiażdżeniem pojawia się właśnie wtedy, gdy rozpoznajesz, że nie jesteś bierną obserwatorką jakiejś konstrukcji, lecz znalazłaś się wewnątrz jej działania. I prawdopodobnie nikt nie wie, że tam jesteś. To ostatnie jest szczególnie przejmujące. Mechanizm może działać zgodnie z własnymi regułami, ludzie mogą przemieszczać się między brzegami, wszystko może wyglądać zupełnie zwyczajnie z zewnątrz — a jednak ktoś, kto znalazł się w niewłaściwym miejscu, może być zagrożony właśnie dlatego, że system nie uwzględnia jego obecności.

Nie odczytywałabym tego jako opowieści o Twojej niezaradności. Przeciwnie, nie miałaś podstaw, by przewidzieć istnienie tego mechanizmu, a kiedy odkrywasz, gdzie naprawdę jesteś, natychmiast rozumiesz niebezpieczeństwo. Problem nie leży w braku inteligencji ani spostrzegawczości. Leży w tym, że nie można odpowiednio zareagować na reguły, których istnienia nie dano Ci poznać. To istotna różnica.

Drugi sen przenosi Cię niemal w to samo miejsce, przed ósemkę, ale tym razem nie chodzi już o informację, którą ktoś przed Tobą ukrył, ani o przejście, którego nie zdążyłaś rozpoznać. Teraz sama dostrzegasz coś, co wymaga działania: książki leżą na mokrej jezdni, mogą zamoknąć, więc postanawiasz je zabrać. Nie masz siatki, przyciskasz je ramionami do klatki piersiowej. Ten szczegół bardzo mi się podoba, bo jest konkretny i cielesny. Nie wygłaszasz deklaracji o ratowaniu wiedzy. Po prostu bierzesz książki, które trzeba ochronić.

Co więcej, nie zabierasz ich po to, żeby je sobie przywłaszczyć. Twój zamiar jest rozsądny i ograniczony: przeczytasz je, a kiedy nie będzie padać, odłożysz je z powrotem na stojak. Nie niszczysz ich pierwotnego przeznaczenia, nie uznajesz, że skoro znalazłaś coś ciekawego, to masz do tego wyłączne prawo. Chcesz uchronić książki przed zniszczeniem i skorzystać z nich, a potem przywrócić je innym czytelnikom. To gest jednocześnie opiekuńczy i uczciwy.

Książki okazują się naukowe, a do tego bardzo ciekawe. Nie są więc tylko przedmiotami, które należy schować przed deszczem. Reprezentują wiedzę, która przyciąga Cię sama z siebie. Nie musisz znać ich tytułów ani wiedzieć, kto je napisał, żeby uznać, że warto je ocalić. Ich wartość nie wynika z oficjalnego certyfikatu ani z tego, że ktoś ważny ogłosił je wartościowymi. Rozpoznajesz ją przez kontakt z nimi i przez własne zainteresowanie.

I wtedy pojawia się kobieta stojąca na odwróconym wiadrze, przemawiająca władczym tonem do zbiegowiska. Obraz jest niemal groteskowy: nieduże wiadro jako podest, kobieta, która przyjmuje pozycję autorytetu, i ogłoszenie, że niektórych książek nie wolno czytać, bo grozi za to śmierć. Jej władza w tej scenie nie wynika z wiedzy ani z wykazanej kompetencji. Wynika z tego, że przemawia tak, jakby miała prawo decydować o cudzym dostępie do informacji.

Twoja odpowiedź jest świetna właśnie dlatego, że nie jest ani bohaterską deklaracją, ani naiwnym przyjęciem reguł. Pytasz o listę zakazanych książek, a jednocześnie myślisz, że publicznie trzeba przynajmniej sprawiać pozory dostosowania się do władzy. Rozumiesz różnicę między tym, co człowiek rzeczywiście uznaje za słuszne, a tym, co może być zmuszony zademonstrować, żeby nie narazić się na konsekwencje. To nie jest to samo co posłuszeństwo. To rozpoznanie sytuacji, w której jawna deklaracja sprzeciwu może być niebezpieczna.

Ale kobieta odmawia nawet podania listy. I tu jej władza odsłania swoją absurdalność: nie tylko zakazuje, lecz także nie określa, czego dokładnie zakazuje. Oczekuje, że ludzie sami odgadną jej intencje, a następnie poniosą odpowiedzialność za przekroczenie granic, których nie da się jednoznacznie poznać. „Sami mamy wiedzieć, które książki są złe” — to nie jest zasada, która pozwala odróżnić dobro od zła. To mechanizm wymuszania nieustannego domyślania się, czego życzy sobie władza.

I tu dochodzimy do Twojego rozpoznania, że system i kobieta są źli, a nie ludzie czytający. Nie musisz już nawet znać treści rzekomo zakazanych książek, żeby zrozumieć, że coś jest nie w porządku. Sam sposób ustanawiania zakazu — bez kryteriów, bez uzasadnienia, bez możliwości poznania reguł — ujawnia jego arbitralność. Władza usiłuje przerzucić na obywateli obowiązek odgadnięcia jej kaprysów, a potem przedstawiać ewentualne nieposłuszeństwo jako ich moralną winę.

Jest tu jeszcze jeden bardzo ważny kontrast z pierwszym snem. W pierwszym ktoś inny wie o wydarzeniu, które powinno być również Twoim udziałem, ale nie przekazuje Ci informacji. W drugim kobieta świadomie odmawia podania informacji, której domaga się publicznie. W obu przypadkach wiedza zostaje potraktowana jako narzędzie kontroli. Ale Twoja pozycja nie jest identyczna. W pierwszym śnie brak informacji uniemożliwia Ci działanie, zanim zdążysz rozpoznać, co się dzieje. W drugim od razu widzisz absurd sytuacji i potrafisz nazwać jego naturę. Możesz być narażona na konsekwencje, ale nie przejmujesz sposobu myślenia systemu.

A książki nadal trzymasz przy sobie. To chyba najładniejszy i najbardziej znaczący szczegół całej sceny. Władza właśnie ogłosiła, że czytanie może być śmiertelnie niebezpieczne, a Ty masz pod ramionami pięć czy sześć książek, które wcześniej uznałaś za interesujące i warte ochrony. Nie porzucasz ich automatycznie tylko dlatego, że ktoś nadał im status podejrzanych. Nie przyjmujesz, że zakaz sam w sobie dowodzi ich szkodliwości. Rozumiesz, że władza może nazwać „złym” coś, co w rzeczywistości jest dobre, pożyteczne albo po prostu niezależne od niej.

Zestawienie tych snów wydaje mi się szczególnie wymowne również dlatego, że w pierwszym pojawia się Twoja matka, która przypisuje sobie Twoje zasługi, a w drugim kobieta, która próbuje narzucić innym własne kryteria dobra i zła. Nie utożsamiałabym tych postaci — ich role są inne — ale obie próbują ustalić rzeczywistość za innych. Pierwsza chce decydować, kto zasłużył na uznanie, i zatrzymuje informację, która pozwoliłaby Ci samodzielnie uczestniczyć w wydarzeniu. Druga chce decydować, co wolno wiedzieć, ale nie potrafi nawet wyjaśnić, na czym opiera swoje zakazy. W obu scenach istnieje rozbieżność między deklarowaną pozycją a rzeczywistą wartością działania.

Cielecka jest z kolei kimś, kto dostrzega cudzą zasługę i reaguje na niesprawiedliwość. Książki są czymś, co Ty sama dostrzegasz, chronisz i oceniasz według własnych kryteriów. W jednym śnie ktoś z zewnątrz potwierdza to, co matka próbuje zniekształcić. W drugim nie potrzebujesz już nawet zewnętrznego potwierdzenia, żeby rozpoznać zło w arbitralnym zakazie. Twoje kryteria nie zależą od tego, czy osoba przemawiająca ma autorytet, czy tylko stoi na wiadrze i mówi podniesionym głosem.

