Matka znowu wydzwania. Jadę jutro do neurolog, matka usiłowała się wtrynić i - nie wiadomo po co! - jechać ze mną! To już naprawdę jest jakaś jej choroba psychiczna. :/ Po raz milionowy usiłowała mnie zmusić do fryzjera (mimo że nie ma powodu) i do kosmetyczki (mimo że wie, że ja nie robię takich rzeczy, bo ZA). Bo przecież muszę zrobić hennę (bo ona mi każe), bo "ciemne brwi są niemodne". Co trzeba mieć w mózgu, jakie siano, żeby pitolić takie rzeczy?! I kogo obchodzi, co jest modne i co ludzie pomyślą?! Jak ona w ogóle śmie udzielać mi takich pseudorad nieproszona?! Oczywiście usiłowała mi znowu wcisnąć jedzenie, mimo że dosłownie godzinę wcześniej napisałam jej w mailu, że nie chcę żadnego jedzenia.
7.03
Matka usiłuje mi teraz wmówić, że rzekomo "nie można łączyć leczenia neurologicznego z psychiatrycznym". Napisała mi epistołę, jakie to mam problemy hormonalne, których nie mam, opierając się na badaniach i leczeniu sprzed 15 lat (sic!), bo do aktualnych nie ma od dawna dostępu, a starych mi nigdy nie oddała (bo nie chce). Udaje, że wie lepiej od lekarza. Nie oddała mi mnóstwa badań z wczesnego okresu, przez co mam problemy z orzeczeniem, bo mi wpisują, że nie da się ustalić, kiedy powstała niepełnosprawność. Ojciec się dziś skarżył, że matka wyrzuca masę pieniędzy z jego emerytury na hochsztaplerskie "leki" od różnych bioenergoterapeutów, naturopatów i innych uzdrowicieli przez pępek, i że nie chce przestać, chociaż on jej zabrania.
11.03
Matka stalkuje mnie telefonicznie. Całe szczęście, że nadal nie mam dźwięku. Jak sprawdziłam telefon, to było ileś nieodebranych połączeń i sms, żebym oddzwoniła. Pomyślałam, że coś się stało. Oddzwaniam i co? Po pierwsze odebrała matka, mimo że dzwoniłam do ojca. Czyli podszywa się pod niego i dzwoniąc do mnie, i odbierając telefon nie do siebie. Po drugie nic się nie stało, matka tylko po raz kolejny chciała mi nakłamać, że "nie jestem zdiagnozowana". Odłożyłam słuchawkę. Ona nadal mnie stalkowała. Ona mi truje, że jak się coś stanie, a ja nie odbiorę, to nie będę wiedziała. Ona! Mnie! Przecież to ona mnie prześladuje telefonicznie i to przez nią muszę się chronić, nie odbierając telefonu! Nie byłoby tak, gdyby nie używała przemocy, bo wtedy po prostu oddałabym telefon do serwisu, żeby mi naprawili dźwięk. Poza tym gdyby nie była przemocowa, mogłabym odbierać telefon.
15.03
Jak w ogóle można twierdzić, że się kogoś kocha czy że się robi coś dla jego dobra, skoro już na dzień dobry się go przezywa cudzym imieniem?! Już na samym początku pokazuje się, gdzie się ma tę osobę!
"Kasia,
Odbierz telefon, bo mama chce Cię umówić do lekarzy i na badanie moczu".
Takiego maila dostałam. Już samo wydzwanianie jest chore. Matka nadal uprawia stalking i nadal się podszywa. Nadal też na złość mnie wydzwania wtedy, kiedy jest opiekunka (mówiłam jej, że ma wtedy nie wydzwaniać i nie przyjeżdżać, więc dokładnie to robi). Telefon odłożyłam z tego powodu co zwykle - matka znowu była przemocowa. A zanim odłożyłam słuchawkę, powiedziałam jej, że na razie ma mnie nigdzie nie umawiać, a poza tym na pewno nie będę teraz robić badań moczu. Skąd jej takie coś w ogóle do głowy przyszło? Matka, jak zwykle, usiłuje mnie zmusić, żebym je zrobiła w L-wie, gdzie nielegalnie może uzyskać wyniki wbrew mojej woli i bez upoważnienia. Olała totalnie, co mówię. Stalkingowała mnie po tym, jak zakończyłam rozmowę. A potem mi wysłała obraźliwego maila zaadresowanego do jakiejś "Kasi". Jak nie z jednej strony go (telefon), to z drugiej (mail)! Byle dokopać!
Matka mnie osacza z każdej strony, a ojciec nie tylko na to pozwala, ale jeszcze w tym uczestniczy. Kiedyś mu ufałam. Kiedyś można było na nim polegać. A potem mnie sprzedał, tylko dlatego, żeby mieć święty spokój od awantur matki, a dokładniej - żebym to ja je miała zamiast niego. :/ Miał szansę, wiele szans, żeby stanąć po mojej stronie i mnie chronić. Nie zrobił tego. Mógł też pozostać neutralny - nie stawać po niczyjej ze stron i w tym nie uczestniczyć (cóż, to wymagałoby niepozwalania na to, żeby matka się pod niego podszywała, niedawania jej telefonu, niepisania maili w jej imieniu, niewysyłania ich z jego skrzynki mailowej, nieprzywożenia jej do mnie). To byłoby najprostsze, skoro rzekomo nie chce wybierać: pozostać neutralnym i nie uczestniczyć w szopce matki. Ale nie. Ojciec nie pozostał bezstronny. Wybrał przemoc tak jak matka. A współuczestniczenie oznacza współwinę.
