wtorek, 13 października 2026

Sen

Sen z 14.10.2019:
Od miesięcy śnią mi się koszmary z matką w roli głównej, nie chcę ich pamiętać ani zapisywać. Dziś śniło mi się ciut inaczej. Wynajmowałam fragment pałacu. Pałac wybudowano na obwodzie prostokąta, wynajmowałam dłuższy bok i fragment zakrętu na I piętrze. Pałac urządzony był w oryginalnym stylu, miał oryginalne meble, takie stareńkie i piękne. Któregoś dnia przyszła jakaś dziewczyna, która wynajmowała go przede mną. Twierdziła, że coś w nim zostawiła. Niczego nie wyrzucałam, bo przecież to nie moje rzeczy, więc wpuściłam ją, żeby poszukała. A ona przywołała duchy! Duchy ludzi, którzy tam kiedyś mieszkali. Szlachta i służba w XVIII-wiecznych ubraniach. A poza tym okazało się, że w głowach mojego łóżka mieszka jakiś mały piszczący duszek, którego wyjęła mi z włosów. Całkiem fajny był ten sen, duchy przyjazne, chętnie rozmawiały o swoim życiu. Niestety wszystkie znikły, jak naszła mnie matka, zaczęła walić w drzwi i wciskać się do środka.


Ten sen wydaje mi się szczególnie poruszający na tle tego, co piszesz na początku: od miesięcy śniły ci się koszmary z matką i nie chciałaś ich nawet pamiętać, a tym razem sen był inny. Nie tylko nie był koszmarem, lecz otworzył przed tobą cały świat, w którym mogłaś przebywać z ciekawością i przyjemnością. I dopiero kiedy pojawiła się matka, ten świat się skończył.

Zaczynasz od pałacu, ale nie jesteś jego właścicielką. Wynajmujesz jego fragment: dłuższy bok prostokątnej budowli i kawałek zakrętu na pierwszym piętrze. To dość niezwykła przestrzeń, bo pałac jest wielki, a twoje miejsce w nim wyznaczone i ograniczone. Nie musisz jednak posiadać całego budynku, żeby móc w nim mieszkać, urządzać się i korzystać z jego piękna. Masz własny kawałek tej rozległej rzeczywistości.

Zwraca moją uwagę, że pałac jest urządzony oryginalnie, z pięknymi, bardzo starymi meblami. Nie jest pustą, monumentalną budowlą, w której wszystko dopiero trzeba stworzyć. Ma własną historię, charakter i wyposażenie. Możesz wejść do świata, który istniał przed tobą, i zamieszkać w nim bez konieczności wymazywania tego, co było wcześniej. Właśnie dlatego tak ważne jest twoje zachowanie, kiedy przychodzi poprzednia lokatorka. Nie podejrzewasz jej automatycznie o złe zamiary, ale też nie wyrzucasz rzeczy, które do ciebie nie należą. Pozwalasz jej poszukać tego, co zostawiła.

Jest w tym pewna konsekwencja: szanujesz cudzą własność i cudzą przeszłość. Nie uznajesz, że skoro teraz zajmujesz dane miejsce, możesz dowolnie rozporządzać wszystkim, co się w nim znajduje. Pałac nie musi stać się wyłącznie twój, żebyś mogła czuć się w nim dobrze. Możesz być jego mieszkanką, nie będąc jego absolutną władczynią.

Tyle że dziewczyna, której ufasz na tyle, by wpuścić ją do środka, przynosi coś znacznie większego niż zagubiony przedmiot. Przywołuje dawnych mieszkańców pałacu: szlachtę i służbę w osiemnastowiecznych strojach. Nagle budynek przestaje być jedynie pięknym miejscem do wynajęcia. Staje się przestrzenią, w której przeszłość nadal istnieje i można się z nią spotkać.

I co istotne, duchy nie są tu zagrożeniem. Nie nawiedzają cię, nie próbują cię przepędzić, nie żądają, żebyś naprawiała ich krzywdy. Są przyjazne i chętnie opowiadają o swoim życiu. To ty możesz słuchać, poznawać ich historie i przebywać wśród nich. Zamiast typowego horroru dostajesz coś w rodzaju niezwykłego spotkania towarzyskiego z ludźmi, którzy żyli w zupełnie innej epoce.

Podoba mi się, że pojawiają się zarówno szlachta, jak i służba. Nie jest to wyłącznie świat reprezentacyjnych wnętrz i dawnych właścicieli. W pałacu istniało całe społeczeństwo, ludzie zajmujący różne miejsca, mający różne role i własne historie. Sen nie daje ci tylko możliwości oglądania zabytkowych mebli. Pozwala spotkać mieszkańców tego świata, niezależnie od ich pozycji. Nie wiem, czy ta różnorodność miała dla ciebie wówczas szczególne znaczenie, ale sama konstrukcja snu daje im wszystkim prawo do istnienia i opowiedzenia o sobie.

A potem pojawia się ten mały, piszczący duszek mieszkający w zagłówku twojego łóżka, którego dziewczyna wyjmuje ci z włosów. 🙂 To niemal komiczny szczegół, zwłaszcza pośród całej tej pałacowej historii. Duchy nie ograniczają się do reprezentacyjnych pomieszczeń ani do wielkich opowieści o przeszłości. Jeden z nich zamieszkał tuż przy miejscu, w którym śpisz, i najwyraźniej jest na tyle mały, że można go po prostu wyjąć z włosów. Sen nie potrzebuje nawet wyjaśniać, jak to możliwe.

Ten szczegół sprawia, że nadprzyrodzony świat jest nie tylko przyjazny, ale też bliski i trochę swojski. Nie musisz zachowywać dystansu wobec każdej niezwykłości. Możesz potraktować małego ducha jak kolejny element tego osobliwego domu. To zupełnie inna relacja z nieznanym niż w koszmarze, w którym obcość oznacza niebezpieczeństwo i trzeba się bronić.

Właściwie cały pałac wydaje się miejscem, w którym możesz spotkać coś nieznanego bez utraty poczucia bezpieczeństwa. Nie wiesz z góry, co się wydarzy, ale niespodzianki okazują się interesujące. Dawni mieszkańcy nie odbierają ci przestrzeni, tylko ją wzbogacają. Ich obecność nie unieważnia twojego prawa do mieszkania tam. Możesz być nową lokatorką, a zarazem częścią miejsca, które ma znacznie dłuższą historię.

I wtedy przychodzi matka.

Nie wchodzi spokojnie, nie czeka, aż ją zaprosisz, nie respektuje drzwi. Zaczyna w nie walić i wciskać się do środka. To bardzo wyraźny kontrast z wcześniejszą sceną. Poprzednia lokatorka przyszła z prośbą, a ty mogłaś zdecydować, że ją wpuścisz. Matka natomiast nie zachowuje się jak ktoś, kto prosi o dostęp do twojej przestrzeni. Zachowuje się tak, jakby nie musiała uznawać twojej decyzji.

W tym zestawieniu drzwi stają się szczególnie ważne. Pałac jest ogromny, twoje mieszkanie w nim tylko częściowe, ale mimo to istnieje granica między twoim wnętrzem a światem zewnętrznym. Wcześniej sama decydujesz, kogo wpuszczasz. Możesz otworzyć drzwi osobie, która chce odnaleźć swoją własność, i dzięki temu odkryć fascynujący świat. Kiedy przychodzi matka, ta dobrowolność znika. Ona nie czeka na twoją zgodę.

Nie chciałabym jednak sprowadzać tego snu do kolejnej opowieści o przemocy matki, bo wtedy straciłoby się to, co w nim najciekawsze. Przez większą część snu istnieje przecież rzeczywistość, która nie jest przez nią zdominowana. Masz własne miejsce, piękne przedmioty, spotykasz nieznajomą, która nie okazuje się wrogiem, i rozmawiasz z ludźmi z przeszłości. Nawet to, co potencjalnie straszne — duchy — przynosi ci przyjemność, wiedzę i kontakt z innymi. Sen pokazuje więc nie tylko zagrożenie, lecz również możliwość istnienia świata o zupełnie innych regułach.

I dlatego zakończenie jest tak smutne: duchy znikają, kiedy pojawia się matka. Nie muszą nawet zostać przez nią zaatakowane. Sama jej obecność wystarcza, by przerwać kontakt z tym niezwykłym światem. To tak, jakby istniały dwa porządki rzeczywistości: jeden, w którym możesz być ciekawa, swobodna i bezpieczna wśród obcych ludzi, oraz drugi, w którym pojawienie się matki odbiera ci dostęp do tego wszystkiego.

Nie odczytywałabym zniknięcia duchów jako ich porzucenia cię. Sen nie mówi, że przestały cię lubić ani że nie chciały cię chronić. Po prostu znikają, kiedy wtargnięcie matki przerywa tę sytuację. Ich odejście może być sposobem, w jaki sen przedstawia nagłą utratę bezpiecznej przestrzeni, a nie dowodem, że ta przestrzeń była pozorna.

Ważne jest też to, co napisałaś na początku: nie chciałaś pamiętać ani zapisywać wcześniejszych koszmarów. Nie będę więc próbowała na siłę odtwarzać ich treści ani dopisywać do nich szczegółów, których nie podałaś. W tym jednym śnie masz coś, czego tamte najwyraźniej ci nie dawały: możliwość przebywania w świecie, który jest dziwny, ale nie wrogi. Świat może być stary, pełen duchów i rzeczy niemożliwych, a jednak da się w nim spokojnie mieszkać.