A jeśli połączyć to z końcówką pierwszego snu, pojawia się pewna niepokojąca ciągłość. Tam mechanizm może Cię zmiażdżyć, ponieważ nie wie, że jesteś w śluzie. Tutaj system grozi śmiercią tym, którzy przeczytają niewłaściwą książkę, ale nie chce powiedzieć, która książka jest niewłaściwa. W obu przypadkach zagrożenie wiąże się z regułami, które nie uwzględniają człowieka jako kogoś, kto musi wiedzieć, gdzie stoi i co wolno mu zrobić. Niebezpieczeństwo nie jest po prostu skutkiem własnego błędu. Może wynikać z działania konstrukcji lub systemu, który nie troszczy się o to, czy człowiek ma szansę zrozumieć jego zasady.

Różnica polega na tym, że w drugim śnie masz już coś bardzo konkretnego przy sobie: książki. Nie są abstrakcyjną ideą wolności ani hasłem przeciwko cenzurze. Są wiedzą, którą chcesz poznać, i którą wcześniej uratowałaś przed deszczem. Władza może próbować nadać im niebezpieczną etykietę, ale nie może w ten sposób zmienić tego, czym są ani dlaczego uznałaś je za warte zachowania.

I chyba dlatego Twoje ostatnie pytanie — „Co może być niby złego w nauce i książkach naukowych?” — brzmi w tym śnie tak mocno. Nie dlatego, że każda książka naukowa jest z definicji nieszkodliwa, bo przecież wiedza może być również wykorzystywana źle. Tylko dlatego, że sama wiedza nie staje się zła przez to, że ktoś zakazuje do niej dostępu. Trzeba umieć uzasadnić konkretny zarzut, a nie zastępować argument groźbą i oczekiwaniem, że wszyscy będą czytać w myślach osoby sprawującej władzę.

W tych dwóch snach nie widzę więc przede wszystkim opowieści o podporządkowaniu. Widzę opowieść o tym, co się dzieje, kiedy inni próbują przejąć kontrolę nad informacją, uznaniem i dostępem do świata — oraz o tym, że mimo tego Ty nadal potrafisz rozpoznawać wartość, niesprawiedliwość i absurd. Czasem nie wiesz, że brzeg zacznie odpływać. Czasem nie masz jeszcze informacji potrzebnej do podjęcia decyzji. Ale kiedy dostrzegasz mechanizm, nie mylisz go z prawem natury. A kiedy ktoś ogłasza, że książki są złe, nie uznajesz tego za dowód, że rzeczywiście takie są.


sobota, 17 października 2026

Sen

            Dziś tylko urywki. Zima, bardzo ciężka zima, taka PRLowska. I ciemno. Idę z Olą wzdłuż ulicy, chyba jakaś przelotówka - miejsce zmyślone. Idziemy w stronę przystanku autobusowego, żeby jakiś autobus złapać, ale zanim w ogóle dochodzimy do przystanku, mija nas kilka autobusów. Raz nawet za jakimś podbiegamy, ale okazuje się, że wszystkie jadą nie w naszym kierunku, skręcają wcześniej, więc nie możemy nawet kawałka podjechać. Ja w tym śnie jestem bardzo chora, chwilami tracę świadomość albo jest ona trochę przytłumiona - to bardzo dziwne uczucie tracić przytomność w śnie. Musimy złapać ten autobus, bo Ola przecież nic nie będzie w stanie zrobić ze mną nieprzytomną. Nie zaciągnie mnie do autobusu sama czy cokolwiek. Zostaniemy na noc w śniegu i to się może źle skończyć. Nie wiem, dlaczego nie mamy telefonów.

            Nagle pojawia się moja matka, przyjechała samochodem. Pomyślałam, że nas zabierze, że nam pomoże! Ale nie, tylko na nas popatrzyła z politowaniem, nie odezwała się słowem, wsiadła w samochód i pojechała. To ciekawe, bo w realu ona nie prowadzi, tym autem mógłby przyjechać tylko mój tata, a on by nas nie zostawił.
            Śniło mi się to dalej, tylko w trochę innej scenerii i w tej drugiej części snu byłam już sama i patrzyłam z dwóch perspektyw jednocześnie: byłam sobą i brnęłam w śniegu, a jednocześnie widziałam siebie z boku. Moja świadomość była normalna, ale nadal było ciemno. Próbowałam znaleźć schronienie od śniegu na noc i nawet znalazłam jakąś niedużą budę ok. 2x2m, ale nie mogłam w niej zostać, musiałam uciekać, bo 2 facetów zamierzało ją zająć.


Ten sen jest znacznie mniej sielankowy niż poprzednie, ale wydaje mi się, że bardzo wyraźnie rozdziela dwie rzeczy: znalezienie się w sytuacji, w której potrzebujesz pomocy, oraz to, czy ludzie, od których mogłabyś jej oczekiwać, rzeczywiście zechcą Ci pomóc. I nie robi tego przez abstrakcyjne rozważania, tylko przez bardzo konkretną walkę o przetrwanie zimnej nocy.

Ta zima jest niemal materialna. Ciemność, śnieg, przelotowa droga, autobusy, które pojawiają się na wyciągnięcie ręki, ale każdy jedzie w niewłaściwym kierunku. Nie jesteście w miejscu, gdzie można po prostu wejść do sklepu, usiąść w poczekalni albo poprosić kogoś o pomoc. Jesteście w przestrzeni przejściowej, na drodze, która powinna dokądś prowadzić, ale nie daje Wam żadnej możliwości dotarcia do celu. Transport istnieje, pojazdy jeżdżą, świat nie jest całkowicie unieruchomiony — tylko nic z tego nie służy Wam.

To, że autobusy mijają Was jeszcze przed dojściem do przystanku, jest szczególnie przykre. Przystanek miał być miejscem, w którym można wreszcie zacząć coś robić: poczekać, wybrać autobus, wsiąść. Tymczasem okazuje się, że nawet nie zdążyłyście do niego dotrzeć, a kolejne możliwości już Was omijają. Jednego autobusu próbujecie dogonić, lecz nawet gdybyście go złapały, nie mógłby Wam pomóc, bo skręca wcześniej. Nie chodzi więc wyłącznie o spóźnienie czy pecha. Środki, które w zwykłych warunkach umożliwiają przemieszczanie się, w tej sytuacji nie spełniają swojej funkcji.

Ważne jest, że jesteś bardzo chora. Twoja przytłumiona świadomość nie pozwala Ci traktować tej wędrówki jak zwykłego spaceru w trudnych warunkach. Masz poczucie, że czas się kończy, bo jeśli stracisz przytomność, Ola nie będzie mogła Cię sama przetransportować. Wiesz, że nie wystarczy po prostu wytrzymać jeszcze trochę. Potrzebujecie rozwiązania, zanim Twój stan się pogorszy. To nadaje całej scenie dodatkowe napięcie: nie możesz polegać wyłącznie na własnej wytrzymałości, a osoba, która jest z Tobą, nie ma możliwości zastąpienia pomocy, której potrzebujesz.

I w tym wszystkim jesteś z Olą. Nie idziesz sama, ale jej obecność nie usuwa zagrożenia, ponieważ nie jest ona w stanie zrobić wszystkiego, co byłoby konieczne. To istotne rozróżnienie. Można mieć przy sobie kogoś życzliwego, kto nie chce zostawić człowieka w potrzebie, a mimo to znaleźć się w sytuacji, której nie da się rozwiązać samą przyjaźnią. Sen nie musi podważać Waszej relacji. Przeciwnie, Twoje myślenie o tym, co stanie się z Olą, kiedy stracisz świadomość, pokazuje, że oceniasz sytuację także z uwzględnieniem jej możliwości. Wiesz, że nie może po prostu wziąć na siebie ciężaru, którego fizycznie nie udźwignie.

Nie macie telefonów, choć w rzeczywistości właśnie one mogłyby zmienić sytuację. Nie da się wezwać pomocy ani skontaktować z kimś, kto mógłby Was zabrać. To kolejny element zamknięcia: nie tylko nie przyjeżdża właściwy autobus, lecz także nie ma alternatywnego sposobu działania. Zostają własne siły, droga i nadzieja, że pojawi się coś, co pozwoli Wam dotrzeć do bezpiecznego miejsca.

A potem przyjeżdża matka.