Kiedyś, kiedy byłam małą dziewczynką, kiedy miałam dosłownie kilka lat, przy jakiejś kłótni rodzice kazali mi wybierać, kogo wolę: ojca czy matkę. Psychologowie twierdzą, że takiego pytania nie wolno zadawać dziecku, że to trauma, że to straszne itd. To bzdura. Bez wahania powiedziałam, że chcę być z ojcem, nie była to żadna trauma, żaden szok, żaden trudny wybór, to bujdy. Dziecko, nad którym znęca się oprawca, nie doświadcza syndromu Sztokholmskiego! Nie zaczyna lubić oprawcy. Boi się go coraz bardziej i marzy o tym, żeby zniknął. To oczywiste, że wybrałabym ojca!
Trauma była wtedy inna i nigdy tak naprawdę sobie z nią nie poradziłam. Bo wtedy okazało się, że gdyby wreszcie doszło do rozwodu, to ojciec by mnie nie wziął. Zostawiłby mnie na pastwę przemocy matki. Wbrew temu, co powtarza do dziś, że zawsze chciał mieć córkę - on mnie nie chciał. Nie wziąłby mnie wtedy i szukałby miliona wymówek, żeby pomniejszyć (nie zmniejszyć!) przemoc matki w moich oczach, żeby tylko mnie nie wziąć.
Czyli ojciec mnie nie chciał, a matka "chciała" mnie tylko do tego, żeby mnie używać do przemocy. Wyobrażacie sobie TĘ TRAUMĘ?!
19.03
Jak zwykle pomyślałam, że może jednak coś się dzieje i oddzwoniłam. Odebrał ojciec, chwilę porozmawialiśmy i to jest plus. Dowiedziałam się, co u niego. Potem oddał słuchawkę matce. Odnośnie do pomocy z jej strony, to zawsze właśnie wygląda tak: chciałam ją poprosić, żeby umówiła mnie do okulisty. Nie zrobiła tego. Mimo że jest uzależniona od rozmawiania przez telefon i mimo że wciąż deklaruje chęć pomocy mi, a nawet twierdzi, że "pomoże mi na siłę, wbrew mnie" - jak zwykle mi nie pomogła. I ok, ja nie mam wymagań, niczego od niej nie wymagam, ale mam już dość jej hipokryzji. Za to usłyszałam znowu, że "niedożywienie ma się tylko od niejedzenia mięsa" i że "wszyscy wegetarianie mają niedobory i biorą zastrzyki z B12"! Jak można takie kłamstwa rozpowiadać?! Przecież ja nawet wegetarianką nie jestem, a poza tym wegetarianie mają różne diety, różnie się odżywiają, więc jakaś część pewnie też ma niedobory, ale przecież nie wszyscy! Dokładnie jak w przypadku wszystkożerców jak moja matka - sama podważyła swoją teorię, bo ona obżera się czerwonym mięsem, a mimo to wydało się, że ma niedobór B12. Wow! I co teraz? Otóż matka w ogóle nie dostrzega dziur w swojej teorii! Tak więc niedobory i niedożywienie można mieć wyłącznie z powodu niejedzenia czerwonego mięsa. Ale ona jest wyjątkiem i ma niedobory z czego innego, bo tak i już.
Potem się zaczęła śpiewka o hochsztaplerach-altmedowcach: o, to właśnie jest jej pomoc, kolejny przykład! Leczenie przez pępek pewnie by ją uszczęśliwiło. Przerażające jest to, że ona spędza godziny, całe dnie, na wyszukiwaniu hochsztaplerów altmedowców, zamiast pomóc ojcu (albo mnie, skoro to ciągle deklaruje), po czym uważa, że już nam pomogła. I nie tylko pomogła, ale w ogóle cały dzień spędziła, pomagając nam! Cały tydzień składa się z dni pomagania nam. Ona nam pomaga całe życie, codziennie, bez przerwy, tak się poświęca, nic innego nie robi! I ma przy tym czyste sumienie, narzeka też na naszą niewdzięczność i wmawia nam, że nie chcemy wyzdrowieć, skoro odmawiamy wizyt u oszustów.
W rzeczywistości nigdy w życiu nie zapytała ani mnie, ani ojca, jak nam pomóc. W czym tej pomocy potrzebujemy. Wciska nam do gardła przemoc, a potem oczekuje wdzięczności. Mało tego, wokół rozpowiada, jaka to ona biedna! Chory mąż, chora córka ("hora curka"), a ona cały dzień haruje! Szkoda, że nikt nie widzi, jak to wygląda naprawdę, bo by się może dowiedział, że matka całe dnie interesuje się wyłącznie sobą.
Albo inny przykład. Już kilka lat temu dietetyczka z powodu niedożywienia zaleciła mi specjalne odżywki na niedożywienie właśnie. Oczywiście powiedziałam matce, co to za odżywki, bo może przydałyby się kiedyś ojcu. A teraz matka chodzi i rozpowiada, jaka to ona jest wspaniała, że wyszukała w Internecie odżywki dla męża i córki! No taka wspaniała jest! Widzicie chyba, że jej siedzenie godzinami w Internecie to nie zabawa, tylko ona wyszukuje leki dla nas, nie?