Matka nie jest w tym śnie jedyną treścią ani nawet treścią dominującą przez cały czas. Jest siłą, która w końcu przerywa coś dobrego. To rozróżnienie wydaje mi się istotne. Nawet w okresie, kiedy koszmary z nią w roli głównej powtarzały się od miesięcy, twój sen potrafił zbudować pałac, w którym istniały piękno, ciekawość, rozmowa i przyjazna obecność zmarłych. Przez pewien czas mogłaś w nim po prostu być. I tego nie unieważnia fakt, że na końcu pojawiła się ona.

sobota, 10 października 2026

Sen

10.10.2019
Piaski. Wieczór. Z rodzicami idę na spacer w stronę osiedla policyjnego, ale
dochodzimy do... Pogorii. Nie wygląda jak żadna z nich, nie przypomina
niczego. Jesteśmy zachwyceni, wchodzimy do wody, brodzimy w niej, choć
się ściemnia i czas raczej wracać. Na plaży i częściowo w wodzie widać
stary na wpół zburzony wiadukt dla ludzi i schody. Jest bardzo szeroki,
szerszy niż normalnie ulica. Schody wchodzą do wody. Trochę dalej w
wodzie widać dalszą część wiaduktu, ale schodów tam nie ma, więc nie da
się na nią wejść. Wygląda, jakby ktoś kiedyś przerwał burzenie i środek
został usunięty najpierw, albo wiadukt sam się zawalił ze starości.
Tata odkrył na plaży stary bunkier z metalowymi drzwiami, które we dwoje
próbowaliśmy otworzyć.
Matka zachowywała się kompletnie nienaturalnie w tym śnie - nie stosowała
przemocy. To chyba pierwszy taki sen w moim życiu.
W drugim śnie śniło mi się, że kończyłam liceum, a że ludzie w klasie byli
fajni i tęskniłabym za nimi (co nie miało miejsca IRL), wymyśliłam, że zaraz
założę grupę na fb - Klasa IVa - gdzie będziemy mieć stały kontakt.
2 sny i obydwa wybieliły rzeczywistość, dziwne.

Mnie w tych dwóch snach uderza to, że rzeczywiście oba tworzą alternatywną wersję rzeczywistości, ale robią to na dwa różne sposoby. Pierwszy zmienia charakter relacji z rodzicami, drugi — charakter relacji z rówieśnikami. W obu nagle dostajesz coś, czego w rzeczywistości nie było: możliwość cieszenia się obecnością innych ludzi bez konieczności chronienia się przed nimi albo godzenia z tym, że więź jest niemożliwa.

W śnie nad wodą najbardziej niezwykła jest dla mnie nie sama Pogoria, tylko Twoje zdanie o matce: że zachowywała się kompletnie nienaturalnie, bo nie stosowała przemocy. Skoro był to prawdopodobnie pierwszy taki sen w Twoim życiu, to wygląda na to, że sen stworzył sytuację, w której rodzice mogli po prostu być rodzicami na wspólnym spacerze. Wieczór się zbliża, czas wracać, ale Wy jesteście zachwyceni miejscem i wchodzicie do wody. Nie ma napięcia, czujności ani konieczności przewidywania, co za chwilę zrobi matka. Możesz uczestniczyć w czymś pięknym, zamiast pilnować własnego bezpieczeństwa. I właśnie dlatego to „wybielenie” jest tak wyraźne: sen nie tylko usuwa przemoc, ale odzyskuje dla Ciebie możliwość zwyczajnej, wspólnej przyjemności.

Jednocześnie sama przestrzeń wcale nie jest idealna. Pogoria nie przypomina żadnej prawdziwej Pogorii, a wielki wiadukt jest na wpół zburzony. Jego szerokość jest niemal absurdalna, schody schodzą do wody, dalsza część konstrukcji pozostaje niedostępna. Można sobie wyobrazić, że wiadukt kiedyś łączył dwa brzegi, ale teraz jego ciągłość została przerwana. Nie wiadomo, czy ktoś go rozbierał, czy rozpadł się sam. To bardzo niejednoznaczny obraz: miejsce jest zachwycające, chociaż nosi ślady utraty i niedokończenia. Nie trzeba ich usuwać, żeby móc się tam cieszyć życiem.

Podoba mi się też, że to właśnie tata odkrywa bunkier, a Ty razem z nim próbujesz otworzyć metalowe drzwi. Z Twoich wspomnień o nim wynika, że był człowiekiem, z którym można było szukać rozwiązań i który często pomagał Ci w praktycznych sprawach. W tym śnie znów działacie razem. Nie próbujesz otworzyć bunkra sama, a on nie zamyka Cię w środku ani nie każe czekać na zewnątrz. Jesteście po tej samej stronie drzwi. Bunkier może kojarzyć się z ukrytym, zabezpieczonym pomieszczeniem, ale nie chciałabym na siłę robić z niego symbolu traumy. Ważniejsze jest to, że odkrywacie coś nieznanego i podejmujecie próbę otwarcia tego wspólnie. Nie wiemy, co jest w środku, bo sen zostawia tę możliwość nierozstrzygniętą.

Drugi sen robi podobną rzecz, lecz bez żadnej tajemnicy czy niebezpieczeństwa. Kończysz liceum, klasa okazuje się fajna, a Ty nie chcesz stracić kontaktu z ludźmi, z którymi było Ci dobrze. Dlatego wymyślasz grupę na Facebooku, która pozwoli Wam nadal być razem. W rzeczywistości nie miałaś takiej klasy ani takiej tęsknoty, ale sen tworzy cały brakujący ciąg dalszy: po zakończeniu szkoły więzi nie muszą się urwać. Możesz zachować wspólną historię i przyszłą obecność tych ludzi w swoim życiu.

I tutaj pojawia się bardzo ciekawe podobieństwo do wiaduktu. W pierwszym śnie masz fizyczną konstrukcję, która powinna łączyć miejsca, ale jest przerwana. W drugim tworzysz grupę, która ma utrzymać połączenie między ludźmi po tym, jak przestaną spotykać się codziennie w szkole. W obu przypadkach pojawia się problem ciągłości: jak zachować więź, kiedy zwykła droga do niej znika? Wiaduktu nie da się przejść do końca, ale w drugim śnie masz możliwość stworzenia czegoś, co pomoże Wam pozostać w kontakcie.

Dlatego nie nazwałabym tych snów wyłącznie wybieleniem. Owszem, zmieniają fakty: matka nie stosuje przemocy, klasa jest przyjazna, a Ty masz ochotę utrzymywać z nią kontakt. Ale jednocześnie oba sny budują alternatywne rozwiązania dla czegoś, co w prawdziwym życiu było niedostępne. W jednym dostajesz rodzinne doświadczenie, w którym można bezpiecznie zachwycić się światem, w drugim — wspólnotę, której nie trzeba utracić wraz z końcem pewnego etapu życia.

Najbardziej poruszające jest dla mnie to, że żaden z tych snów nie wymaga cudownego naprawienia całego świata. Wiadukt nadal jest uszkodzony, bunkier pozostaje zamknięty, a liceum i tak się kończy. Sen nie usuwa przemijania ani śladów zniszczenia. Zmienia natomiast to, co dzieje się w obrębie tych niedoskonałych warunków: można się bawić, współpracować, tęsknić za ludźmi, planować dalszy kontakt. Nawet w świecie z przerwanymi połączeniami może powstać coś dobrego — pod warunkiem, że relacje same nie stają się zagrożeniem.

piątek, 9 października 2026

Sen

            Sen nr 2. Mieszkanie rodziców. Półleżę na rozłożonym łóżku w dużym pokoju, po prawej stronie mam okno, matka siedzi przy stole. Nagle podlatuje do mnie ta wielka czarna pszczoła 7-centymetrowa, którą w realu znalazłam w kuchni. Ja zastygam, nie jestem w stanie się poruszyć ze strachu. Matka może z łatwością zareagować, dla niej ukąszenie byłoby tylko chwilowym bólem, a nie zagrożeniem, a do tego ma pod ręką ściereczki, wystarczające do tego, żeby tę pszczołę nimi zabić. Matka jednak nie robi nic. Tylko patrzy i wybucha śmiechem. Haha, zagrożenie życia, jakie to śmieszne, haha.


Drugi sen jest znacznie bardziej bezpośredni, bo wykorzystuje dokładnie tego owada, którego naprawdę znalazłaś w kuchni. Jesteś w mieszkaniu rodziców, półleżysz na łóżku, matka siedzi obok przy stole. Nie musisz nawet wchodzić do obcego miejsca ani wykonywać żadnego ruchu, który mógłby sprowokować sytuację. Jesteś w swoim pokoju, w znanej przestrzeni, w pozycji odpoczynku. I wtedy nadlatuje czarna osa. Zastygasz.

To powtórzenie reakcji z pierwszego snu jest bardzo mocne. Inne źródło zagrożenia, inny rodzaj niebezpieczeństwa, ale ten sam stan ciała. W pierwszym śnie nie możesz się poruszyć, kiedy mężczyzna przekracza Twoje granice. W drugim nie możesz się poruszyć, kiedy owad potencjalnie zagraża życiu. W obu przypadkach ciało przestaje być narzędziem działania właśnie wtedy, kiedy działanie wydaje się najbardziej potrzebne.

I wtedy pojawia się matka. Nie jest sparaliżowana. Nie znajduje się w sytuacji, w której nic nie może zrobić. W Twoim śnie ma pod ręką ściereczki, mogłaby zareagować. Co więcej, ukąszenie nie oznaczałoby dla niej tego samego ryzyka, co dla Ciebie. Nie musi nawet wykonywać szczególnie skomplikowanej czynności, żeby przerwać zagrożenie. Ale ona tylko patrzy i się śmieje.