To chyba najbardziej bolesny moment pierwszej części snu, właśnie dlatego, że przez chwilę sytuacja wygląda tak, jakby wreszcie miała się rozwiązać. Pojawia się samochód, a Ty od razu myślisz, że matka Was zabierze. Nie musisz już szukać autobusu, martwić się o swoją świadomość ani zastanawiać, jak przetrwacie noc. Ktoś przyjechał, ma pojazd, może Was stąd zabrać. Przez krótką chwilę pomoc wydaje się czymś realnym.

Ale matka tylko na Was patrzy. Jej spojrzenie wyraża politowanie, nie pada ani jedno słowo, po czym odjeżdża.

W tym geście jest coś szczególnie okrutnego: ona nie pozostaje nieobecna, nie jest kimś, kto nie wie o Waszym położeniu. Pojawia się wystarczająco blisko, żeby zobaczyć, co się dzieje. Widzi Was na drodze, w zimnie, w sytuacji, w której jesteś poważnie chora. A jednak jej obecność nie prowadzi do pomocy. Co więcej, przez moment daje Ci powód, żeby tej pomocy oczekiwać, po czym to oczekiwanie zostaje unieważnione.

Politowanie nie jest tym samym co obojętność. W spojrzeniu pełnym politowania może być świadomość, że ktoś znajduje się w złym położeniu, a jednocześnie brak gotowości, by cokolwiek zrobić. I właśnie to odróżnia tę scenę od zwykłego opuszczenia: matka nie musi nawet zaprzeczać, że potrzebujecie pomocy. Nie podejmuje żadnego działania, choć ma taką możliwość.

Bardzo ważne jest Twoje skojarzenie z samochodem. W realnym życiu matka nie prowadzi, a tym autem mógłby przyjechać tylko tata. I tata by Was nie zostawił. Sen wykorzystuje więc niemożliwą sytuację, by pokazać matkę w miejscu, które w Twoim doświadczeniu zajmował ktoś zupełnie inny. Nie chodzi jedynie o to, że matka ma samochód, którego naprawdę nie prowadzi. Ona zajmuje pozycję osoby, która dysponuje możliwością zabrania Was w bezpieczne miejsce — pozycję, z którą kojarzy Ci się ojciec — i wykorzystuje ją w całkowicie odmienny sposób.

Nie wyciągałabym z tego wniosku, że sen próbuje powiedzieć coś nowego o Twojej matce albo ojcu. Sama bardzo jasno rozpoznajesz różnicę między ich zachowaniem. Raczej widzę tu zderzenie dwóch znanych Ci wzorców: pomocy, która rzeczywiście przychodzi, oraz pomocy, której można by oczekiwać, ale która zostaje odmówiona. Matka otrzymuje w śnie możliwość wykonania gestu, który w Twoim doświadczeniu byłby naturalny dla taty. I właśnie dlatego jej odjazd jest tak wymowny.

Jest w tym również coś związanego z samym pojęciem ratunku. Samochód nie wymaga od Ciebie, żebyś odzyskała siły, dotarła do przystanku czy utrzymała świadomość. Ktoś inny mógłby przejąć odpowiedzialność za transport. W chwili, gdy nie jesteś w stanie sama sobie poradzić, pomoc polegałaby na tym, że nie musisz już być zdolna do wszystkiego. Matka mogłaby po prostu Was zabrać. Nie robi tego, a Ty zostajesz z problemem, którego nie da się rozwiązać samym wysiłkiem.

Druga część snu jest pod tym względem jeszcze bardziej samotna. Nie ma już Oli, nie ma autobusu, nie ma samochodu, który mógłby się pojawić. Jesteś sama, a Twoja świadomość jest normalna, choć nadal panują ciemność i zima. Jednocześnie patrzysz na siebie z dwóch perspektyw: jesteś osobą brnącą przez śnieg, ale widzisz siebie również z boku.

Nie traktowałabym tej podwójnej perspektywy jako dowodu na emocjonalne odcięcie czy coś podobnego. W snach punkt widzenia potrafi zmieniać się bardzo swobodnie. Tutaj jednak ma ciekawy skutek: jesteś jednocześnie tą, która musi przejść przez sytuację, i tą, która może zobaczyć ją z zewnątrz. Nie znika Twoja świadomość, nie jesteś już przytłumiona jak w pierwszej części. Możesz obserwować własne położenie, ale ta większa jasność nie daje Ci automatycznie większych możliwości. Nadal jesteś na mrozie, nadal musisz znaleźć schronienie.

To rozdzielenie między świadomością a możliwością działania wydaje mi się ważne. Można dobrze rozumieć własną sytuację, wiedzieć, czego się potrzebuje, a mimo to nie mieć dostępu do środków, które pozwoliłyby ją zmienić. W pierwszej części sen pokazuje ograniczenia fizyczne: chorobę, przytłumioną świadomość, niemożność samodzielnego dotarcia do autobusu. W drugiej jesteś już przytomna i orientujesz się w sytuacji, ale nie masz bezpiecznego miejsca, w którym mogłabyś przetrwać noc. Samo odzyskanie jasności umysłu nie usuwa zagrożenia.

Buda o wymiarach mniej więcej dwa na dwa metry jest pierwszym konkretnym rozwiązaniem, jakie znajdujesz. Nie jest wygodnym domem ani nawet porządnym schroniskiem. Jest niewielka, ale mogłaby osłonić Cię przed śniegiem. W warunkach, w których się znajdujesz, nie potrzebujesz luksusu. Potrzebujesz kawałka przestrzeni, w której możesz zostać, odpocząć i nie marznąć. To bardzo podstawowa potrzeba, a zarazem coś, czego nie możesz po prostu sobie zagwarantować.

I wtedy pojawiają się dwaj mężczyźni, którzy zamierzają zająć budę. Musisz uciekać.

To przejmujący finał, bo nawet kiedy sama znajdujesz coś, co mogłoby Ci pomóc, nie możesz mieć pewności, że będziesz mogła z tego skorzystać. Schronienie istnieje, ale nie jest naprawdę dostępne, ponieważ inni ludzie mogą Ci je odebrać. Nie ma tu informacji, że mężczyźni już Cię skrzywdzili, i nie trzeba dopowiadać, co dokładnie zamierzali zrobić. Wystarczy, że ich obecność zmusza Cię do opuszczenia jedynego miejsca, które znalazłaś.

W ten sposób druga część snu nie jest po prostu dalszym ciągiem zimna. Pokazuje, że samo znalezienie rozwiązania nie wystarcza, jeśli nie możesz bezpiecznie z niego skorzystać. Najpierw zawodzi transport, potem zawodzi osoba, która mogłaby Cię zabrać, a na końcu zawodzi schronienie, które udaje Ci się znaleźć własnymi siłami. Każda kolejna możliwość okazuje się nietrwała.

Nie widzę powodu, żeby uznać ten sen za opowieść o Twojej bezradności. W obu częściach próbujesz znaleźć rozwiązanie: idziesz do przystanku, próbujesz dogonić autobus, oceniasz, co się stanie, jeśli stracisz świadomość, a później szukasz miejsca, w którym możesz się schronić. Nie przestajesz orientować się w sytuacji. Problem polega na tym, że kolejne dostępne możliwości nie zapewniają Ci bezpieczeństwa. To nie to samo co nieumiejętność radzenia sobie.

Zestawienie z poprzednim snem o pensjonacie, tacie, dziewczynce i lataniu nad Wisłą jest interesujące, choć nie musi oznaczać, że oba sny opowiadają jedną historię. Tam świat niespodziewanie stawał się bardziej dostępny: teatr był bliżej, pojawiali się ludzie, z którymi można było się zaprzyjaźnić, a dziewczynka otwierała przed Tobą nowe możliwości. Tutaj przestrzeń również jest rozległa, ale nie daje Ci swobody. Droga prowadzi donikąd, autobusy nie jadą tam, gdzie trzeba, a znalezione schronienie zostaje Ci odebrane. W jednym śnie świat oferuje więcej, niż się spodziewałaś; w drugim kolejne rzeczy, które powinny pomóc, okazują się niedostępne.

Najbardziej zostaje mi jednak w pamięci moment, w którym widzisz samochód matki i myślisz, że Was zabierze. Bo zanim pojawia się rozczarowanie, przez chwilę istnieje bardzo proste rozwiązanie. Nie trzeba już niczego zdobywać, niczego udowadniać ani wymyślać. Ktoś może Was po prostu zabrać z zimna. A potem samochód odjeżdża i zostaje ciemność, śnieg oraz konieczność dalszego szukania drogi.