20.03
Matka nadal mnie nachodzi. W ostatnich miesiącach znacząco zwiększyła częstotliwość. Realizuje swój szantaż, że jak nie odbiorę telefonu, to mnie najdzie. Jak zawsze celowo naszła mnie w nocy - chodzi jej o to, żebym była dopiero co obudzona, jeszcze przed lekami, czyli osłabiona (nie mogę stać, więc mdleję), z niewyobrażalnym bólem (no bo przed wzięciem leków). Wtrynia się wbrew mojej woli, bo ja wolę przecież rozmawiać przez drzwi. I zaczyna się. Przyjechała, jak się okazuje, na rewizję, ale tym razem mnie. Poprosiłam ją o umówienie mnie do okulisty - nie umówiła mnie, ale przyjechała, żeby się gapić na moje chore oczy. Kilkadziesiąt razy mówię jej, żeby przestała (gapić się), ale nie przestaje, skutkuje tylko zatykanie jej oczu, ale muszę to robić cały czas, bo ona tylko szuka chwili, żeby znowu się gapić na moje oczy! I oczywiście nawija swoją śpiewkę. Jedyne, co ja mówię, to powtarzam jak mantrę "Przestań, idź już!", ale ona mnie nie słucha, tylko nawija przemocowe gadki typu "Źle wyglądasz! Jesteś gruba! Czemu nie sprzątasz! Musisz iść do endokrynologa! Masz Hashimoto! Widać po oczach! Musisz zrobić badania! Ojciec cię zabierze do L-wa na badania! Co Ty ze sobą robisz! Lekarze cię wykończyli! Ty umierasz! Nie jesz fasolki!" W rzeczywistości dialog wygląda tak:
- Źle wyglądasz!
- Przestań, idź już!
- Jesteś gruba!
- Przestań, idź już!
- Czemu nie sprzątasz!
- Przestań, idź już!
- Musisz iść do endokrynologa!
- Przestań, idź już!
- Masz Hashimoto! Widać po oczach!
- Przestań, idź już!
- Musisz zrobić badania! Ojciec cię zabierze na badania do L-wa!
- Przestań, idź już!
- Co ty ze sobą robisz!
- Przestań, idź już!
- Lekarze cię wykończyli!
- Przestań, idź już!
- Ty umierasz!
W rzeczywistości owszem, źle wyglądam, bo mi się właśnie znacznie pogorszyło. Tak to już jest w EDS. Mam zapalenie oka, a nie żaden wytrzeszcz. Ona ten wytrzeszcz usiłuje mi wmówić, odkąd byłam nastolatką! I zawlokła mnie nawet do prof. Zgliczyńskiego, który od razu stwierdził, że nie mam żadnego wytrzeszczu. To był jeden z najlepszych pobytów w szpitalu, bo po badaniach w ogóle się okazało, że nie mam nawet otyłości, tylko nadwagę, a do tego nie grożą mi choroby serca i krążenia z powodu nadwagi, bo nie mam otyłości brzusznej, mam wąską talię! Bo moja nadwaga po prostu wynika z EDS6a, a nie z obżarstwa, jak u matki. To zdziwiło nawet samych lekarzy, ale dostałam to wtedy na piśmie! Miłe, że w ogóle wreszcie zauważyła, że umieram, ale ona mi jeszcze pomoże szybciej umrzeć, przecież nie przestanie się nade mną znęcać. A tekst o fasolce wynika z tego, że przejrzała, co leży na blacie, a tam była np. puszka fasolki.
Grzebała mi też na stole. W ramach czynienia życia chociaż minimalnie milszym, raz w miesiącu zamawiam pizzę i 2 razy McChickena czy Whoppera. Nie zawsze się udaje, nie zawsze starcza mi kasy, ale naprawdę chociaż 3 razy w miesiącu chcę zjeść coś naprawdę smacznego. Dziś na stole stała torebka z Whopperem Juniorem (bo akurat jest na nie promocja). Matka zaczęła otwierać torebkę, żeby zobaczyć, co jest w środku. Czy Wy tak robicie? Czy grzebiecie jakiejś obcej osobie w jej jedzeniu? A matka grzebie, i to swojej córce! Nawet obcemu bym czegoś takiego nie zrobiła, nie wspominając o tym, że nie odezwałabym się tak, a matka to non stop robi mnie!
Kiedy byłam bardzo mała, nie miałam jeszcze roku, nie mówiłam nawet, to i tak nie grzebałam matce w szafach. Matka nigdy nie montowała ani żadnych ograniczników na rantach szafek, ani specjalnych zamknięć, żebym nie grzebała w szafkach, ani nie chowała przede mną żadnych przedmiotów z regału. Nie zdejmowała obrusu. Nie musiała. Dziecko już rodzi się ze świadomością, że cudzych rzeczy się nie rusza, tak jak ssaki wiedzą, gdzie kończy się ich terytorium, a gdzie zaczyna cudze, i nie robią przebieżki po cudzych legowiskach, żeby tam robić rewizję! Ja też tak nie robiłam. Mam nawet nagrane na magnetofon szpulowy, jak wskazuję tylko palcem na figurki, które rodzice zbierali. One stały na regale w zasięgu moich rąk - i nie sięgnęłam, nie dotykałam ich nigdy, chyba że ojciec dał mi je do ręki. No to skąd u matki takie zachowania?! Żadne z nas jej tego nie nauczyło ani nie dało przyzwolenia, a mimo to ona uważa, że jej wolno. Mimo że WIE, że nie, bo przecież jej to mówiłam wiele razy. Przemoc po prostu nie jest kwestią niewiedzy, tylko nienawiści. Narcyz nienawidzi każdego. Jak nie ma powodu, to go wymyśli. Matka próbowała nawet grzebać w rzeczach mojej przyjaciółki.