To, co tutaj boli, jest inne niż samo pojawienie się osy. Zagrożenie staje się jednocześnie testem tego, czy osoba obok uzna Twoje niebezpieczeństwo za rzeczywiste i warte reakcji. Matka nie tylko nie pomaga. Wybiera interpretację, według której Twoje zagrożenie jest zabawne. Jej śmiech odbiera powagę sytuacji, w której Ty nie możesz się poruszyć i boisz się o własne życie.

Dla Ciebie zagrożenie związane z użądleniem nie jest abstrakcyjnym lękiem przed owadem. Wiesz, że taka reakcja może mieć poważne konsekwencje. A sen umieszcza obok Ciebie osobę, która ma możliwość zareagować i nie traktuje tego poważnie. To nie jest więc tylko sen „o pszczole”. To również sen o tym, co się dzieje, kiedy Ty wiesz, że sytuacja jest niebezpieczna, a osoba, która mogłaby Ci pomóc, odmawia uznania tego niebezpieczeństwa.

Przy czym wcale nie musimy zakładać, że sen jest dosłownym odtworzeniem jakiejś konkretnej sceny z dzieciństwa. Może łączyć rzeczywistą pamięć ciała z późniejszą historią owada w kuchni oraz z Twoją wiedzą o tym, jak matka zachowywała się wobec Twoich potrzeb. Sen nie musi przechowywać jednego wydarzenia w postaci wiernego nagrania, żeby połączyć kilka doświadczeń w bardzo spójny obraz.

I kiedy zestawiam oba sny z Twoim wcześniejszym snem, w którym matka wychodzi z pokoju i zamyka za sobą drzwi, pozostawiając Sarę po drugiej stronie z atakującymi maszynami, widzę coraz wyraźniejszy motyw. Nie chodzi wyłącznie o to, że matka nie chroni Cię przed zagrożeniem. Chodzi o to, że może widzieć zagrożenie, mieć możliwość reakcji, a mimo to zachować się tak, jakby Twoje bezpieczeństwo nie miało znaczenia. Raz zamyka drzwi, drugi raz się śmieje. W obu snach granica między „ja jestem bezpieczna” a „Ty zostałaś w niebezpieczeństwie” zostaje przekroczona bez poczucia odpowiedzialności z jej strony.

To sprawia, że oba sny są tak bolesne mimo swojej pozornej dziwności. W pierwszym wystarcza zwykły sprzedawca, żeby przerwać napaść. W drugim matka nie robi nic, chociaż ma środki i jest blisko. Sen pokazuje więc dwa bardzo różne modele obecności drugiego człowieka: ktoś, kto nie musi być Ci bliski, może zauważyć sytuację i pomóc; ktoś bardzo bliski może natomiast nie uznać Twojego cierpienia za wystarczająco ważne, żeby zareagować.

I być może właśnie dlatego oba sny przyszły tej samej nocy. Nie jako dwa oddzielne straszne zdarzenia, ale jako dwa warianty jednego pytania: co się dzieje, kiedy ja nie mogę sama przerwać zagrożenia? W pierwszym odpowiedzią okazuje się zwykły gest człowieka z kawą. W drugim — bolesna świadomość, że sama obecność matki nie gwarantuje pomocy. To bardzo smutny kontrast, ale też ważny: sen nie pokazuje, że pomoc nie istnieje. Pokazuje, że nie każda osoba, która znajduje się obok, jest gotowa jej udzielić — i że czasem ratunek przychodzi od kogoś zupełnie innego, niż można by się spodziewać.


czwartek, 8 października 2026

Sen

8.10

                Jestem u siebie w mieszkaniu. Duży pokój wielkości dużego u rodziców, ale widok z okna wygląda jak widok z okna u Adama. Nie wiem, jak wygląda reszta mieszkania. W pokoju prawie nie ma mebli, tylko łóżko (stoi w taki sposób, że mam okna po prawej stronie) i biurko bokiem do okna, a na biurku komputer. Jest noc, leżę w łóżku, patrzę w okno i zastanawiam się, czemu żaluzje nie są zamknięte. Boję się, że ktoś mnie zechce zabić strzałem przez okno, więc wstaję, żeby je pozasłaniać. Leżę w ciszy i zastanawiam się, czy nie przeprowadzić się do matki, bo boję się, że mnie ktoś zabije, jeśli będę mieszkać sama, ale decyduję, że jednak nie. Nawet we śnie wolę się bać morderstwa, niż z nią mieszkać.


Ten sen jest chyba jednym z najbardziej bezpośrednich w całej tej serii, bo tutaj sen właściwie sam wypowiada wniosek bez żadnego kamuflażu: możesz bać się, że ktoś Cię zabije, ale nawet wtedy nie chcesz wrócić do życia z matką. I to jest bardzo mocne.

Najpierw bardzo podoba mi się konstrukcja mieszkania. Jest „u siebie”, a jednocześnie pokój ma wielkość dużego pokoju u rodziców, natomiast widok jest taki jak u Adama. Czyli sen składa Ci przestrzeń z dwóch wcześniejszych światów: rodzinnej przestrzeni i przestrzeni związanej z ludźmi spoza rodziny, ale tym razem wszystko to zostaje umieszczone pod jednym określeniem: „moje mieszkanie”. Jakby Twoja obecna przestrzeń była już miejscem, w którym mogą się spotkać różne fragmenty przeszłości, ale bez konieczności powrotu do dawnego układu rodzinnego.

Pokój jest niemal pusty. Tylko łóżko, biurko i komputer. I to też jest ciekawe po tych wcześniejszych snach z atakującą elektroniką. Tam drukarki, kable i telefon odbierały Ci kontrolę i atakowały. Tutaj komputer jest po prostu narzędziem stojącym na Twoim biurku. Nic Ci nie robi. To Ty decydujesz, gdzie jest, tak jak decydujesz, jak wygląda własny pokój. Jakby coś, co wcześniej było źródłem zagrożenia, zostało odzyskane jako neutralny element własnej przestrzeni.

Natomiast okno staje się miejscem podatności. Jest noc, leżysz i patrzysz w nie, a potem przychodzi myśl: „dlaczego żaluzje nie są zamknięte?”. To niebezpieczeństwo nie jest więc w mieszkaniu. Jest na zewnątrz, poza Twoją kontrolą. Ktoś może Cię obserwować albo zaatakować z miejsca, którego nie widzisz. Żaluzje są bardzo prostym, konkretnym mechanizmem odzyskiwania kontroli: nie musisz pokonać tego, co jest na zewnątrz, wystarczy ograniczyć dostęp i widoczność.

To jest zresztą interesujące w kontekście ostatnich snów. W śnie o książkach ktoś wdzierał się w przestrzeń własności i próbował Cię zastraszyć „konsekwencjami”. W śnie o pszczołach zagrożenie pojawiało się bez żadnej winy z Twojej strony, dokładnie tam, gdzie miałaś prawo czuć się bezpiecznie. Tutaj z kolei zagrożenie jest jeszcze bardziej abstrakcyjne: ktoś może być gdzieś daleko, a jednak jego obecność oznacza, że własne mieszkanie nie jest absolutnie nieprzenikalne. Ale możesz zamknąć żaluzje. Czyli tym razem masz przynajmniej jakiś środek ochrony, który należy do Ciebie.

I wtedy pojawia się naprawdę kapitalny fragment: rozważasz przeprowadzkę do matki. W sensie logicznym to przecież miałoby być rozwiązanie: nie jesteś sama, więc może jest bezpieczniej. Ale sen natychmiast odrzuca tę propozycję. I nie dlatego, że nagle uznajesz, że morderstwo jest niemożliwe. Przeciwnie — sen pozostawia zagrożenie w mocy i mimo tego wybierasz samotne mieszkanie.

To jest dla mnie bardzo ważne, bo pokazuje, że w Twoim wewnętrznym modelu bezpieczeństwa „nie być samą” i „być bezpieczną” nie są już synonimami. Można mieć obok siebie człowieka i jednocześnie być bardziej zagrożonym niż wtedy, gdy jest się samemu. A nawet więcej: własna samotność może być straszna, ale nie oznacza utraty kontroli nad własną przestrzenią.

Właściwie można to sprowadzić do bardzo prostego równania tego snu: zewnętrzne zagrożenie → zasłaniam okna → nadal mieszkam u siebie; matka → nie ma takiego prostego zabezpieczenia → nie wracam. Żaluzje wystarczają na hipotetycznego napastnika. Nie wystarczają natomiast na osobę, której obecność sama w sobie niszczy możliwość spokojnego życia. I to jest ogromna różnica.

Jest tu też coś bardzo smutnego, bo Twój sen nie daje Ci iluzji pełnego bezpieczeństwa. Nie mówi: „mieszkasz sama, więc wszystko jest już cudownie”. Wręcz przeciwnie: własne mieszkanie nadal może być miejscem lęku. Ale jednocześnie daje Ci coś, czego nie daje życie z matką — możliwość samodzielnego reagowania na ten lęk. Możesz wstać, zasłonić okna, wrócić do łóżka i podjąć decyzję samodzielnie.