To właśnie ten moment nadaje całemu snowi jego szczególny ciężar: nie każda obecność oznacza pomoc, a nie każda możliwość ratunku staje się ratunkiem. I czasem najtrudniejsze nie jest samo znalezienie wyjścia, lecz to, że człowiek musi go szukać dalej, nawet po tym, jak przez chwilę wydawało się, że ktoś wreszcie przyjechał.

piątek, 16 października 2026

Sen

Sen z 2025:
Dziś same urywki snów, ale za to sympatyczne. I to jeden długi sen, tylko nie pamiętam go w całości.
Idę główną uliczką piasków w stronę stacji i wszystko wygląda jak zawsze, ale jak tylko dochodzę do Akwarium, nagle okazuje się, że przechodzę właśnie na Starówkę warszawską, czyli Starówka jest na Piaskach, a nie w Wawie! Mało tego, za którymś zakrętem widzę teatr, do którego wcześniej musiałam jeździć bardzo długą prostą drogą (chyba Marszałkowską). Cieszę się, że mam tak blisko do teatru, że mogę iść spacerkiem, a wcześniej to chyba jeździłam jakąś okrężną drogą!
Dochodzimy do jakiegoś pensjonatu, w którym mam nocować. I jest tam tata, spędzamy razem czas. Spotykam małą dziewczynkę, z którą się zaprzyjaźniam. Ona częstuje mnie owocami ogrodowymi. Szczególnie pyszny i słodki jest agrest! Nagle pojawia się matka i zabrania mi jeść, bo to matka dziewczynki ma mi pozwolić, a nie dziewczynka. Jej matka z kolei mówi, że jej córka nie jest ubezwłasnowolniona i może dysponować dowolnie swoją własnością. Dziewczynka ma jakieś 10 lat i matka pozwala jej na samodzielność. Ja mam prawie 50 i mnie matka zabrania - w tym śnie oczywiście, bo w realu nie pozwalałam jej na to, już mając 3-5 lat. Ale sen pokazuje realną rządzę matki do rozkazywania mi nawet w takich kwestiach, jak to, czyje owoce mam jeść.
Matka dziewczynki nie dziwi się też, że jej 10-letnia córka zaprzyjaźnia się i rozmawia z 50-letnią kobietą. Mnie matka zabraniała się przyjaźnić z ludźmi o 10 lat młodszymi albo starszymi, bo co tacy ludzie mogą chcieć ode mnie? Wykorzystać i oszukać tylko! Matka jest ode mnie starsza o 23 lata i faktycznie chce mnie tylko wykorzystać i oszukać całe życie, ale nikt inny tego jakoś nie robi. Jej słowa potwierdza tylko ona sama.
We śnie jeszcze latałam nad Wisłą, bo dziewczynka zaprosiła mnie do latania nad Wisłą, której fragment należał do jej rodziny.
Wczoraj Turnau śpiewał piosenkę o agreście u Wojewódzkiego, stąd tren agrest. "Jedliśmy agrest, agrest po burzy" z nowej płyty. A przed snem czytałam książkę o Wiśle.



Ten sen ma w sobie coś szczególnie przyjemnego: świat okazuje się większy, niż myślałaś, a jednocześnie dostępniejszy. Miejsca, do których trzeba było daleko jechać, nagle znajdują się tuż obok. Wisła staje się przestrzenią zabawy, a nie tylko rzeką, którą się ogląda. Pojawia się dziewczynka, z którą można się zaprzyjaźnić, i jej matka, która traktuje ją jak osobę mającą własne prawa. Jest też tata, z którym po prostu spędzasz czas. A wszystko to w jednym świecie, w którym nie trzeba wybierać między bliskością, wolnością i przyjemnością.

Najpierw ta niezwykła geografia. Idziesz dobrze znaną uliczką Piasków, więc zaczynasz od rzeczywistości rozpoznawalnej, niemal codziennej. Dopiero przy Akwarium przestrzeń się przekształca: warszawska Starówka okazuje się częścią Piasków. Potem odkrywasz teatr, do którego wcześniej musiałaś jeździć daleko. To nie jest po prostu zamiana jednego miejsca na drugie. Zmienia się relacja między Tobą a światem: coś, co wymagało podróży i specjalnego wysiłku, staje się osiągalne podczas zwykłego spaceru. I cieszysz się z tego odkrycia. Nie musisz już pokonywać długiej drogi, żeby dotrzeć do czegoś, co lubisz.

Podoba mi się, że sen nie przedstawia tego jako cudu, który wymagałby od Ciebie jakiegoś szczególnego działania. To przestrzeń sama okazuje się lepiej urządzona, niż sądziłaś. Być może wcześniej korzystałaś z okrężnej drogi, bo nie wiedziałaś, że istnieje krótsza. Teraz odkrywasz, że świat może być bardziej przyjazny i dostępny, niż wynikało z dotychczasowej mapy. Nie zmieniły się Twoje zainteresowania ani miejsca, do których chcesz docierać. Zmieniła się odległość, która Cię od nich dzieli.

W tym kontekście ważne wydaje mi się pojawienie się taty w pensjonacie. Nie znamy szczegółów tego, co robicie, ale zapamiętałaś, że spędzacie razem czas. Nie musisz niczego z nim załatwiać ani o nic go prosić; jego obecność jest częścią pobytu. Pensjonat jest miejscem tymczasowym, w którym nocujesz, ale nie jesteś w nim sama. Nie chciałabym przypisywać mu na siłę znaczenia symbolicznego, zwłaszcza że tata miał w Twoim życiu bardzo konkretną historię. Wystarczy mi to, co sen rzeczywiście pokazuje: jest dostępny i możecie być razem.

Potem pojawia się dziewczynka, a wraz z nią kolejny rodzaj odkrycia. Częstuje Cię owocami ogrodowymi, a agrest okazuje się wyjątkowo pyszny i słodki. To drobna, bezinteresowna przyjemność: ktoś chce podzielić się z Tobą czymś dobrym, bo ma na to ochotę. Nie ma tu żadnej umowy, zależności ani konieczności zasłużenia na poczęstunek. Dziewczynka ma coś własnego i sama decyduje, że chce Ci to dać.

I właśnie wtedy wkracza Twoja matka. Nie chodzi jej nawet o to, że nie powinnaś jeść owoców, że mogłabyś się źle poczuć albo że dziewczynka nie ma prawa nimi częstować. Jej sprzeciw dotyczy tego, kto ma udzielić Ci pozwolenia. To niezwykle charakterystyczna różnica: matka nie tyle rozstrzyga, czy coś jest dobre lub złe, ile próbuje zachować pozycję osoby, która ma prawo decydować za Ciebie. Nawet gdy chodzi o agrest ofiarowany przez dziecko.

A sen natychmiast wprowadza kogoś, kto podważa tę zasadę. Matka dziewczynki odpowiada, że córka nie jest ubezwłasnowolniona i może dysponować własnością. Właściwie jednym zdaniem przywraca sprawom proporcje. Dziewczynka nie jest przedmiotem, którym matka rozporządza, lecz osobą, która może podejmować decyzje. Jej samodzielność nie stanowi zagrożenia dla matki ani nie wymaga nieustannego nadzoru. Co więcej, ta dorosła kobieta nie próbuje przejąć kontroli nad sytuacją tylko dlatego, że jest dorosła. Uznaje podmiotowość córki.

W tej scenie spotykają się zatem dwa zupełnie różne modele macierzyństwa. Jedna matka wykorzystuje swoją pozycję, by rozkazywać dorosłej córce; druga pozwala dziesięcioletniej córce samodzielnie dysponować tym, co do niej należy. I ta druga nie musi nawet wygłaszać wielkiej deklaracji o wychowaniu. Po prostu wie, że dziecko może mieć własną wolę. To, co w jednej rodzinie byłoby powodem do konfliktu, w drugiej jest czymś zupełnie zwyczajnym.