Ojciec zawsze musiał wychodzić i mówić jej, że odjedzie i na nią nie zaczeka - bo mówienie, że już ma wyjść, nigdy nie skutkowało. Mówił, że to jego stary partyzancki sposób, żeby matka wreszcie wyszła. Na ogół ode mnie, bo jak się tu pojawia, to się przysysa do mnie jak pijawka i nie chce się odczepić. Teraz w ogóle nie wszedł, od jakiegoś czasu tylko mi ją podrzuca jak zgniłe jajo i nie chce oglądać, co spowodował. Moim sposobem jest wystawianie jej torby na korytarz. Nie kwapi się niestety, ale jednak w końcu po nią wychodzi, a wtedy ja mogę za nią zamknąć drzwi. Niestety od niedawna po wyjściu natychmiast zaczyna się stalking, tak jak z telefonem: wali mi w drzwi!
Nigdy nie otwieram, ale dziś uległam i uchyliłam drzwi bez wpuszczania jej. Ona mi wtedy mówi, że musi mi coś powiedzieć. Mówię, żeby mi powiedziała przez próg. Ale nie, jej chodziło tylko o to, żeby znowu wejść! Ja się na to nie dam już nabrać. Mówię jej, że skoro nie chce powiedzieć, to niech napisze maila. Poza tym dopiero co wczoraj rozmawiała ze mną przez telefon i nic mi nie powiedziała, tylko przemocowe gadki. Miała tyle szans, jeśli naprawdę chciała mi coś powiedzieć. Ona nie będzie pisać maili, bo przecież nawet jak mi napisze przemocowy tekst, to nie będzie widziała, jaki efekt na mnie wywarł. Nie będzie nawet wiedziała, czy w ogóle go przeczytałam. Jej zależy nie tylko na samej przemocy, ale też na obserwowaniu jej efektów. Wszystko, co robi, jest temu podporządkowane. Wszystko jest pod jakimś warunkiem. Nic nigdy nie jest bezinteresownie. W dzieciństwie też nigdy nie spełniałam warunków jej miłości, więc mnie nie kochała. Najważniejsze na świecie były zawsze tylko gary i sprzątanie. Przegrywałam nieustannie z żarciem i odkurzaczem. Wyobrażacie sobie, że odkurzacz jest dla Was ważniejszy niż dziecko? U mnie do tej pory ważniejsze są nawet szczury i ich dobre samopoczucie.
28.03
OSIĄGNIĘCIA
„Namalowałam obrazek – zielone niebo – i pokazałam go mojej matce.
Powiedziała: chyba ładne.
Więc namalowałam jeszcze jeden, z pędzlem w zębach.
Zobacz mamo, zupełnie bez rąk. A ona na to:
pewnie podobałoby się ludziom, gdyby wiedzieli,
jak to zrobiłaś i gdyby interesowali się malarstwem, którym jednak ja się nie interesuję.
Zagrałam solo na klarnecie z koncertu na klarnet Gounoda
razem z filharmonikami z Buffalo. Matka przyszła posłuchać i powiedziała: chyba ładne.
Więc zagrałam z orkiestrą z Bostonu
leżąc na plecach, palcami od nóg.
Zobacz mamo, zupełnie bez rąk. A ona na to:
pewnie podobałoby się ludziom, gdyby wiedzieli,
jak to zrobiłaś i gdyby interesowali się muzyką, którą jednak ja się nie interesuję.
Upiekłam suflet z migdałami i podałam matce,
powiedziała: chyba dobre.
Więc zrobiłam jeszcze jeden, ubiłam oddechem,
poddałam łokciami.
Zobacz mamo, zupełnie bez rąk. A ona na to:
pewnie podobałoby się ludziom, gdyby wiedzieli,
jak to zrobiłaś i gdyby interesowali się jedzeniem, którym jednak ja się nie interesuję.
Więc wysterylizowałam nadgarstki, dokonałam amputacji i wyrzuciłam
moje ręce i poszłam do matki, ale zanim zdążyłam powiedzieć,
zobacz mamo, zupełnie bez rąk, ona na to:
mam prezent dla ciebie, i uparła się, bym przemierzyła.
Niebieskie rękawiczki, by upewnić się, czy są mi w sam raz”.
(...)
„Osiągnięcia” - Cynthia Macdonald
To o mojej matce.