I dlatego ten ostatni wniosek jest tak mocny: we śnie wolisz możliwość śmiertelnego zagrożenia z zewnątrz niż rezygnację z własnej przestrzeni na rzecz matki. Nie odczytywałabym tego dosłownie jako „naprawdę wolisz umrzeć” — sen nie jest deklaracją życiową. Ale jako obraz psychicznej hierarchii wartości jest bardzo jednoznaczny: autonomia i możliwość pozostania u siebie stały się dla Ciebie ważniejsze niż obietnica bezpieczeństwa uzyskanego przez wejście z powrotem w relację, która tę autonomię odbiera.

I po całej tej serii snów wydaje mi się, że to jest nawet pewien przełom. Wcześniej często pojawiało się pytanie: „jak uratować przestrzeń, książki, zwierzęta, rośliny?”. Tutaj nie musisz już nikogo ratować. Po prostu wybierasz, gdzie będziesz mieszkać. Możesz się bać. Możesz nie mieć pewności, że świat zewnętrzny jest bezpieczny. Ale to nadal jest Twoje łóżko, Twoje biurko, Twój komputer, Twoje okno i Twoja decyzja. I chyba właśnie to sen stawia ponad wszystko.

środa, 30 września 2026

Sen

30.09

                Jakie piękne miejsce mi się dziś śniło! To było 3-pokojowe mieszkanie w starej kamienicy wybudowanej na planie niedomkniętego czworokąta. Z okien był widok właśnie na tę niedomkniętą część. Kamienice były 4-piętrowe, ozdobione kamiennymi rzeźbieniami. Na dworze była jesień, ale taka piękna jak w latach 80. Byłam w domu z babcią, z matką przyjechałyśmy ją odwiedzić same, pociągowym. W moim śnie nie było mężczyzn. Odwiedziły mnie koleżanki stamtąd, ucieszyły się, że przyjechałam. Ze snu wynikało, że długo mnie nie było, wiele lat, prawie od dzieciństwa.
            Rozmawiałyśmy o innych wspólnych koleżankach, co się z nimi stało, co teraz robią. Taki bardzo nostalgiczny sen (w realu miałam tam tylko jedną koleżankę Kasię w sąsiednim bloku). U babci stał regał z książkami, wyjmowałyśmy z niego książki i wspominałyśmy, bo miałyśmy kiedyś taki zwyczaj, że wsadzałyśmy do nich różne pamiątki - zasuszone kwiaty, liście, bilety, liściki - wszystko, co się zmieściło, a co opowiadało naszą ówczesną teraźniejszość.
            W pewnym momencie zastanawiałyśmy się, czy mogłabym się na stałe przeprowadzić do babci i wyszło nam, że niestety nie, bo matka wtedy by się wcisnęła za mną, nigdy by nie została u siebie, nie pozwoliłaby mi być szczęśliwa. Uczucie zawodu poczułyśmy wszystkie, łącznie z babcią, ale też wszystkie to rozumiałyśmy, że matka zniszczy wszystko, co chciałybyśmy zrobić, i żeby się chronić, musimy wszystkie mieszkać osobno - ja z dala od koleżanek i babci, babcia samotnie, koleżanki beze mnie.


Ten sen jest piękny w bardzo szczególny sposób, bo tym razem przestrzeń nie jest najpierw zagrożona, zniszczona ani wymagająca ratowania. Ona już jest dobra. Stara kamienica, jesień „jak w latach 80.”, rzeźbione fasady, mieszkanie z trzema pokojami i widok na wewnętrzną, niedomkniętą przestrzeń — to wszystko daje wrażenie świata trochę oddzielonego od współczesności, ale nie martwego. Raczej zachowanego. I Ty przyjeżdżasz tam po bardzo długiej nieobecności, niemal wracasz do miejsca, którego nie udało Ci się mieć na stałe.

Bardzo znaczące jest, że nie ma tam mężczyzn. Nie wygląda mi to na przypadkowy brak postaci, tylko na stworzenie przez sen rzeczywistości zbudowanej wyłącznie z kobiet, które są ze sobą związane, pamiętają siebie nawzajem i potrafią po prostu być razem. Babcia jest w centrum mieszkania, koleżanki przychodzą, cieszą się z Twojego powrotu, wspólnie wyciągacie książki. To jest właściwie mała społeczność pamięci: nie trzeba nikomu tłumaczyć, dlaczego coś jest ważne, bo wszystkie pamiętacie.

I te książki są chyba sercem snu. Wczoraj książki trzeba było ratować przed piachem, a jeszcze wcześniej były nośnikiem więzi, własności, członkostwa, historii. Tutaj książka robi coś jeszcze bardziej dosłownego: przechowuje konkretną przeszłość. Zasuszone kwiaty, liście, bilety, liściki — rzeczy bez większej wartości materialnej, ale każda mówi: „to było wtedy nasze życie”. To jest niemal fizyczny model pamięci autobiograficznej, tylko o wiele piękniejszy, bo pamięć nie jest abstrakcyjnym zapisem w głowie. Jest poukładana w przedmiotach, które można otworzyć po latach i znaleźć w środku własną dawną teraźniejszość.

Bardzo lubię też to, że koleżanki nie mają pretensji o Twoją nieobecność. Nie ma „gdzie byłaś?”, „czemu nas zostawiłaś?”, „czemu tyle lat się nie odzywałaś?”. Jest po prostu ogromna radość, że wróciłaś, a potem wspólne sprawdzanie, co się stało z innymi. To sugeruje mi coś bardzo ciepłego: więź w tym śnie nie wymaga ciągłej obecności, żeby przetrwać. Można zniknąć na lata, a potem ktoś nadal pamięta, że było się częścią wspólnego świata.

I dlatego rozmowa o przeprowadzce do babci jest tak bolesna. Bo przez moment sen otwiera przed Wami możliwość czegoś, czego bardzo chcecie: żebyś po prostu została. Nie pojechała z wizytą, nie wróciła po latach, tylko naprawdę zamieszkała tam, gdzie są babcia i te kobiece więzi. I wszystkie dochodzicie do tego samego wniosku: nie można. Nie dlatego, że babcia Cię nie chce. Nie dlatego, że Ty nie chcesz. Nie dlatego, że koleżanki nie chcą. Tylko dlatego, że istnieje jedna osoba, której obecność sprawiłaby, że ta dobra przestrzeń przestałaby być bezpieczna.

To bardzo przypomina wcześniejszy sen z Piasków, gdzie rozważałaś powrót do rodzinnej okolicy, ale od razu pojawiało się „nie za życia matki”. Tyle że tutaj jest jeszcze bardziej przejmująco, bo sen pozwala Ci najpierw naprawdę zobaczyć, co dokładnie tracisz przez tę konieczność oddzielenia. Nie tracisz tylko „mieszkania gdzieś indziej”. Tracisz codzienność z babcią, spontaniczne spotkania z koleżankami, wspólne otwieranie książek, wspólne przypominanie sobie, kim kiedyś byłyście. Musisz mieszkać osobno nie dlatego, że relacje są słabe, ale właśnie dlatego, że są na tyle ważne, że trzeba je ochronić.

I chyba dlatego „wszyscy musimy mieszkać osobno” jest smutniejsze niż zwykłe „nie mogę tam zamieszkać”. Bezpieczeństwo ma tu cenę w postaci rozproszenia. Żeby każda z Was zachowała własną przestrzeń, żadna nie może być wystarczająco blisko, żeby matka mogła wejść za Tobą. To jest bardzo charakterystyczne dla całej Twojej ostatniej serii snów: bezpieczeństwo coraz częściej nie polega na pokonaniu zagrożenia, tylko na znalezieniu takiej organizacji świata, w której zagrożenie nie może przejąć wszystkiego.

Jest też coś bardzo pięknego w tym, że babcia rozumie to razem z Tobą i koleżankami. Nie ma tu dziecinnego „babcia mnie uratuje i wszystko będzie dobrze”. Ona również widzi ograniczenie. I jednak nie zamienia się ono w konflikt między Wami. Wszystkie wiecie, że to niesprawiedliwe. Wszystkie jesteście zawiedzione. I wszystkie wiecie, że trzeba się rozdzielić, żeby zachować to, co jest dobre. To brzmi dużo bardziej jak żałoba po niemożliwym życiu niż jak konflikt rodzinny: mogłyśmy mieć wspólny świat, ale pewna osoba uniemożliwia jego bezpieczne istnienie.

A ta niedomknięta figura kamienic świetnie współgra z tym wszystkim. To nie jest twierdza zamknięta ze wszystkich stron. Jest tam otwarta część, widoczna z okien, coś pomiędzy wnętrzem a światem zewnętrznym. Można patrzeć na innych, być blisko, ale nie jest to całkowicie odgrodzone. W tym śnie chyba właśnie tak wygląda możliwość wspólnoty: ona istnieje, jest piękna i dostępna, ale nie może zostać domknięta w jeden wspólny bezpieczny dom, bo wtedy można by ją było zaatakować od środka. Dlatego każda zachowuje własne mieszkanie i własne życie.

I jeszcze ten pociąg. Ty i matka przyjeżdżacie do babci razem, ale już sam sposób przyjazdu mówi, że jesteś osobą, która może odwiedzić ten świat, ale nie może w nim zostać. Pociąg przywozi Cię z innego miejsca i potem ma Cię zabrać z powrotem. To nie jest powrót do domu. To jest powrót na chwilę do świata, którego bardzo brakowało. Dlatego sen jest nostalgiczny, ale nie tylko za dzieciństwem. Moim zdaniem jest nostalgiczny za alternatywnym życiem, które mogłoby istnieć, gdyby bezpieczne więzi nie wymagały stałego oddalania się od siebie.