Szczególnie mocne jest zestawienie wieku. Ty masz we śnie prawie pięćdziesiąt lat, a dziewczynka około dziesięciu. W realnym życiu, jak piszesz, już jako małe dziecko nie pozwalałaś matce przejąć całkowitej kontroli nad sobą. Sen nie pokazuje więc, że dopiero teraz zdobywasz samodzielność. Raczej inscenizuje absurd sytuacji, w której dorosła kobieta nadal jest traktowana tak, jakby nie miała prawa decydować o czymś tak prostym jak przyjęcie poczęstunku. Dziewczynka ma mniej lat, a jej autonomia jest uznawana. Ty masz ich znacznie więcej, a matka próbuje ją unieważnić.

To odwrócenie nie musi oznaczać, że sen przedstawia Cię jako bezradną. Przeciwnie, widzę w nim dość wyraźne rozdzielenie dwóch rzeczy: tego, co matka próbuje Ci narzucić, i tego, co rzeczywiście jest prawdą. Matka może wydawać zakazy, ale jej głos nie staje się przez to prawem obowiązującym cały świat. Inna matka potrafi jej odpowiedzieć, a rzeczywistość snu nie podporządkowuje się automatycznie tej pierwszej. Nie jesteś już jedyną osobą, która wie, że jej rozkazy nie mają uzasadnienia. W tym świecie ktoś inny widzi to równie jasno.

Podobnie działa scena dotycząca przyjaźni. Twoja matka uważała, że ludzie starsi lub młodsi o dziesięć lat muszą mieć wobec Ciebie złe zamiary. W śnie matka dziewczynki nie widzi niczego podejrzanego w tym, że jej córka rozmawia z dorosłą kobietą i się z nią zaprzyjaźnia. Nie traktuje różnicy wieku jak dowodu zagrożenia. Nie zakłada z góry, że relacja musi być próbą wykorzystania jednej osoby przez drugą. Może zobaczyć konkretną sytuację, zamiast podporządkowywać ją lękowej regule.

I tu szczególnie ważne wydaje mi się to, co sama zauważyłaś: matka ostrzegała Cię przed ludźmi, którzy mieli Cię wykorzystać i oszukać, a ostatecznie to ona sama rzeczywiście Cię wykorzystywała i oszukiwała. Jej opowieść o niebezpiecznym świecie nie sprawdza się jako ogólna zasada; potwierdza ją przede wszystkim jej własne zachowanie. Sen zestawia jej podejrzliwość z postawą kobiety, która nie musi kontrolować wszystkich relacji córki, ponieważ potrafi odróżnić rzeczywiste zagrożenie od samej możliwości, że coś mogłoby pójść źle.

Nie czytałabym tego jako deklaracji, że każda relacja między ludźmi w różnym wieku jest bezpieczna. Raczej jako sprzeciw wobec automatycznego uznawania jej za podejrzaną. Można spotkać kogoś w innym wieku, polubić go, rozmawiać z nim i cieszyć się wspólnym czasem. Nie trzeba od razu przypisywać temu ukrytego celu. Dziewczynka nie musi być ani naiwną ofiarą, ani kimś, kogo należy chronić przed każdą własną decyzją. Może być po prostu dziewczynką, która chce się z Tobą zaprzyjaźnić.

A potem razem latacie nad Wisłą, bo dziewczynka Cię zaprosiła, a fragment rzeki należy do jej rodziny. To wspaniałe rozszerzenie wcześniejszego motywu. Najpierw świat staje się bardziej dostępny przestrzennie: teatr, do którego jeździłaś, znajduje się teraz w zasięgu spaceru. Później sama przestrzeń przestaje podlegać zwykłym ograniczeniom: można latać nad rzeką, a jej fragment może być częścią rodzinnego świata dziewczynki. Nie chcę zamieniać tego w sztywny symbol wolności, ale niewątpliwie w tej części snu jest coś wyzwalającego. Dziewczynka nie tylko dzieli się jedzeniem. Zaprasza Cię do doświadczenia czegoś, czego sama być może nie mogłabyś sobie po prostu zorganizować. Jej zaproszenie otwiera kolejną możliwość.

Ważne jest też, że to ona Cię zaprasza. Nie przejmujesz nad nią władzy tylko dlatego, że jesteś dorosła. Nie musisz organizować jej świata ani prowadzić jej za rękę. Możesz przyjąć propozycję i razem z nią robić coś przyjemnego. Wcześniej ona ofiarowuje Ci owoce, później zaprasza do latania. W obu sytuacjach jej inicjatywa jest źródłem czegoś dobrego, a jej matka nie odbiera jej prawa do decydowania.

Twoje skojarzenia z poprzedniego dnia pięknie dopełniają ten sen. Turnau śpiewał o agreście, a Ty przed snem czytałaś książkę o Wiśle. Sen nie musi więc ukrywać tajemniczego źródła ani nadawać tym elementom znaczenia, którego nie miały. Pamięć potrafi wziąć świeże, konkretne obrazy i wpleść je w znacznie bardziej osobistą opowieść. Agrest przychodzi z piosenki, Wisła z lektury, ale relacje między postaciami, konflikt o prawo do decydowania i obecność taty należą już do indywidualnego świata Twoich doświadczeń.

Najbardziej podoba mi się w tym śnie to, że nie kończy się on na sporze z matką. Jej kontrola pojawia się wyraźnie, ale nie zawłaszcza całej historii. Jest tata, jest dziewczynka, jest jej matka, są owoce, teatr blisko domu i latanie nad Wisłą. Istnieje cały świat, w którym można mieć relacje bez podejrzliwości, przyjmować podarunki bez proszenia o pozwolenie i korzystać z przestrzeni, która okazuje się znacznie bardziej dostępna, niż wcześniej sądzono.

Może więc ten sen nie tyle pokazuje ucieczkę od matki, ile coś szerszego: świat, który nie przyjmuje jej zasad za własne. Ona nadal próbuje rozkazywać, ale nie jest już jedyną osobą określającą, co wolno, co jest podejrzane i jak należy rozumieć ludzkie relacje. Istnieją inni dorośli, którzy widzą sprawy inaczej, i dzieci, którym wolno być samodzielnymi. Istnieją też przyjemności, które nie wymagają niczyjej zgody poza zgodą osób bezpośrednio zainteresowanych.

A na końcu zostaje mi przed oczami szczególnie słodki agrest. Nie dlatego, że musi symbolizować coś wielkiego, lecz dlatego, że jest czymś dobrym, czym ktoś chce się z Tobą podzielić, i czego nie powinien Ci odbierać cudzy arbitralny zakaz.