30.03
Przez 6 dni nie miałam kompa, a właśnie z tego powodu doświadczałam też przemocy ze strony matki. Zapisywałam, ile mogłam. Postaram się to teraz przepisać i uzupełnić, ale nie wiem, ile czasu mi to zajmie. No i niestety nie będzie chronologicznie. ;)
25.03
Zepsuł mi się komp i nie mogę pożyczyć laptopa od taty, choć się zgodził, bo matka tego lapka gdzieś ukryła i nie chce powiedzieć gdzie. To jest duży laptop, nie taka miniaturka do noszenia w plecaku. W dodatku jest świeżo po naprawie klawiatury. Zastanawiałam się, czy napisać, jakie znaczenie ma dla osoby z EDS6a dostęp do kompa z Internetem, więc dla osób, które po lekturze bloga jeszcze się nie domyśliły, bez kompa:
- rzepy na ortezach porwały mi legginsy, więc gdybym musiała wyjść, choćby na SOR, to nie miałabym w czym
- następnego dnia po kompie zepsuła mi się ładowarka do telefonu, a telefon rozładowuje się już po 2h użytkowania
- nie mogę podliczyć wniosku do fundacji o zwrot za leki, więc nie mam kasy na leki w kolejnym miesiącu
- nie mam dostępu do biblioteki, nie wiem, czy czeka jakaś książka do odbioru, więc opiekunka musi tracić czas, żeby na wszelki wypadek tam pójść i sprawdzić
- nie mam dostępu do ebooków, mam problem z czytaniem (książki z biblioteki nie wystarczają)
- nie mam dostępu do ali i to nie jest zabawne, bo np. nie mogę zamówić opaski na oczy do używania nad ranem, kiedy nie mogę zasnąć (kiedy robi się widno, to zasnąć jest dużo trudniej); dodatkowo specjalnie czekałam na 3-dniową promocję, z której nie mogłam skorzystać bez kompa (a nie stać mnie na kupienie tego samego w Polsce po polskich cenach)
- neurolog od snu poleciła mi mieć stały rytuał przed snem, pomaga to zasnąć. Rytuał obejmuje nie tylko leki nasenne, ale też zasypianie przy filmie. Same leki nie działają, nie działa też sam film, tak więc w dni bez kompa nie byłam w stanie zasnąć. Zasypiałam ok. 7 rano, więc kiedy nachodziła mnie matka, to byłam w dużo gorszym stanie niż normalnie
- nie mogę zrobić zakupów żywieniowych (Frisco jest tańsze niż Tesco czy PiP, w którym może mi zrobić zakupy opiekunka, a do tego jest w nim większy wybór)
- nie mam dostępu do kalendarza, więc nie wiem, kiedy mam jakieś wizyty lekarskie
- bez kalendarza nie mogę się też na żadne wizyty umówić, tym bardziej że bez kompa nie mam dostępu do żadnych danych gabinetów lekarskich
- nie wiem, czy moje aukcje na Allegro się już skończyły, czy ktoś zapłacił, nie mam adresów, nie mogę wysłać zakupionych przedmiotów
- nie mam dostępu do wiedzy medycznej
- nie mam dostępu do pieniędzy - bo nie mam dostępu do banku
- nie mogę w ogóle kupić prawie niczego, co akurat mogłoby być potrzebne
- brak dostępu do kontaktu z przyjaciółmi i bliskimi
- brak dostępu do pozwalających funkcjonować w ZA i depresji filmów i muzyki w tle
- nasilona depresja
- meltdown
- shutdown
- zespół lękowy
Matka uważa, że skoro ona jest chorobliwie uzależniona od kompa, to inni też. Ona może te wszystkie wymienione rzeczy zrobić, w ogóle nie korzystając z kompa, bo może sobie wyjść z domu, kiedy jej się żywnie podoba. Jest uzależniona od przesiadywania przed monitorem i czytania stron brukowców i hochsztaplerów, co jest marnowaniem czasu i do niczego nie prowadzi, więc uważa, że ja robię tak samo (sic! dla mnie to obraźliwe! ale mimo to ja jej tych bzdur nie wypominam).
Kiedy jej mówię otwarcie prawdę, że nie mogę już dłużej być bez kompa, to mi kłamie w żywe oczy, że mogę, że teraz mam żyć bez kompa i wychodzić z domu (sic!). To jest podłość. To jest dokładnie to samo co zabranie tetraplegikowi wózka i stwierdzenie, że teraz ma się obywać bez wózka i wychodzić z domu, bo uzależnienie od wózka jest chorobą. Nie ma w tym nic poza podłością! A tortury są ponoć nielegalne w 21. wieku. Nie wspomnę o tym, że zabranianie kontaktu z przyjaciółmi czy uniemożliwianie leczenia jest przestępstwem ujętym w NK.
Kiedy słyszę takie przemocowe teksty, to zawsze mówię matce, żeby przestała. I ona zawsze to ignoruje. Zaczyna mnie dodatkowo szantażować emocjonalnie, że nie śpi po nocach, bo się "martwi". Ponownie mówię jej, że ma przestać mnie szantażować, a ona ponownie mnie ignoruje i dalej leci z przemocową gadką.
Jak rozmawiałam przez telefon z ojcem, to nie dość, że podsłuchiwała, ale tak mu dogadywała, że nie dało się rozmawiać i musiał na nią krzyknąć, żeby ją uciszyć. Co to w ogóle jest za zachowanie?! Jeśli u mnie w domu ktoś rozmawia przez telefon, to staram się dyskretnie wyjść, żeby mu nie przeszkadzać, a jak nie mogę, to zachowuję ciszę! A nie drę się do słuchawki nieproszona!