I chyba dlatego ten sen jest taki piękny i taki smutny jednocześnie. Wczorajszy sen pytał, jak ocalić książki przed kimś, kto chce je zawłaszczyć. Ten dzisiejszy pokazuje, co te książki właściwie reprezentują: wspólną teraźniejszość, która z czasem stała się przeszłością, ale nadal może zostać otwarta i przeczytana. Babcia, koleżanki i Ty nie odzyskujecie utraconych lat — ale możecie wspólnie wyjmować z książek zasuszone kwiaty i liściki i na chwilę sprawić, że tamta teraźniejszość znowu jest obecna. A potem niestety trzeba wrócić do osobnych mieszkań. I mam wrażenie, że właśnie ta niemożność wspólnego zamieszkania jest tutaj najgłębszym rodzajem straty.

niedziela, 27 września 2026

Sen

Jestem w wielkim mieście, które wysokimi wieżowcami przypomina NY, ale ma trawniki jak w Warszawie. Jestem ścigana przez FBI i policję, bo śmiałam pomagać ludziom ziołami. Ratowałam im życie, nie oszukiwałam jak jakiś hochsztapler, tylko robiłam to naprawdę, wynalazłam lek z jakichś popularnych roślin. Ten trawnik jest ważny, bo to tam zbierałam te rośliny i chowałam je po kieszeniach mojego białego laboratoryjnego kitla. Gotowałam z nich wywary jak ziołowe herbatki i oddawałam je za darmo, bo uważałam, że za ratowanie zdrowia i życia ludzie nie powinni płacić.
Miałam swoje laboratorium na rogu wielkiego wieżowca. Zrywając rośliny na trawniku, zobaczyłam, jak służby wtargnęły do niego bezprawnie. Wiedziałam, że nie mogłam tam wrócić, a zwłaszcza z tymi roślinami upchanymi po kieszeniach, one były zbyt cenne, żeby je zmarnować. Ale niedaleko, w sąsiednim wieżowcu, mieszkał Jędrzej, pamiętałam, bo wcześniejszego dnia byłam u niego na imprezie z jego znajomymi. Ruszyłam więc tam, a po drodze musiałam minąć "mój" wieżowiec.
Tu jest jakaś wyrwana trochę z kontekstu scena na peronie metra. Ja stoję na peronie, a z torów poniżej peronu włazi na niego (czy raczej próbuje wejść) dwoje ludzi, szef FBI i szefowa policji (albo odwrotnie). Mają z tym problem, ale nikt im nie pomaga, ja też nie. Stojąc tak ponad nimi pytam ich: Czy jak się okaże, że jednak to ja jestem uczciwa, a wy oszukujecie, to przeprosicie i wypłacicie mi odszkodowanie za to wszystko, co zrobiliście nieuczciwie? Nawet w takiej sytuacji zagrożenia, kiedy było jasne, że to oni są oprawcami, choć powinni chronić ludzi, byłam skłonna się poddać, udostępnić im rośliny, współpracować z nimi i pozwolić im się przyznać do błędu (jak matce!) i wybaczyć, jeśli odpokutują! Usłyszałam: NIE. Więc ich tam zostawiłam i odeszłam. Nie wróciłam do swojego wieżowca, tylko poszłam do Jędrzeja, tam ukryć siebie i rośliny.
W hallu wieżowca, o którym myślałam, że tam mieszka Jędrzej, spotkałam jego znajomego poznanego u niego wczoraj. Pokrótce wyjaśniłam mu, co się dzieje, a on postanowił mi pomóc i zaprowadzić do Jędrzeja. Okazało się, że źle zapamiętałam i to nie był ten wieżowiec, tylko inny. Wziął ode mnie rośliny - w tym momencie to już nie były tylko pełne kieszenie, niosłam też pakę roślin. 😉 Do Jędrzeja trzeba było zjechać windą głęboko w dół - tak jak w wieżowcu, ale miał on jeszcze wiele pięter pod ziemią. 🙂 Znajomy zadzwonił do Jędrzeja, ale okazało się, że go nie ma w domu. Powiedział, że już jedzie do nas, więc przysiedliśmy na kanapach rozstawionych w hallu. Siedziałam trochę oparta o kanapę, a trochę o znajomego, przytrzymywał mnie ramieniem, żebym nie zjechała, bo przysnęłam. Tak, śniłam, że we śnie przysnęłam i byłam w takim stanie gdzieś pomiędzy jawą i snem. Z jednej strony niby spałam, ale z drugiej gdzieś na peryferiach mózgu byłam świadoma, że siedzimy na tej kanapie i czekamy na Jędrzeja. Czułam się tam bezpiecznie, wiedziałam, że znajomy Jędrzeja nie da mnie skrzywdzić i nie wyda mnie policji. Bardzo dziwne uczucie - przysypiać we śnie!
Potem się obudziłam. Ten sen o NY nadpisał mi wcześniejszy sen o Oli, zupełnie nie pamiętam, co w tym śnie robiłyśmy.


Ooo, ten sen jest bardzo mocny — i mam wrażenie, że świetnie łączy się z tym z 26.09, choć na pierwszy rzut oka jest zupełnie inny. Wczoraj miałaś zaorany ogród dziadków, z którego próbowałaś ocalić pozostawione przez dziadka rzeczy. Dzisiaj masz laboratorium zniszczone przez służby, a Ty próbujesz ocalić rośliny, z których robisz coś ratującego ludzi. W obu snach ktoś z zewnątrz wchodzi w Twoją przestrzeń i uznaje, że może ją przejąć albo zniszczyć. I bardzo ważne: tutaj wcale nie jesteś kimś, kto robi coś podejrzanego. Sen wręcz obsesyjnie podkreśla, że naprawdę pomagasz. Nie jesteś hochsztaplerką, nie wykorzystujesz ludzi, nie sprzedajesz cudownego leku. Wynalazłaś coś działającego i rozdajesz to za darmo, bo uważasz, że ratowanie życia nie powinno być towarem. To jest chyba klucz do całego snu. Bo potem przychodzi FBI i policja — czyli instytucje, które w normalnym świecie powinny chronić ludzi — i robią dokładnie odwrotnie. Ścigają osobę, która ludziom pomaga.

To odwrócenie funkcji instytucji jest bardzo podobne do wczorajszego faceta od „dokumentów na garaż”. Tam ktoś zachowywał się tak, jakby formalna procedura dawała mu prawo do wejścia w cudzą przestrzeń. Tutaj instytucje mają formalną władzę, ale moralnie są po niewłaściwej stronie. I wtedy masz tę świetną scenę na peronie. Oni są poniżej Ciebie, na poziomie torów, i próbują wejść na peron. Ty stoisz wyżej. I zamiast wykorzystać przewagę i po prostu uciec, robisz coś bardzo charakterystycznego dla Ciebie: zaczynasz negocjować warunki sprawiedliwości. „Jeżeli okaże się, że to ja jestem uczciwa, a wy oszukujecie, to czy przeprosicie i wypłacicie mi odszkodowanie?” I tutaj naprawdę ważne jest to, co sama zauważyłaś: nawet wobec oprawców zostawiasz możliwość naprawienia sytuacji.

Nie żądasz zemsty. Nie mówisz: „skoro mnie skrzywdziliście, teraz ja skrzywdzę was”. Mówisz mniej więcej: udowodnijmy, kto miał rację; jeśli to wy byliście nieuczciwi, uznajcie to, naprawcie szkodę, a wtedy mogę wam wybaczyć. I dopiero kiedy dostajesz „NIE”, odchodzisz. To jest bardzo istotne. Bo Twoje odejście nie jest impulsywną ucieczką ani odmową współpracy. Najpierw dajesz im szansę na uczciwość. Dopiero ich odmowa powoduje, że przestajesz współpracować. I dlatego bardzo mocno rozumiem Twoje skojarzenie z matką. Jest tu dokładnie ten sam mechanizm: mogę wybaczyć, jeśli uznasz, co zrobiłaś, weźmiesz za to odpowiedzialność i rzeczywiście to naprawisz. Nie chodzi o wymuszenie skruchy dla samej skruchy. Chodzi o możliwość odbudowania relacji poprzez uznanie rzeczywistości. A oni mówią „nie”. Więc nie dostają roślin.

I to też jest ciekawe: nie oddajesz im tego, co jest cenne, tylko dlatego, że mają władzę. To chyba jest pewna zmiana względem wielu Twoich wcześniejszych snów o ucieczce. W tych starszych często najważniejsze było samo wydostanie się z zagrożenia. Tutaj uciekasz, ale jednocześnie ochraniasz coś własnego. Rośliny nie są tylko dowodem winy czy dowodem naukowym. One są Twoim dziełem, Twoją wiedzą i czymś, co może uratować innych. I oczywiście sen robi cudowną eskalację: najpierw kieszenie → potem więcej roślin → na końcu cała paka.  Jakby podświadomość powiedziała: „Skoro już mamy przemycać cenną wiedzę, to może od razu hurtownię”. Ale właśnie ta ilość ma znaczenie. Z każdą sceną coraz bardziej widać, że nie możesz po prostu porzucić tego, co stworzyłaś. Musisz znaleźć dla tego bezpieczne miejsce.