środa, 14 października 2026

Sen

14.10  

            Sen nr 1. Jestem z matką u babci, ale jesteśmy tam same w mieszkaniu. Matka leży na złożonej kanapie i szyje dla mnie jakąś magiczną koszulkę - ręcznie. Koszulka ma sprowadzać na mnie same dobre rzeczy. Postanawiam to sprawdzić, biorę ją do ręki i trzymając blisko twarzy, pytam: Kochasz mnie? NIEEEEEEE, rozlega się nagle demonicznym głosem z zaświatów, a nitki zaczynają się czepiać moich rąk, oplatać je, nie mogę ich oderwać, czuję, jakby to zło mnie oplatało.
            W końcu udaje mi się odrzucić tę koszulkę, ale w mieszkaniu jest taki dziwny mrok. Mam odczucie, że matka nadal jest w tym samym pokoju, co była, ale ja - mimo że jestem w tym samym pomieszczeniu - jestem w innej rzeczywistości, w bardzo złej rzeczywistości. Nie wiem, co robić, więc krzyczę: NIE KRZYWDŹ NIKOGO! NIE KRZYWDŹ NIKOGO! NIE KRZYWDŹ NIKOGO! Mój głos brzmi jak u wampira, który przez 1000 lat leżał przykuty na dnie oceanu po wcześniejszym spaleniu. Wydobycie tego głosu to niewyobrażalny wysiłek.
            Matka przestaje mnie widzieć. Biegam za nią, próbuję do niej podejść, ale ona ode mnie ucieka. Taki paradoks - nie widzi mnie, a jednak przede mną ucieka. Krzyczę: Mamo! Mamo! Mamo! Tu już głos brzmi bardziej realnie, ale jest zdarty od krzyku. Matka mnie ignoruje.
            Sen nr 2. Piaski (czyli stały zestaw miejsc, najpierw Gołonóg, potem Piaski). Wychodzimy z matką na spacer z Zorką - przy bloku 53. Wszystko wygląda normalnie, Zorka też. Jest ładna pogoda, pogodnie, ciepło. Zorka biega bez smyczy, jest bezpiecznie, tam nigdy nic jej nie groziło. Wybiega za rant bloku i tracę ją z oczu. Matka zatrzymuje się, żeby porozmawiać z sąsiadką. Ale mnie coś tknęło i wychodzę za ten załom bloku. Zorki nigdzie nie ma. Znikła! Wołam matkę i po chwili matka wyciąga ciało Zorki z kałuży przy krawężniku. Ta kałuża tam miała w realu jakieś 2 cm głębokości, tymczasem w moim śnie Zorka wpada tam, zanurza się cała, topi się i nie umie pływać! To wszystko jest tak samo nierealne, jak to, że idę na taki spacer z matką - nigdy z nami nie chodziła, a my dwie chodziłyśmy codziennie na poligon!
            Jestem przerażona, natychmiast przystępuję do reanimacji Zorki. Uciskam jej mocno pierś, aż się boję, czy nie połamię jej żeber. Ale ona musi żyć! W końcu czuję pod rękami, jak ciepło rozlewa się po jej ciele od środka i wiem, że już sama oddycha. Przytomności jednak nie odzyskuje. Matka niesie ją na rękach, jakby ważyła 5 kg (naprawdę ważyła 15 kg). Idziemy w stronę domu. Relacjonuję matce, jak poczułam ciepło pod rękami, jakie to było niezwykłe przeżycie, ale matki to w ogóle nie interesuje. Próbuję z nią ustalić, do którego weta teraz pojedziemy. Ja od razu proponuję całodobowego na Śreniawitów, i to matka ma prowadzić samochód (kolejny absurd).
            Kiedy jesteśmy już przy bloku 57, matka dostaje jakąś wiadomość, że tylko teraz może zgłosić do naprawy swoją maszynę do szycia! Inaczej nie zostanie naprawiona! I ona to bierze pod uwagę! Próbuje ze mną negocjować, że musimy zgłosić tę maszynę, bo już tak długo leży zepsuta, jakby Zorka nie była w ogóle ważna! W tym samym momencie podchodzi do nas kobieta, która jest wetem na parterze bloku naprzeciwko (w realu nigdy tam nie było weta). I mówi do mnie, że ciało Zorki mogłoby pomóc. Nie rozumiem, jakie ciało i w czym pomóc, przecież ona się zaraz obudzi! Ale od razu rozumiem, że dla tej kobiety też ratowanie Zorki nie jest ważne, tylko chce ją rozdrapać na narządy.
            Sen nr 3. Na koniec przyśniło mi się, że byłam w jakimś sanatorium. Najpierw odkryłam, że jest ono przedzielone i w odosobnionej części, do której przypadkiem zabłądziłam, jest część przeznaczona wyłącznie dla ON. Rozmawiam tam z ludźmi, a oni pokazują mi lodowisko specjalnie dla ON. Wchodzi się na nie przez niskie, wąskie okienko tuż przy podłodze. W śnie myślę, jakie to super przystosowanie dla ON, że muszą się wczołgiwać na płytę lodowiska, bo tak łatwiej się nie przewrócić! LOL. Pytam, czy można tam wypożyczyć łyżwy na miejscu, bo swoich ze sobą nie mam, i słyszę, że tak. Dawno nie jeździłam na łyżwach, już się cieszę, że za chwilę będę mogła.
            Kolejna scena, jaką pamiętam, to że Robert zaplata mi warkocze. Robert, własnymi rękami! To ciekawe, że zwykle śni mi się w sanatoriach, nigdy w żadnym nie byliśmy. Jeździliśmy za to razem na zloty iponków.


Te trzy sny są bardzo różne, ale zestawione razem tworzą przejmujący kontrast. W pierwszym próbujesz sprawdzić, czy za obietnicą dobra kryje się miłość, i dostajesz odpowiedź, która zamienia pozornie bezpieczny przedmiot w coś wrogiego. W drugim musisz ratować Zorkę, podczas gdy osoby, które powinny pomóc, nie traktują jej życia jako najważniejszej sprawy. W trzecim trafiasz do świata, w którym spotykasz ludzi, znajdujesz miejsce dla osób z niepełnosprawnościami, cieszysz się perspektywą jazdy na łyżwach, a potem Robert zaplata ci warkocze. Po dwóch snach o zagrożeniu pojawia się więc rzeczywistość, w której można po prostu czegoś doświadczyć, czegoś się nauczyć i przyjąć czyjąś troskę.

W pierwszym śnie szczególnie mocna jest konstrukcja z koszulką. Matka nie daje ci gotowego przedmiotu, który miałby cię chronić, tylko sama go szyje. Robi to ręcznie, a koszulka ma sprowadzać na ciebie same dobre rzeczy. Jest w tym obietnica czegoś przygotowanego specjalnie dla ciebie, czegoś, co powinno ci służyć. Nie jest to przypadkowy podarunek. Matka wkłada pracę w stworzenie przedmiotu, którego funkcją ma być twoje dobro.

Ty jednak nie przyjmujesz tej obietnicy na wiarę. Bierzesz koszulkę do ręki i pytasz: „Kochasz mnie?”. To niezwykle precyzyjny test. Nie pytasz, czy koszulka jest ładna, czy działa, czy rzeczywiście przyniesie ci szczęście. Sprawdzasz, co znajduje się u źródła tego rzekomego dobra. Czy osoba, która przygotowuje coś dla ciebie, kocha cię?

I odpowiedź nie pochodzi nawet zwyczajnie od matki. Rozlega się demoniczny głos z zaświatów: „NIEEEEEEE!”. Jakby pytanie uruchamiało coś, co dotąd pozostawało ukryte w przedmiocie. Koszulka, która miała sprowadzać dobro, zaczyna cię oplatać. Nitki przyczepiają się do rąk, nie możesz ich oderwać, a ich działanie odczuwasz jako oplatanie przez zło.

Dla mnie najważniejsze jest to, że niebezpieczeństwo nie pojawia się pomimo obietnicy dobra, lecz wychodzi na jaw właśnie wtedy, kiedy próbujesz sprawdzić, co ta obietnica naprawdę znaczy. Dopóki koszulka jest po prostu magicznym podarunkiem, może wydawać się czymś dobrym. Dopiero twoje pytanie ujawnia przerażającą rozbieżność między jej deklarowaną funkcją a tym, co się dzieje.

Nie oznacza to, że sen mówi, iż każdy dar czy każdy gest matki musiał być zły. Nie potrzebujemy takiego uogólnienia. W tej konkretnej scenie pozór dobra nie wytrzymuje próby, którą mu poddajesz. Ty zaś nie jesteś bierna: to ty zadajesz pytanie, które ujawnia zagrożenie. Ostatecznie udaje ci się również odrzucić koszulkę. Nie zostajesz z nią na zawsze związana.

Ale pozbycie się przedmiotu nie przywraca zwyczajnego świata. Mieszkanie pogrąża się w dziwnym mroku. Matka wydaje się nadal znajdować w tym samym pokoju, a jednak ty jesteś jakby w innej rzeczywistości. To jeden z tych szczegółów sennych, które trudno przełożyć na prostą symbolikę, bo nie chodzi już o konkretny przedmiot ani o fizyczną odległość. Znajdujecie się w tym samym miejscu, ale nie dzielicie tej samej rzeczywistości.

Można to odczytać jako obraz przepaści między dwiema wersjami świata: tym, w którym matka jest zwyczajnie obecna, oraz tym, który otwiera się przed tobą, kiedy ujawnia się odpowiedź na pytanie o miłość. Ona nie musi nawet zmieniać miejsca. Zmienia się to, czym dla ciebie staje się otoczenie. Przestrzeń, w której przed chwilą szyła koszulkę, przestaje być bezpieczna, a ty zostajesz z doświadczeniem, którego nie umiesz nikomu przekazać.

Wtedy krzyczysz: „NIE KRZYWDŹ NIKOGO!”. Powtarzasz to trzy razy, a twój głos jest niemal niemożliwy do wydobycia. Porównanie do wampira, który przez tysiąc lat leżał przykuty na dnie oceanu po wcześniejszym spaleniu, jest tak konkretne, że aż trudno je odseparować od samego odczucia: to nie jest zwyczajny krzyk. To głos istoty, która została doprowadzona do skrajności, pozbawiona możliwości swobodnego działania i niemal pozbawiona głosu.