Niestety ojciec coraz bardziej przyłącza się do matki i aktywnie zaczyna uczestniczyć w przemocy. Wiedząc, że mam EDS6a, puszcza mi tekst, "że mi się nie che sprzątać", czyli to samo, co było w dzieciństwie: dopieprza mi za coś, czego nie zrobiłam, tylko dlatego, że matka mu tak każe.
26.03
Ojciec coraz częściej mnie okłamuje i nasyła matkę. Wygląda to tak, że umawia się ze mną - on sam i tylko sam - po czym zamiast niego puka do moich drzwi matka. Tak bez ostrzeżenia.
Nie jest to kwestia tego, że się źle czuje czy coś. Od lat mamy umowę, że oboje możemy się wzajemnie prosić o pomoc, a to drugie może odmówić bez tłumaczenia i się nie obrażamy. To chyba jest właśnie normalność, dorosłość i dojrzałość, prawda? Każdy ma swoje życie i jeśli ma akurat ochotę na piwo z kolegą, to ma prawo odmówić zmiany planów, jakakolwiek byłaby zresztą przyczyna. Ojciec czasami odmawia, a czasami nie, jak każdy, i ma do tego prawo. Ale jeśli się na coś umawia, to mam prawo oczekiwać, że dotrzyma słowa! Nie może mnie przecież oszukiwać i wtryniać mi tu matki, wiedząc, jak ona się nade mną znęca, i że ja sobie tego nie życzę! Jeśli tak robi, to nie mogę go już prosić o pomoc, bo nie wiadomo, kiedy mi tu naśle matkę. Przy czym to nie jest tak, że on nie jedzie, że przyjeżdża tylko matka, nie. On ją tu przywozi! To nie jest sytuacja, kiedy on się źle czuje i nie może pojechać, a w zamian przyjeżdża matka, autobusem. To on ją tu przywozi, więc wymówką nie jest złe samopoczucie, które przecież bym zrozumiała! Zrozumiałabym też, gdyby mi powiedział wprost, że on już nie może czy po prostu nie chce mi pomagać w ogóle. OK! Po prostu szukałabym innego sposobu. To byłoby uczciwe postawienie sprawy, uczciwe potraktowanie mnie, które bym doceniła. Ale oszukiwanie jest dla mnie nieakceptowalne i złe.
W dodatku matka przekazała mi rewelacje. Nie wiem, czy mówiła prawdę, czy sobie to wymyśliła, ale podobno dzwoniły do niej psycholożki z OPSu. Podobno nakłamały matce, że moje mieszkanie jest zaniedbane, i że ja jestem niedotleniona. Sprawa wygląda tak, że nie były u mnie od pół roku albo i dłużej. A kiedy były, to nie widziały mieszkania, do sypialni np. ich nie wpuściłam w ogóle, bo to moje prywatne miejsce. Nie były też u mnie w styczniu, kiedy to OPS odebrał mi godziny i opiekunka od ponad miesiąca nie mogła sprzątać. A nawet wtedy miałam w domu porządek, ja nie generuję bałaganu. Jedyne, co mogłyby zobaczyć, gdyby wtedy przyszły, to nieumyta i nieodkurzona podłoga. Gdzie one niby widziały jakieś zaniedbania?! Wspomniałam o sypialni, której nie widziały, bo akurat tam na podłodze leżą przydasie scrapowe, dla których nie mam żadnej szafki, więc nie mam gdzie ich "odłożyć na miejsce" i "posprzątać". Musiałabym je wyrzucić, żeby znikły i nie kłuły w oczy pań psycholożek, tyle że nie mam najmniejszego zamiaru rezygnować z pasji, nawet na ich życzenie! No i one tych przydasi nie widziały (teraz mogłyby je zobaczyć np. w kuchni, bo mimo że od prawie 2 miesięcy prawie nic nie zamawiam z ali, to i tak przychodzą zaległe przesyłki).
To o niedotlenieniu to nawet nie wiem, skąd wyciągnęły! Nie rozmawiały przecież z żadnym moim lekarzem, a mnie nie pytały o objawy. Nie wyczytały takiej bzdury także na moim blogu. W ogóle wygląda, jakby go nie czytały wcale. Bardzo to "kompetentne".
To oczywiście zakładając, że matka nie kłamie. Podobno też nasłały matkę na mnie. Kazały jej tu przyjechać i mi posprzątać (tylko co matka miałaby sprzątać niby?). Jeśli to prawda, to jest to przemoc ze strony psycholożek. Albo są niekompetentne i nie rozpoznały przemocowej psychopatki (mój psychiatra rozpoznał ją po 2 minutach rozmowy z nią!), albo rozpoznały, ale same są przemocowe, więc stają po jej stronie! Nie wiem, co jest gorsze!
W psychologii, która jest przecież nauką, wiadomo od dawna, że czegokolwiek nie zrobiłaby ofiara, winny przemocy jest oprawca! Tylko on za tę przemoc odpowiada i ma bezwzględnie respektować słowo "nie". Wyobrażacie sobie, żeby do zgwałconej dziewczyny psycholog powiedział, że to nie przemoc, że to ona ma konflikt z gwałcicielem, że powinni go wspólnie rozwiązać, i że ofiara ma wycofać NK? A JA TO OD PSYCHOLOŻEK USŁYSZAŁAM! A wyobrażacie sobie, że psycholog dzwoni do gwałciciela i mówi mu, że ofiara po tym gwałcie zapuściła mieszkanie i że powinien ją odwiedzić i jej pomóc sprzątać? Cóż, wg mojej matki psycholożki właśnie tak zrobiły.