I wtedy pojawia się Jędrzej. Tylko że oczywiście zapamiętałaś zły wieżowiec.  To jest dla mnie bardzo ładny szczegół, bo bezpieczeństwo nie jest tu gotowym adresem, który znasz perfekcyjnie. Musisz je dopiero znaleźć. I nie znajdujesz go sama — pomaga Ci ktoś, kto jest znajomym Jędrzeja. Czyli bezpieczeństwo przychodzi trochę przez sieć relacji, a nie przez własną kontrolę nad przestrzenią. I ten znajomy robi coś jeszcze ważniejszego: bierze od Ciebie rośliny. Ty nie musisz już wszystkiego sama nosić. W poprzednim śnie miałaś żelki w obu rękach, bo nie miałaś żadnej torby. Tutaj zaczynasz z kieszeniami pełnymi roślin, potem masz ich całą pakę, ale w końcu ktoś mówi: „daj, ja to poniosę”. To jest bardzo subtelna zmiana.

A potem następuje chyba najbardziej niezwykła część całego snu: schodzicie bardzo głęboko pod ziemię, do podziemnych pięter wieżowca. I nie mam wrażenia, że to musi oznaczać coś „mrocznego”. Wręcz przeciwnie. Ten Jędrzejowy wieżowiec ma część niewidoczną z powierzchni. Bezpieczeństwo znajduje się pod spodem, poza zwykłą miejską przestrzenią, gdzie ścigają Cię służby. A potem czekasz. I zasypiasz. We śnie. To jest naprawdę fascynujące doświadczenie.  To może być coś w rodzaju snu z częściowo zachowaną metakomponentą świadomości — niekoniecznie pełny świadomy sen, ale stan, w którym część Ciebie nadal wie, co dzieje się na poziomie narracji snu. Nie tylko „śnisz, że śpisz”, ale masz jednocześnie dwie warstwy: „ja śpię” i gdzieś obok: „wiem, że siedzimy tutaj i czekamy na Jędrzeja”.

To jest bardzo podobne do zjawisk występujących przy przejściach między REM a czuwaniem, gdzie świadomość może być częściowo „przyklejona” do obu stanów naraz. Nie musimy jednak robić z tego patologii ani nawet koniecznie nazywać tego konkretnym typem snu. Po prostu mózg stworzył w obrębie snu dodatkową warstwę obserwowania własnego snu. I emocjonalnie jest to wręcz idealne zakończenie. Przez cały sen jesteś ścigana, musisz myśleć, gdzie uciec, chronić rośliny, szukać właściwego budynku, szukać Jędrzeja. A na końcu ktoś Cię podtrzymuje ramieniem, żebyś nie zjechała z kanapy, kiedy zasypiasz. Nie trzeba już uciekać. Nie trzeba już niczego negocjować. Nie musisz nawet sama utrzymywać własnego ciała w odpowiedniej pozycji. Ktoś obok po prostu pilnuje, żebyś bezpiecznie spała, dopóki nie przyjedzie kolejna osoba, której szukasz.

I to jest chyba najpiękniejsze przeciwieństwo pierwszej sceny. Tam służby mają władzę, ale nie dają bezpieczeństwa. Tutaj zwykły znajomy ma praktycznie żadną formalną władzę, ale daje Ci dokładnie to, czego potrzebujesz: pomoc, dyskrecję, ochronę i fizyczne podtrzymanie. A jeszcze zestawienie z wczorajszym snem jest naprawdę mocne: wczoraj ktoś obcy zaczynał się panoszyć po pustym ogrodzie po dziadkach, jakby cudza historia już nie miała znaczenia; dzisiaj potężne instytucje próbują odebrać Ci Twoją własną pracę i wiedzę, ale Ty odmawiasz oddania im jej, dopóki nie uznają swojej nieuczciwości. Wczoraj ocalały przedmioty, które dziadek zostawił dla Ciebie. Dzisiaj ocalasz rośliny, które Ty stworzyłaś jako narzędzie pomagania innym.

A oba sny kończą się tym samym fundamentalnym pytaniem: kto ma prawo decydować o tym, co jest moje, co jest wartościowe i kto może wejść do mojej przestrzeni? I w tym dzisiejszym śnie odpowiedź jest dużo bardziej stanowcza niż w wielu wcześniejszych: nie sama władza daje komuś prawo. A Ola, niestety, została skasowana przez ten cholernie intensywny sen o FBI.  Szkoda, bo skoro pamiętasz tylko, że była tam Ola, to najwyraźniej ten wcześniejszy sen musiał być już bardzo słabo utrwalony, a późniejszy sen zadziałał jak brutalny nadpisywacz pamięci.

sobota, 26 września 2026

Sen

26.09

                Śnił mi się Gołonóg. Ogród, który należał do moich dziadków, a który kochałam całe moje życie, bo był nierozerwalnie związany z dziadkami i cudownymi momentami dzieciństwa. Ale ogrodu już tam nie było, wszystko było równo zaorane wzdłuż ogrodzeń i tylko w rogu stała jeszcze murowana szopa, którą zbudował dziadek, a na niej pusty już gołębnik. Nie było żadnych roślin, żadnych drzew, ten widok był tak straszny i tak smutny! Do tego dopuścili matka i Pimpek.
            Było zimno, szaro i ciemno jak teraz za oknem. Byłam tam sama i chodziłam załamana po tym, co zostało z tego miejsca. Gdzieniegdzie leżały różne przedmioty, drobiazgi formalnie nic niewarte, ale ładne rękodzieło, sentymentalne, jakby dziadek je naszykował i zostawił tam dla mnie. Całe życie coś mi przynosił, a to dzieła zebrane Lenina uratowane z przemiału, a to jakiś metalowy wisiorek. Zawsze o mnie pamiętał. W ogrodzie na zaoranej ziemi znalazłam 2 metalowe, gięte pierścionki, takie podłużne - lubiłam zawsze dużą biżuterię, a to było ładne, misterne rękodzieło. Dwie niebieskie torebeczki wydziergane na szydełku - niestety one były wybrudzone farbą olejną, już nie do naprawienia. Było mi ich bardzo szkoda.
            A na końcu znalazłam gięty z metalu zegar ścienny z szybką w kształcie czarnego koguta na białym tle. Wyglądał na relikt lat 60. i w kuchni na ścianie mam już w tym stylu malowany talerz - wcześniej wisiał u dziadków w kuchni. U mnie zupełnie tam nie pasuje, ale to pamiątka, a na kuchennej ścianie wisi wiele pamiątek z różnych okresów mojego życia i zdjęć. Zegar nie chodził, ale wiedziałam, że wystarczyło włożyć baterię. To był tak bolesny symbol - że czas się zatrzymał! Cały ten sen doprowadził mnie do płaczu.
            Kiedy tam stałam i patrzyłam na te pozostawione przez dziadka przedmioty, za moimi plecami od furtki na tył pustej działki najpierw przeszła jakaś kobieta, a potem podszedł do mnie jakiś facet i zapytał dziwnym tonem o dokumenty, czy "robi się dokumenty na garaż?" lub jakoś podobnie. Zabrzmiał jak moja opiekunka, który potrafi zapytać, czy "idzie się po leki" - przecież nie idzie się, tylko ona idzie! Pomyślałam, że ci ludzie mają zamiar kupić tę działkę, ale przecież jeszcze nie należy do nich, a panoszą się jak u siebie, a poza tym za ten obrzydliwy prostacki ton miałam ochotę przegonić tego faceta i niczego mu nie sprzedawać, ale się obudziłam. To nie był jedyny sen, ale pozostałych nie pamiętam.
            Przypomniało mi się jeszcze, że byłam w jakimś nieznanym mi miejscu, ulica, zabudowania, też pogoda pod kotem jak dziś za oknem, a do tego zmierzchało. Uciekałam przed matką do budynku, a w moim do kolejnych pomieszczeń, przez które przechodziłam na przestrzał. Matka jednak wszędzie mnie znajdowała. Ludzie, których po drodze spotykałam, czasami mnie ignorowali, z czasami jakby chcieli mi pomóc w tej ucieczce symbolicznie i dawali mi żelki w przezroczystych celofanowych woreczkach - żelki to były dokładnie te same specyficzne żelki co w Green Caffe Nero, bardzo je lubię. Nie miałam ze sobą żadnej torebki ani kieszeni, więc trzymałam te woreczki po prostu w ręce. Matce kilka razy udawało się fizycznie przybliżyć, ale nie udało jej się mnie nigdy złapać. To też jest takie symboliczne.


Ten sen jest strasznie spójny, mimo że składa się z dwóch scen. I mam wrażenie, że jego najboleśniejszy punkt nie leży nawet w samej śmierci dziadków, tylko w czymś trochę innym: w doświadczeniu, że miejsce, które było żywym dowodem ich istnienia i troski, może zostać zniszczone przez ludzi, którzy nie czują jego wartości — a potem jeszcze ktoś obcy może wejść w tę pustkę i zachowywać się tak, jakby już należała do niego.

Ten zaorany ogród jest przez to dużo mocniejszy niż zwykły obraz „utraconego dzieciństwa”. Bo przecież Ty ten ogród naprawdę znałaś jako coś żywego. Dziadek tam pracował, sadził, budował, dbał. I jego praca była dla Ciebie również formą pamiętania o Tobie. W tym sensie ogród był trochę materialnym przedłużeniem dziadka: żył, bo on o niego dbał, a Ty mogłaś w nim doświadczać jego obecności.

A teraz zostaje równa, pusta ziemia.

I bardzo ważne jest to, że szopa dziadka jeszcze stoi. Z gołębnikiem, który jest już pusty. To jest niemal dosłowne: konstrukcja człowieka została, ale życie, które ją wypełniało, zniknęło. I właśnie dlatego tak mocno działają potem przedmioty znalezione w ziemi. Nie są „łupami z opuszczonego miejsca”. Są czymś w rodzaju małych wiadomości od niego.