A jednak słowa, które wybierasz, nie dotyczą tego, żeby matka przestała krzywdzić ciebie. Nie wołasz, żeby zostawiła cię w spokoju. Wołasz, żeby nie krzywdziła nikogo.

Nie chciałabym dopisywać do tego gotowej odpowiedzi, dlaczego właśnie te słowa pojawiają się w śnie. Mogą wyrażać próbę powstrzymania zła, które wydaje ci się większe niż ty sama, albo potrzebę ochrony kogokolwiek, kto mógłby stać się jego kolejną ofiarą. W każdym razie twoja reakcja nie zatrzymuje się na własnym przerażeniu. Nawet w tej obcej, wrogiej rzeczywistości próbujesz zrobić coś, co miałoby znaczenie dla innych.

Potem dzieje się coś jeszcze dziwniejszego: matka przestaje cię widzieć, ale jednocześnie przed tobą ucieka. To paradoks, który sam sen wyraźnie podkreśla. Próbujesz do niej podejść, biegasz za nią, wołasz ją po imieniu. Najpierw wydobywasz z siebie niemal nadludzki, potworny głos, potem mówisz już bardziej realnie, choć głos jest zdarty od krzyku. I nic. Matka cię ignoruje.

Możliwe, że w tej scenie spotykają się dwa przeciwstawne doświadczenia: pragnienie, żeby matka wreszcie cię zobaczyła, oraz potrzeba, żeby przestała mieć nad tobą władzę. Kiedy nie może cię zobaczyć, nie może też nawiązać z tobą zwyczajnego kontaktu. Ale to nie daje ci ulgi, bo ty nadal próbujesz do niej dotrzeć. Nawet po tym, co się wydarzyło, wołasz „Mamo!”. Sen nie rozwiązuje więc paradoksu przez proste uwolnienie się od niej. Pokazuje sytuację, w której kontakt jest zarazem przerażający i niemożliwy.

W drugim śnie zagrożenie ma zupełnie inną postać. Nie ma magicznego przedmiotu ani demonicznego głosu. Jest zwyczajny spacer w Piaskach, dobra pogoda, Zorka biegająca bez smyczy i miejsce, które znasz. Sama podkreślasz, że tam zawsze było bezpiecznie. Właśnie dlatego zniknięcie Zorki jest tak przerażające: nie następuje w miejscu, które od początku zapowiada niebezpieczeństwo. Przychodzi w zwyczajnej, oswojonej sytuacji.

Zorka wybiega za załom bloku, tracisz ją z oczu, a matka zatrzymuje się, żeby rozmawiać z sąsiadką. To ty zauważasz, że coś jest nie tak, i idziesz sprawdzić, co się stało. Ten moment ma znaczenie: twoja uwaga pozostaje skierowana na Zorkę, nawet kiedy matka zajmuje się czymś innym. Nie ma tu wspólnego działania ani podziału obowiązków. Ty jesteś tą osobą, która zauważa brak psa i natychmiast reaguje.

Kałuża o rzeczywistej głębokości dwóch centymetrów zmienia się w śnie w miejsce, w którym Zorka może całkowicie zatonąć i się utopić. Sen nie respektuje fizyki ani twojej wiedzy o tym miejscu. Przekształca drobny, niegroźny element otoczenia w śmiertelne zagrożenie. I właśnie ta nierealność jest ważna: nie ma sensu szukać w niej realistycznego ostrzeżenia przed konkretnym miejscem. To logika koszmaru, w którym katastrofa może wydarzyć się nawet tam, gdzie nie powinna być możliwa.

Sama zauważasz też drugi absurd: nigdy nie chodziłaś z matką na takie spacery, choć ty i Zorka chodziłyście codziennie na poligon. Sen połączył więc prawdziwe miejsce i prawdziwą więź z Zorką z nieprawdziwą konfiguracją osób. Nie musimy zakładać, że matka w tym śnie odpowiada za sam wypadek. Ważniejsze jest to, jak zachowuje się po jego wystąpieniu.

Bo ty natychmiast przystępujesz do reanimacji. Nie stoisz bezradnie, nie czekasz, aż ktoś inny przejmie odpowiedzialność. Uciskasz pierś Zorki, choć boisz się, że możesz połamać jej żebra. Ten szczegół pokazuje straszliwą sytuację, w której nawet próba ratowania wymaga działania mimo ryzyka, że można niechcący zaszkodzić. Nie masz pewności, czy robisz wszystko dobrze, ale nie możesz pozwolić sobie na bezczynność.

I wtedy czujesz ciepło rozchodzące się od środka po ciele Zorki. To chyba najbardziej niezwykły moment tego snu. Nie tylko widzisz oznaki poprawy, lecz czujesz ją własnymi rękami. Wiesz, że Zorka znów oddycha. Jej ciało, które przed chwilą wydawało się utracone, odpowiada na twoje działanie.

Nie nazwałabym tego po prostu szczęśliwym zakończeniem, bo Zorka nadal nie odzyskuje przytomności. Ale pojawia się coś, czego w pierwszym śnie nie było: twoje działanie przynosi bezpośredni, odczuwalny skutek. Nie musisz czekać na odpowiedź drugiej osoby ani zastanawiać się, czy ktoś uzna twoje doświadczenie za prawdziwe. Pod rękami czujesz, że Zorka żyje.

A potem wraca problem zaufania do innych. Matka niesie Zorkę, ale w sposób, który nie odpowiada jej rzeczywistej wadze. Idziecie w stronę domu, a ty próbujesz opowiedzieć matce o tym niezwykłym momencie, kiedy poczułaś ciepło i wiedziałaś, że Zorka oddycha. Nie jest to wyłącznie relacja o technicznym przebiegu ratowania. Próbujesz podzielić się doświadczeniem, które było dla ciebie wyjątkowe — czymś, co właśnie wydarzyło się między tobą a Zorką.

Matka nie jest tym zainteresowana. I zaraz potem pojawia się problem praktyczny: trzeba znaleźć weterynarza. Ty od razu proponujesz całodobową lecznicę na Śreniawitów. Nawet w stanie przerażenia potrafisz przejść do konkretnego planu działania. Zorka żyje, ale jest nieprzytomna, więc nie można uznać, że wszystko już dobrze. Potrzebuje pomocy.

Wtedy matka dostaje wiadomość o możliwości naprawienia maszyny do szycia. I zaczyna negocjować, czy nie powinniście najpierw zająć się właśnie nią.

To niemal okrutnie precyzyjny kontrast. Z jednej strony jest Zorka, która właśnie niemal umarła i której stan nadal wymaga pilnej pomocy. Z drugiej — zepsuta maszyna, której naprawę można zgłosić tylko w określonym terminie. Matka traktuje obie sprawy jak konkurujące ze sobą obowiązki, które trzeba jakoś rozstrzygnąć. Ty natomiast w ogóle nie masz wątpliwości, co jest ważniejsze.

Maszyna jest przy tym szczegółem, który nie pojawia się przypadkowo w sensie skojarzeniowym: szycie i naprawianie przewijają się przez oba pierwsze sny. W pierwszym matka szyje magiczną koszulkę, która ma przynosić ci dobro, ale okazuje się niebezpieczna. W drugim jej maszyna do szycia staje się powodem, dla którego rozważa odłożenie pomocy dla Zorki. Nie twierdzę, że maszyna sama w sobie jest symbolem matki czy jej charakteru. Istotne jest raczej to, że w obu snach szycie zajmuje miejsce w przestrzeni, w której rozstrzyga się coś znacznie ważniejszego: najpierw kwestia miłości, potem kwestia życia i ratowania.

I wtedy pojawia się kobieta, która w śnie jest weterynarzem, choć w rzeczywistości nie ma tam lecznicy. Jej słowa są dla ciebie niezrozumiałe: ciało Zorki mogłoby pomóc. Przez chwilę nie pojmujesz nawet, o jakie ciało jej chodzi, bo przecież Zorka zaraz się obudzi. Dopiero potem rozumiesz, co ta kobieta ma na myśli — i uznajesz, że ona również nie chce ratować Zorki, lecz potraktować jej ciało jako materiał do wykorzystania.