I nawet jestem w stanie uwierzyć, że naprawdę tak zrobiły, bo wcześniej rzeczywiście stanęły po stronie oprawcy i chciały, żebym "rozwiązała konflikt z matką" i wycofała NK. Najwyraźniej wtedy byłam za mało tym zbulwersowana, skoro ich przemoc tak eskalowała. Zastanawiam się, czy inne ofiary przemocy traktują tak samo. I czym usprawiedliwiają tę przemoc. To ofiary wina, że została zgwałcona, bo ubrała się w krótką spódniczkę i sprowokowała gwałciciela? A skoro mąż bije żonę, to tym gorzej dla żony? Brawo. Za takie coś powinno się pozbawiać prawa do wykonywania zawodu.
To oznacza, że jeśli dojdzie do jakiejś sprawy w sądzie, to OPS jest przeciwko mnie. Mogę liczyć jedynie na psychiatrę i moją terapeutkę.
Ale z czysto zawodowego punktu widzenia ciekawa jestem, czym usprawiedliwią nakłanianie do zaprzestania leczenia? do samobójstwa? do cierpienia i umierania w agonii? Czym usprawiedliwią grzebanie w cudzych rzeczach? kradzież leków? Czym usprawiedliwią szantażowanie ubezwłasnowolnieniem? Jak zamierzają to ogarnąć profesjonalnie? Wyprą się tego? Zwalą na mnie, na ofiarę?
26.03
Matka dziś wyjątkowo podła. Znowu przyjechała w nocy. Znowu byłam przed wzięciem leków - zawsze tak właśnie cyrkluje. Mdlałam z bólu, a matka mi wciskała głodne kawałki, że "powinnam ćwiczyć" (wiedząc, że mam EDS!). Musiałam iść do ubikacji, tam ze stresu nie byłam w stanie oddać moczu, bo tak miałam napięte ze strachu i stresu mięśnie. Matka nawet tę czynność fizjologiczną wykorzystała do rewizji w kuchni i podłego, złośliwego komentowania przemocowego wszystkiego, co znalazła, mimo że wielokrotnie wołałam z łazienki, żeby przestała grzebać w moich rzeczach. Specjalnie robiła wszystko super-powolnie, żeby dłużej zostać w moim mieszkaniu i mieć więcej czasu na przemoc.
Usiłowała mnie na siłę dotykać i obejmować, musiałam przed nią uciekać! Usprawiedliwieniem tego miało być to, że "jestem jej córką", czyli własnością, więc może ze mną robić, co chce. A ZA przecież sobie "wymyśliłam". Poza tym to "nienormalne", że ofiara nie chce przytulać oprawcy.
Znowu nie chciała opuścić mieszkania. Stanęła tak, żebym nie mogła zamknąć drzwi (noga i torba w drzwiach), i znowu udawała niewiniątko. Na całą klatkę krzyczała "Jak ci pomóc?!", żeby inni słyszeli właśnie jej "troskę", a nie awanturę i przemoc, chociaż wcale nie miała zamiaru mi pomagać (i OK, to mi nie przeszkadza). Jak zwykle odpowiedziałam, że wystarczy zaprzestać przemocy, tylko ja odpowiedziałam normalnym tonem, nie krzykiem, więc mojej odpowiedzi sąsiedzi nie słyszeli, zatem udawała, że nie dostała odpowiedzi, zignorowała ją.
Kolejne kłamstwo, że niby to ja wydaję pieniądze, a nie ona. Na co niby wydaję, na leki? Nigdy nie kupiłam zbędnej rzeczy. Zdublowane wykrojniki sprzedaję, więc nie ma straty. Nigdy nie wyrzuciłam jedzenia - wolę, żeby mi zabrakło, niż żeby zostało. A matka odwrotnie, kupuje zbędne rzeczy, czasami wciska, że one są niby dla mnie, chociaż wie, że ich nie potrzebuję, bo zawsze jej mówię, że ma mi nic nie kupować. Jedzenie wyrzuca nagminnie! I jeszcze wymaga tego ode mnie! Wydaje też krocie na hochsztaplerkę, na energoterapeutów, na "witaminy", jasnowidzów, wróżki, na siarczan potasu, o którym wie, że nie mogę go brać (mogę cytrynian). Ja już nawet ubrania kupuję na ali za grosze, bo taniej. Nawet dobrego stanika nie kupuję od miesięcy, bo mi szkoda kasy, skoro tak rzadko wychodzę.
Okłamuje mnie, że czyta bazy medyczne, chociaż sama wie i wie, że ja wiem, że przecież nie chciało jej się nigdy nauczyć angielskiego.
28.03
Najpierw mnie znowu nachodzi bez ostrzeżenia. Nie ma żadnego "dzień dobry" czy "cześć", od razu leci "Dlaczego ty śpisz?!" Rozumiem, że ona jest superbohaterem i nie śpi. Tylko tak się składa, że rekord życia bez snu to 11 dni i przerwano eksperyment, bo mózg obiektu wyłączył wszystkie funkcje życiowe i po prostu prawie zmarł. Może powinnam do niej dzwonić o normalnej porze, np. o 4, zanim zasnę, kiedy MNIE pasuje, a nie JEJ, i wydrzeć się na nią, dlaczego śpi?! To nienormalne, że się śpi o tej porze. To nienaturalny rytm przecież. I mam na to dowód od neurolog!