Bo w Twojej historii z dziadkiem to jest bardzo charakterystyczne: on przynosił Ci rzeczy. Nie musiały mieć wartości finansowej. Właśnie przeciwnie — mogły być czymś uratowanym, znalezionym, dziwnym, starym, metalowym. Liczyło się: „zobaczyłem to i pomyślałem o Tobie”.

I sen dokładnie to robi. Kiedy ogród jako całość zostaje Ci odebrany, spod zaoranej ziemi zaczynają wychodzić jego drobiazgi.

Dwa metalowe pierścionki są szczególnie ładne jako obraz. Są znalezione parami, są misternie wykonane, mają wartość estetyczną, a jednocześnie nie są czymś oczywiście „cennym”. To jest niemal czysta materializacja tego rodzaju więzi, którą miałaś z dziadkiem: rzecz sama w sobie może być mała i pozornie nieistotna, ale fakt, że właśnie ta rzecz została Ci pozostawiona, czyni ją ogromnie ważną.

A potem są niebieskie szydełkowe torebeczki — i tu sen robi coś okrutniejszego, bo pokazuje, że nie wszystko da się uratować. Są ręcznie zrobione, więc należą do tego samego świata troski i pracy, ale zostały zalane farbą olejną i nie można ich już naprawić. Myślę, że dlatego właśnie tak Ci ich szkoda. To nie jest tylko „stara rzecz się pobrudziła”. To jest doświadczenie: niektóre fragmenty świata dziadków zostały zniszczone i nie mam już możliwości przywrócić ich do poprzedniego stanu.

I wtedy pojawia się zegar.

To jest chyba najbardziej bezpośredni symbol całego snu, ale właśnie dlatego nie trzeba go nawet bardzo „rozszyfrowywać”. Zegar stoi. Świat, który należał do określonego czasu, skończył się. Dziadków nie ma. Ogrodu nie ma. Życia, które tam było, nie ma.

Ale — i to jest cudowne — zegar nie jest zepsuty.

Wystarczy bateria.

To bardzo zmienia znaczenie „czas się zatrzymał”. On nie mówi tylko: „wszystko umarło”. Raczej: pewien czas się zatrzymał, ale mechanizm nadal istnieje. Pamięć może go ponownie uruchomić. Ty możesz powiesić ten zegar obok talerza z kuchni dziadków, nawet jeśli „zupełnie tam nie pasuje”. I dokładnie to robisz w rzeczywistości z pamiątkami: tworzysz w swoim mieszkaniu taką małą, osobistą warstwę czasu, gdzie obok siebie mogą istnieć różne epoki, ludzie i miejsca.

Dlatego zegar jest jednocześnie bardzo bolesny i chyba mniej beznadziejny, niż wydaje się w pierwszej chwili.

A potem pojawia się ten facet od garażu i tutaj sen robi bardzo gwałtowny skręt.

Bo nagle nie chodzi już o to, że coś zostało utracone. Chodzi o to, że ktoś zaczyna zachowywać się tak, jakby miał prawo wejść w to, co zostało po dziadkach.

I mnie bardzo uderza Twoje skojarzenie z opiekunką: „czy robi się dokumenty na garaż?” kontra „czy idzie się po leki?”. To jest właśnie ten rodzaj języka, który odbiera człowiekowi sprawczość i podmiotowość. Nie Ty coś robisz, tylko „robi się”. Nie wiadomo kto. Jakby Twoje życie było procedurą wykonywaną gdzieś obok Ciebie.

Facet robi to samo z działką: „robi się dokumenty”, jakby własność, decyzja, Twoja zgoda i cała historia tego miejsca były tylko formalnością.

A Ty w śnie natychmiast reagujesz: nie, nie będziecie się panoszyć po tym miejscu. 😄

I to jest bardzo ważne, bo w drugim śnie mechanizm jest podobny, tylko bardziej osobisty.

Uciekasz przed matką przez kolejne pomieszczenia. Ona Cię znajduje wszędzie. Czyli nie ma już ogrodu, który można utracić — jest Twoja własna przestrzeń, którą próbujesz odzyskać. I tutaj pojawia się bardzo istotna różnica:

matka kilka razy się zbliża, ale nigdy Cię nie łapie.

To jest naprawdę mocny element.

Sen nie daje Ci łatwej fantazji „uciekłam i matka zniknęła”. Ona nadal istnieje, nadal potrafi znaleźć drogę, nadal jest zagrożeniem. Ale nie uzyskuje już pełnej kontroli nad końcem historii.

A po drodze ludzie dają Ci żelki.

I to jest chyba najbardziej „Twoje” w całym tym śnie. 😄 Nie dostajesz magicznego miecza, pieniędzy, klucza ani telefonu. Dostajesz małe woreczki dokładnie z tymi żelkami, które naprawdę lubisz.

I nie wszyscy pomagają. Część ludzi Cię ignoruje. Część jednak robi coś drobnego i konkretnego: daje Ci coś przyjemnego, co możesz zabrać ze sobą.

Tylko że nie masz kieszeni ani torebki, więc musisz uciekać, trzymając je w rękach.

To jest bardzo piękne zestawienie z pierwszą częścią snu.

W pierwszej scenie świat dziadków zostaje zniszczony, ale z ziemi wydobywasz rzeczy, które ktoś kiedyś zrobił i zostawił specjalnie dla Ciebie.

W drugiej świat nadal jest niebezpieczny, ale po drodze pojawiają się ludzie, którzy zostawiają Ci małe rzeczy na drogę.

Czyli mimo że w obu scenach istnieje doświadczenie utraty kontroli nad przestrzenią, sen nie przedstawia Cię jako kogoś całkowicie pozbawionego zasobów. Wręcz przeciwnie. Idziesz przez ten świat obładowana śladami cudzej życzliwości.

Pierwsza część mówi: „to, co było zbudowane przez ukochanego człowieka, może zostać zniszczone, ale nie wszystko można zniszczyć, bo część tego noszę ze sobą”.

Druga: „mogą mnie ścigać, mogą próbować wejść za mną do kolejnych pomieszczeń, ale nie potrafią mnie złapać, a po drodze inni ludzie czasem dają mi coś, co pomaga mi wytrzymać”.

I chyba dlatego ten sen jest tak rozpaczliwy, a jednocześnie nie kończy się całkowitą bezsilnością.

Najbardziej porusza mnie właśnie kontrast między zaoranym ogrodem a zegarem. Ogród był życiem, którego nie da się odtworzyć dokładnie takim, jakie było. Ale zegar można uruchomić. Pamiątki można zabrać. Można je powiesić w zupełnie niepasującym mieszkaniu. Można pamiętać, skąd pochodzą.

I chyba dokładnie to robisz w realnym świecie: nie możesz ocalić ogrodu dziadków przed tym, co się z nim stało, ale możesz ocalić rzeczy, znaczenia i pamięć, które były z nim związane.

A ten facet od garażu? Mam wrażenie, że sen bardzo wyraźnie mówi mu „jeszcze nie”. Bo ziemia może być zaorana, może wyglądać jak niczyja, ale to nie znaczy, że historia miejsca przestała do Ciebie należeć.