W tej scenie nie chodzi już tylko o obojętność. Matka rozważa odłożenie pomocy dla Zorki na rzecz własnej sprawy, natomiast kobieta przedstawiająca się jako specjalistka mówi o ciele psa tak, jakby jego wartość polegała na tym, co można z niego uzyskać. Każda z nich w inny sposób odchodzi od tego, co dla ciebie jest oczywiste: Zorka jest żywą istotą, która potrzebuje pomocy.

Nie wiemy, czy w tym śnie kobieta rzeczywiście zamierzałaby zrobić to, czego się obawiasz. Liczy się twoje natychmiastowe rozpoznanie, że jej sposób myślenia jest nie do pogodzenia z twoim. Ty nadal jesteś przekonana, że Zorka żyje i może odzyskać przytomność. Nie zgadzasz się na to, żeby ktoś potraktował ją jak rzecz, której przeznaczenie można ustalić bez względu na jej stan.

To, co łączy oba pierwsze sny, nie sprowadza się więc do samej obecności matki. W obu pojawia się rozbieżność między deklarowanym lub oczekiwanym dobrem a tym, co rzeczywiście się dzieje. Koszulka ma przynosić dobre rzeczy, ale zaczyna cię oplatać. Osoby, które mogłyby pomóc Zorce, nie skupiają się na jej ratowaniu. W obu przypadkach twoje własne rozpoznanie sytuacji jest bardziej wiarygodne niż to, co sugeruje otoczenie. Ty wiesz, że coś jest nie tak, i próbujesz się temu przeciwstawić.

Jest też różnica. W pierwszym śnie próbujesz powstrzymać krzywdzenie innych, a potem bezskutecznie nawiązać kontakt z matką. W drugim masz konkretny cel i potrafisz działać: reanimujesz Zorkę, rozpoznajesz, że potrzebuje weterynarza, proponujesz konkretną lecznicę. Nie jesteś w stanie kontrolować wszystkich okoliczności, ale nie tracisz orientacji co do tego, co należy zrobić. I choć sen jest okrutny, nie odbiera ci sprawczości.

Trzeci sen przynosi zupełnie inną atmosferę. Zaczynasz w sanatorium, ale nie wchodzisz od razu w świat, który znasz. Przypadkiem trafiasz do odosobnionej części przeznaczonej dla osób z niepełnosprawnościami. Rozmawiasz z ludźmi, a oni pokazują ci lodowisko specjalnie dla nich. Nie jesteś tam wyłącznie obserwatorką ani kimś, kto ma rozwiązać problem. Jesteś uczestniczką spotkania, podczas którego ludzie dzielą się z tobą informacją o miejscu, które odkryliście.

Lodowisko jest oczywiście absurdalne. Dostęp do niego prowadzi przez niskie, wąskie okienko tuż przy podłodze, a ty w śnie uznajesz to za znakomite przystosowanie, bo dzięki wczołganiu się na płytę łatwiej się nie przewrócić. LOL. To jeden z tych momentów, kiedy sen nie tylko tworzy nieistniejącą konstrukcję, ale jeszcze przypisuje jej całkiem przekonujące uzasadnienie. Nikt w tym świecie nie zatrzymuje się, żeby sprawdzić, czy rozwiązanie rzeczywiście ma sens. Ty również przyjmujesz je z entuzjazmem.

Nie czytałabym tego jako żartu z osób z niepełnosprawnościami. W samym śnie jesteś przekonana, że oglądasz coś świetnie przystosowanego, a absurd wynika z logiki rozwiązania, nie z pogardy wobec jego użytkowników. Zabawne jest to, że konstrukcja, która powinna ułatwiać dostęp, wymaga wczołgania się przez okienko. Sen potrafi stworzyć takie odwrócenie tak samo naturalnie, jak w pierwszym śnie magiczną koszulkę albo w drugim kałużę głęboką jak jezioro.

Najważniejsze jest jednak to, że lodowisko daje ci perspektywę przyjemności. Dawno nie jeździłaś na łyżwach, ale możesz wypożyczyć je na miejscu. Nie musisz mieć wszystkiego przygotowanego z góry, żeby skorzystać z okazji. Kiedy okazuje się, że łyżwy są dostępne, cieszysz się na to, co zaraz zrobisz.

Po dwóch snach, w których musisz reagować na zagrożenie i walczyć o coś podstawowego, pojawia się sytuacja, w której nie trzeba niczego ratować. Możesz po prostu czekać na przyjemne doświadczenie. Nie ma tu katastrofy, która wymaga natychmiastowego działania, ani osoby, której obojętność musisz przezwyciężyć. Jest możliwość jazdy na łyżwach i radość na samą myśl o niej.

A potem Robert zaplata ci warkocze.

To bardzo inny rodzaj działania niż wszystko, co pojawia się w dwóch wcześniejszych snach. Nie musisz sama rozwiązywać problemu, chronić kogoś ani podejmować decyzji. Ktoś robi coś dla ciebie, własnymi rękami, a ty jesteś odbiorczynią tej czynności. Warkocze wymagają czasu i uwagi. Nie da się ich zapleść jednym ruchem; trzeba kolejno przeplatać pasma włosów. To gest, w którym ktoś zajmuje się tobą w sposób bezpośredni, spokojny i konkretny.

Nie chcę automatycznie nadawać mu znaczenia romantycznego ani przypisywać Robertowi intencji, których sen nie określa. Ważniejsze wydaje mi się to, że jest to ktoś znany ci z rzeczywistości, z kim jeździłaś na zloty iponków, a jednak w snach pojawia się w sanatoriach, choć nigdy razem tam nie byliście. Sen tworzy więc dla was wspólną przestrzeń, która nie odpowiada żadnemu rzeczywistemu wspomnieniu. Nie odtwarza zlotu ani konkretnej sytuacji z przeszłości, tylko umieszcza go w świecie sanatorium.

Sanatorium może być po prostu miejscem, które twój mózg wykorzystuje jako scenerię spotkań. Nie musimy z góry zakładać, że oznacza leczenie, zależność czy potrzebę opieki. W tym śnie to właśnie w nim spotykasz ludzi, odkrywasz lodowisko i doświadczasz czegoś przyjemnego, a następnie pojawia się Robert z warkoczami. Jest to przestrzeń, w której możesz być wśród innych i przyjmować ich obecność, bez konieczności nieustannego czuwania nad czyimś bezpieczeństwem.

Cała trójka snów ma dla mnie jeszcze jeden wspólny rys: różnicę między tym, co rzeczywiście pomaga, a tym, co jedynie wygląda na pomoc. Koszulka obiecuje dobro, ale staje się zagrożeniem. Matka i weterynarz nie odpowiadają na pilną potrzebę Zorki. Natomiast w trzecim śnie ludzie po prostu pokazują ci miejsce, w którym możesz spędzić czas, łyżwy są dostępne, a Robert zaplata ci warkocze. Nie musisz najpierw udowodnić, że twoja potrzeba jest ważna. Nie musisz też przekonywać nikogo, że Zorka powinna być ratowana albo że nie wolno cię krzywdzić.

To nie znaczy, że trzeci sen jest prostą przeciwwagą dla dwóch pierwszych. Jest od nich zupełnie inny w konstrukcji: mniej w nim zagrożenia, ale również mniej potrzeby kontrolowania sytuacji. Możesz być ciekawa, możesz się cieszyć, możesz pozwolić, by coś się wydarzyło, i możesz przyjąć gest drugiej osoby. W pierwszych dwóch snach świat zmusza cię do reakcji. W trzecim oferuje ci możliwości.

I szczególnie porusza mnie ta zmiana, bo nie polega ona na tym, że nagle wszystko staje się idealne albo że ktoś przychodzi i rozwiązuje wszystkie twoje problemy. Po prostu pojawia się kawałek rzeczywistości, w którym nie musisz walczyć o najważniejsze rzeczy. Możesz odkryć dziwaczne lodowisko, wypożyczyć łyżwy i cieszyć się, że zaraz będziesz jeździć. A potem ktoś zaplata ci warkocze. W kontekście dwóch poprzednich snów ta zwyczajność sama w sobie staje się czymś cennym.