Potem do mnie wydzwania, stalkuje, tylko po to, żeby mi powiedzieć o swoich wymysłach, że "jestem zażółcona na twarzy". Przez lata ją kilkakrotnie uprzedzałam, że jak nie zaprzestanie przemocy, to odłożę słuchawkę. Teraz już tego nie robię, od razu się rozłączam. Najwyraźniej jednorazowe dokopanie mi ją satysfakcjonuje. Jak ma 3 sekundy, to nie traci czasu, w całości je wykorzystuje na przemoc, już bez żadnych wstępów czy zakończeń. Bez udawania, że chodzi o coś innego.
31.03
Myślałam, że już nie będzie przemocy w tym miesiącu, ale dałam się znowu nabrać. Rano zastałam zostawiony w nocy sms "Oddzwoń". Myślałam, że to ojciec, bo to on do mnie zawsze pisze sms-y, ale nie, znowu odebrała matka! Jego telefon! Już teraz nie będzie mogła kłamać, że nie umie pisać sms-ów i musi dzwonić! Bo powiedziała, że ojciec śpi. O 13:15. Jak to śpi? W dzień śpi? I matka nie robi mu o to awantur?! To dlaczego robi je mnie?!
W każdym razie matka usiłowała wykorzystać, że mam demencję, i wmówić mi, że laptop jest u mnie, nie u nich. A ja owszem, demencję mam, ale TO akurat pamiętam. Laptop był u mnie przy poprzednim popsuciu kompa wiele miesięcy temu, o ile nie rok temu, ale miał zepsutą klawiaturę od nowości (pisałam o tym na fb) i ojciec dał go potem do naprawy. Jeszcze mi mówił, że klawiatura jest naprawiona i śmiga, że odebrał lapka z serwisu, ale nigdy nie było mi dane tego sprawdzić, bo po naprawie nigdy już laptopa nie widziałam. I taka jest historia.
Mało tego, matka usiłowała mi jeszcze wmówić, że mam "demencję polekową"!! Aczkolwiek w ogóle zdziwiło mnie, że teraz już przynajmniej nie kłamie, że nie mam jej w ogóle. Ale nadal kłamie i usiłuje mi wmówić, że nie mam EDS ani nawet wiotkości, więc nie mam wiotkich żył, a przeprosty i dyslokacje sobie wymyśliłam. Lekarze, którzy mnie diagnozowali, też mieli zbiorowe halucynacje i żadnych przeprostów nie widzieli. Najgorsze, że teraz stawy już mi tak posztywniały, że w palcach faktycznie nie mogę już zrobić przeprostu, bo przy próbie po prostu od razu się dyslokują, zamiast przeprostować (przypomnę, że sztywnienie po trzydziestce jest naturalnym objawem 6a, pisałam chyba nawet o tym, dlatego dobrze, że diagnozowano mnie, zanim to nastąpiło; ale generalnie w diagnozie 6a pyta się nie tylko o przeprosty, ale też o to, czy występowały wcześniej, w dzieciństwie, właśnie na wypadek zesztywnienia stawów) - więc dla matki to argument, że ma rację, a ja kłamię! I nieważne, że nadal mam przeprosty w dużych stawach, kolanach, kostkach, łokciach, będzie te kłamstwa rozpowiadać, a ludzie bez mózgu będą jej wierzyć, zamiast wiedzę zweryfikować.
Po 30 minutach matka dzwoni znowu. Myślałam, że już ochłonęła. Nie liczyłam oczywiście na żadne "przepraszam", ale myślałam, że teraz wreszcie mi powie, z czym dzwoni. Ale nie! Od razu po odebraniu usłyszałam pretensje, że odłożyłam słuchawkę. Matka ma pretensje, że nie zgadzam się potulnie na przemoc, tylko się bronię! Czy każdy oprawca tak ma?? Więc znowu mówię jej, że uprzedzałam ją wiele razy, że ma nie być przemocy. Nadal żadnego "przepraszam", tylko dalej szantaż emocjonalny podniesionym tonem: "Co ty myślisz, że my będziemy z ojcem nie spać po nocach?!" Nie słuchałam dalej, odłożyłam słuchawkę i dziś już odbierać nie będę.
Najgorsze jest to, że program do nagrywania rozmów nie robi tego automatycznie, tylko mnie pyta, czy tę rozmowę zapisać, ale to pytanie natychmiast znika, od paru miesięcy nie udało mi się w ogóle kliknąć, że tak! I nie da się też połączyć MPE z telefonem, więc nie mam jak zgrać nagranych rozmów na kompa - może właśnie dlatego to pytanie znika, bo nie ma już miejsca na telefonie? Może ma ktoś jakiś pomysł, jak zagwarantować sobie automatyczne nagrywanie rozmów telefonicznych? Najlepiej tych wychodzących też, bo ojciec po rozmowie ze mną często niestety oddaje słuchawkę matce, zamiast się rozłączyć. Na razie właśnie ogarnęłam dyktafon w telefonie, ale ten jest niepewny, bo na ogół jest rozładowany, LG rozładowuje się już po 2h.