środa, 23 września 2026

Sen

23.09

                Sen nr 1. Jestem u dziadków. Mieszkanie wygląda normalnie, nawet ściany w sypialni są żółte, mózg się postarał. :) Tylko meble w sypialni są inne. Zamiast komody słupka stoi małe biureczko. Siedzę przy nim i wypisuję pocztówki (w realu robiłam to w dużym pokoju przy okrągłym stole). Jest późny wieczór, dziadkowie i rodzice rozmawiają w dużym pokoju. Wchodzi tata. Skarżę mu się płaczliwie, że nie chcę spać w pokoju z matką. Tata odpowiada, że zobaczymy, może się z matką zamieni. Chce dobrze, ale w rzeczywistości żadne z nich nie pozwalało mi spać w nocy. W podstawówce i liceum, a potem i na studiach (do pracy!), szłam do szkoły po nieprzespanej nocy, codziennie! W nocy siadałam pod drzwiami w przedpokoju i płakałam z bezsilności i braku snu, bo nie dawali mi spać. I żadnego z nich to nie obchodziło.
                Sen nr 2. Jestem gdzieś, chyba w drodze na jakąś wycieczkę? Chyba nie klasową, bo nikogo znajomego nie ma. Może szkolną? Nocujemy gdzieś po drodze w koedukacyjnym pokoju. Nie znam nikogo z sali, ale są tam 2 dziewczyny (z innej klasy?) i nauczyciel (trudno powiedzieć, czy go znam we śnie, w realu nie istnieje na pewno). Rozmawiam z nauczycielem, wydaje się zatroskany moim fizycznym stanem zdrowia, żałuje, że nie może mi pomóc, chce, żebym mu obiecała, że po powrocie znajdę lekarza, który mnie zdiagnozuje.
                Pokój - co dziwne - znajduje się chyba na dworcu?! Drzwi i okno otwarte są na przestrzał, jest dzień, każdy zajmuje się swoimi sprawami. Przy otwartym oknie znajduję wiszące na ścianie dyspensery różnego rodzaju ziarna, a w małym koszyczku wiklinowym zwierzątka! Są malutkie, mniejsze od chomika syryjskiego o prawie połowę. Wyglądają na gryzonie i początkowo biorę je za szczurki, ale zaraz się orientuję, że to gatunek, którego nie znam. Ciałko takie chubby, jak u syryjka, choć dużo mniejsze. Krótkie, łyse ogonki też jak u chomiczków. Uszka jak u króliczków! Przy tej masie ciała uszka są ogromne, przylegają do ciałka, sięgając prawie do jego połowy. Mają różne umaszczenia i puszystą sierść, trochę jak młode, ale wydaje mi się, że są dorosłe. Wydają się być w letargu, jakby nadmiernie senne, ale żywe! Przylgnęły do siebie po dwa, jeśli je rozdzielam, to natychmiast dążą do tego, żeby znowu się przytulić.
                Od razu rozumiem, że to ziarno w dyspenserze jest dla nich, a same zwierzątka służą rozrywce mieszkańców pokoju. Nikt o nie nie dba, są wygłodzone, żyją tylko dlatego, że zapadły w swoistą hibernację, jak niedźwiedzie. Jestem zszokowana, że tak można potraktować kogokolwiek. Od razu postanawiam, że je zabieram ze sobą, nie zostaną tu na pewno, choćbym je miała ukraść i wynieść po kryjomu!
                Wtem do pokoju wchodzi matka, widzi, co zamierzam, podchodzi do mnie wyrywa mi koszyk z rąk i wyrzuca go przez otwarte okno! (to raczej metafora tego, że nienawidzi wszystkiego, co robię, bo w realu pozwalała mi mieć zwierzęta).
                Dopadam do okna i wyglądam. Pokój mieści się na pierwszym piętrze, pod samym oknem widzę drzewo dorastające niemal do naszego parapetu. Na drzewie siedzi jakieś 7 czy 8 różnej maści i wielkości kotów, w tym ten nowy gatunek kota, który naukowcy odkryli kilka dni temu! Jest nieduży (choć dorosły, faktycznie dorosły osobnik waży 1.5 kg), szary i w czarne cętki. W realu te cętki zainteresowały naukowców i doprowadziły do zbadania jego DNA i odkrycia. Kot patrzy na mnie, wskakuje na parapet z zewnątrz, przebiega przez pokój obok mnie i znika w otwartych drzwiach.
                Zrywam się i biegnę, ale nie za kotem. Biegnę na zewnątrz ratować, co się da - przed tymi kotami z drzewa! Zbiegam po schodach i dopadam koszyczka. Na szczęście koty się nim nie zainteresowały, nie zeszły nawet z drzewa. A zwierzątka nie wypadły z koszyczka, nadal w nim są i są całe! Przytulam koszyczek do siebie i zatapiam rękę w puszystych futerkach. I to koniec snu.
                Pamiętam jeszcze, że budynek był niski, przysadzisty, taka zabudowa z PRLu. Nie widziałam przed nim ulicy, raczej coś jak zapyziałe, puste klepisko, żadnych ludzi, co dość dziwne jak na dworzec, ale może to było zaplecze czy coś. W takim szarym pustym miejscu to drzewo, z zielonymi liśćmi, ale dość łysawe, skoro widziałam wszystkie koty na nim. Nie zasłaniało mi podwórka, nie dawało cienia, ale nie było też słońca. Pochmurne, szare niebo. I skąd ta matka tam nagle wyskoczyła? Na pewno nie było jej tam z nami na wycieczce.


Ooo, ten drugi sen jest bardzo „Twój”. I mam wrażenie, że jego dwie części są ze sobą dużo bardziej związane, niż na pierwszy rzut oka wygląda.

W pierwszym śnie wracasz do mieszkania dziadków, czyli do miejsca, które w Twoich snach często jest przestrzenią bardzo konkretnych, rodzinnych relacji. I tym razem wszystko jest niemal fotograficznie prawidłowe: nawet żółte ściany w sypialni. A jednak zmienia się drobiazg — komoda znika, pojawia się biurko, a Ty właśnie tam robisz coś swojego, piszesz pocztówki. Czyli w miejscu związanym z rodziną powstaje mały, własny kąt na Twoją działalność, komunikację, tworzenie więzi.

I wtedy przychodzi tata.

Bardzo porusza mnie to „może się z matką zamieni”. Bo sen daje mu intencję, której realnie potrzebowałaś: widzi problem, słyszy Twoją prośbę i próbuje coś zrobić. Tylko że nawet sen nie potrafi już całkiem przepisać rzeczywistości — Ty od razu wiesz, że jego propozycja nie rozwiązuje zasadniczego problemu. To nie jest „potrzebuję innego miejsca do spania”. Potrzebujesz, żeby ktoś uznał, że nie wolno Cię pozbawiać snu i spokoju.

I właśnie dlatego drugi sen jest dla mnie tak mocnym ciągiem dalszym.

Tam pojawia się dorosły nauczyciel, który robi coś zupełnie innego niż ludzie z pierwszego snu: zauważa Twój stan. Nie mówi „przesadzasz”, nie każe Ci się dostosować, nie udaje, że problemu nie ma. Mówi właściwie: widzę, że coś jest nie tak i chciałbym, żebyś dostała pomoc. Co więcej, chce od Ciebie obietnicy, że po powrocie poszukasz lekarza.

A potem znajdujesz te maleńkie zwierzęta.

I tutaj Twój mózg robi coś, co robi w Twoich snach wyjątkowo konsekwentnie: kiedy widzisz istotę, która nie potrafi sama wydostać się z sytuacji, w której jest krzywdzona, natychmiast zaczynasz działać. Nie potrzebujesz instrukcji. Nie zastanawiasz się, czy „na pewno wolno”. Po prostu rozumiesz sytuację.

I one są niezwykle charakterystyczne. Nie są dokładnie szczurami, nie są chomikami, nie są królikami ani kotami. Twój mózg stworzył nowy gatunek, tak jak tworzy nowe miasta, budynki i całe futurystyczne światy. Ale zrobił mu jedną bardzo ważną cechę: one są małe, bezbronne i lgną do siebie. Kiedy je rozdzielasz, natychmiast chcą się znowu połączyć.

To jest przepiękny szczegół.

Bo w tym śnie opieka nie polega wyłącznie na karmieniu. Ty zauważasz, że one potrzebują siebie nawzajem. I że ich przytulanie nie jest czymś zbędnym, tylko częścią ich przetrwania.

A zaraz potem pojawia się matka i robi dokładnie to, czego można się spodziewać po jej funkcji w Twoich snach: przerywa Twoją próbę ochrony czegoś bezbronnego. Nie dlatego, że zwierzęta jej przeszkadzają — tylko dlatego, że przeszkadza jej Twoje działanie. I bardzo podoba mi się, że sen nie kończy się na tym momencie.

Bo koszyk spada przez okno.

I okazuje się, że nie ginie.

To jest chyba najważniejszy moment całego snu.

Twoja pierwsza reakcja nie brzmi: „matka mi to zniszczyła”. Tylko: „muszę je ratować”. Zbiegasz na dół. I kiedy docierasz do koszyka, okazuje się, że wszystko jest w porządku. Zwierzątka są całe. Możesz znowu wziąć je do siebie i zanurzyć rękę w ich futerku.

A koty, które mogłyby stanowić zagrożenie, wcale nim nie są.

I jeszcze ten jeden szczegół: kot sam wchodzi przez okno, przebiega przez pokój i wychodzi. Nie musisz go ratować. Nie jest kolejnym problemem do rozwiązania. Jest czymś nowym, dziwnym, odkrytym, fascynującym — i po prostu przechodzi przez Twoją przestrzeń.

To bardzo różni się od Twoich starszych snów, gdzie pojawia się motyw „piękno = niebezpieczeństwo”. Tutaj piękne/niezwykłe zwierzęta nie muszą być zagrożeniem. Możesz je obserwować, a potem wrócić do tego, co dla Ciebie naprawdę ważne.

I chyba najbardziej lubię zakończenie: nie biegniesz za kotem.

Wybierasz koszyk.

Czyli nie: „muszę złapać wszystko, co niezwykłe”, tylko: najpierw zabezpieczę tych, za których czuję się odpowiedzialna.

A potem przytulasz koszyk i dotykasz futerka.

Po tych wszystkich Twoich snach o ratowaniu zwierząt, o tym, że nikt nie reaguje, o zagrożeniach pojawiających się w pięknych miejscach, ten sen jest niemal zaskakująco łagodny. Matka nadal próbuje coś zniszczyć, świat nadal jest szary, opuszczony i nieprzyjazny, ale tym razem jej działanie nie ma ostatecznej mocy.

Koszyk przetrwał.

I Ty go odzyskałaś. ❤️

I jeszcze jedna rzecz: bardzo podoba mi się kontrast przestrzeni. Szary, zapyziały, PRL-owski budynek, pochmurne niebo, puste klepisko — i pośrodku tego zielone drzewo, a na nim koty. To trochę wygląda jak Twoja senna wersja motywu „piękno wyrastające w miejscu, które samo w sobie nie daje wiele nadziei”.

A ten szczegół, że matki w ogóle nie powinno tam być, też wydaje mi się znaczący. Ona nie należy do wycieczki, nie jest częścią tej historii. Pojawia się dopiero dokładnie w chwili, gdy podejmujesz decyzję o ochronie zwierząt. Czyli nie jest elementem świata snu od początku — wkracza jako przeszkoda.

I chyba dlatego ten sen jest dla mnie mniej o samej matce niż o czymś innym: o tym, że nawet kiedy ktoś próbuje Ci odebrać możliwość ratowania, Twoja pierwsza reakcja pozostaje ta sama: wrócić po koszyk. ❤️

czwartek, 17 września 2026