środa, 15 lipca 2026

Sen

15.07

                Sen nr 1. Nie mam pojęcia, dlaczego, ale próbuję się dostać do jakiegoś mieszkania. Raczej nie jest moje. W środku jest dwoje ludzi, ale nieznanych mi i nawet nie zapamiętałam ich płci. Byli w lekkim oddaleniu od drzwi, przy których stałam, więc nie widziałam ich dobrze. Od drzwi zaczynał się bardzo wąski korytarz, przez który ledwie było można się przecisnąć, więc ściana zasłaniała jedną z osób, ale słyszałam jej głos. Pamiętam, że ściany były białe, a po lewej stronie stała szafeczka, jakie często stoją w przedpokojach. I ja stałam w tym przedpokoju, na początku korytarza, tyłem do drzwi.
            Wejście było śmiertelnie niebezpieczne. Po lewej stronie, przy ścianie, biegły 2 małe rurki. O średnicy trochę większej od liny do wspinaczki. W jednej rurce biegła właśnie lina, tak w powietrzu. Rurka częściowo była szklana, więc widziałam tę linę. Żeby móc wejść do mieszkania, ta lina musiała się zahaczyć o haczyk biegnący z drugiej strony rurki. Nikt tego nie mógł dotknąć, więc nie wiem, na jakiej zasadzie to urządzenie decydowało, że lina zahaczy o haczyk albo nie. Ale gdyby nie zahaczyła, to z drugiej rurki wyszedłby szpikulec i przebiłby mnie na wylot, zabijając.
            Nie mam pojęcia, po co miałam tam wejść, czy ja tego chciałam i dlaczego było to tak trudne. Ale szło mi źle. Lina się naprężała coraz bardziej i widać było, że za chwilę zapnie się o ten haczyk, a ja nie miałam na to żadnego wpływu. Wygląda na to, że ludzie wewnątrz też nie, ale tak nie do końca, bo kobieta - to chyba była kobieta - powiedziała do tej drugiej osoby (odniosłam wrażenie, że to facet), żeby ta poszła od tyłu i mi pomogła wejść.
            Sen nr 2. Mam zdawać maturę, ale wszystko jest bardzo dziwne. Jestem na wolnej przestrzeni, ale jest ciemno, więc nie widzę okolicy wokół. Oświetlona jest tylko wielka szara zjeżdżalnia podobna do takich na basenie, ale stoi tak po prostu na ziemi. Nie ma dachu, zjeżdża się, będąc widocznym z zewnątrz. Są różne zakręty. Jest sporo ludzi, zjeżdżają jedno za drugim. W jakiś sposób ten zjazd decyduje o tym, czy się zda maturę. Wiem, że muszę zjechać tak, żeby mnie nie zauważył jakiś człowiek, bo z jakiegoś powodu on by mnie "wydał" i nie zdałabym matury, choć jestem przygotowana, a od zdania jej znowu zależy moje życie.
            Ostatni kadr snu: jestem w trakcie zjazdu i wypatrzyłam tego faceta, który może mnie wydać. Kulę się i odwracam twarz w drugą stronę, ale nie mogę już zatrzymać zjazdu, mogę tylko liczyć na to, że mnie nie rozpozna.


Dziękuję za tak dokładny opis. Zwróciły moją uwagę dwie rzeczy, które pojawiają się w obu snach i które bardzo często przewijają się także w Twoich wcześniejszych snach: próba przejścia przez jakiś mechanizm oraz poczucie, że wynik zależy od czegoś, na co masz niewielki wpływ, mimo że od tego zależy bardzo wiele.

Pierwszy sen właściwie nie jest snem o mieszkaniu. Śni się próg. To nie jest przestrzeń, w której żyjesz, tylko moment przejścia do niej. Najbardziej niezwykłe jest urządzenie z liną. Nie przypomina ono żadnej rzeczywistej pułapki. Działa według własnych zasad. Ty nie możesz go dotknąć, nie możesz nim sterować ani przewidzieć, a jednocześnie od jego działania zależy życie. Bardzo przypomina to doświadczenie życia w otoczeniu przemocy, w którym człowiek uczy się, że „mogę zrobić wszystko poprawnie, a i tak nie wiem, czy zostanę ukarana”. To nie jest zwykły lęk przed porażką, lecz świat, w którym reguły są arbitralne.

Sama lina jest ciekawa. Nie jest martwym elementem konstrukcji. Porusza się, napina i próbuje znaleźć haczyk. Odebrałam ją wręcz jako obraz nadziei. Ty nic nie możesz zrobić, ale lina cały czas próbuje się zaczepić, jakby świat sam szukał sposobu, żeby jednak Cię przepuścić. Z kolei szpikulec jest symbolem zagrożenia, które nie wynika z walki ani z czyjejś bezpośredniej agresji. Wystarczy jedna decyzja mechanizmu. To przypomina wiele Twoich snów, w których niebezpieczeństwo wynika bardziej z działania systemu niż z konkretnego człowieka.

Bardzo ważni są też ludzie znajdujący się w mieszkaniu. Oni nie śmieją się z Ciebie ani nie chcą Ci zaszkodzić. Wręcz przeciwnie – jedna osoba mówi drugiej, żeby poszła Ci pomóc. To pierwszy raz od dawna, kiedy ktoś „po drugiej stronie” próbuje znaleźć sposób, żeby Cię przeprowadzić przez próg, nawet jeśli sam nie ma pełnej kontroli nad sytuacją.

Drugi sen również nie wydaje mi się snem o maturze. To raczej sen o egzaminie z prawa do istnienia. Sama podkreślasz, że jesteś przygotowana. Problemem nie jest więc wiedza ani umiejętności. Problem polega na tym, że ktoś może Cię zauważyć. To ogromna różnica. Nie chodzi o to, żeby dobrze wykonać zadanie, ale o to, żeby nie zostać wskazaną.

Kilka dni temu śnił Ci się rollercoaster, teraz znowu pojawia się zjazd. Tym razem jednak mechanizm działa prawidłowo. Nie ma katastrofy ani awarii. Ty jedziesz i nie możesz już zatrzymać ruchu, możesz jedynie zdecydować, jak się ułożysz. To wydaje mi się ciekawą zmianą względem wcześniejszego snu. Sam tor nie jest już zagrożeniem. Niebezpieczeństwem staje się człowiek, który może Cię rozpoznać.

Najmocniejszy jest właśnie motyw rozpoznania. Nie chodzi o to, żebyś była najlepsza ani żeby nie popełniła błędu. Chodzi tylko o to, żeby nie zostać zauważoną przez właściwą osobę. Bardzo przypomina to doświadczenie wielu osób żyjących długo w przemocy – „najbezpieczniej jest nie zwracać na siebie uwagi”. Nie dlatego, że zrobiły coś złego, lecz dlatego, że samo zauważenie może uruchomić zagrożenie.

Mam wrażenie, że oba sny opowiadają o tym samym z dwóch stron. W pierwszym próbujesz wejść, w drugim próbujesz przejść. W obu istnieje mechanizm, istnieje ktoś po drugiej stronie, wynik ma ogromne znaczenie, ale nie zależy wyłącznie od Ciebie.

Jednocześnie pojawia się coś nowego. W pierwszym śnie ktoś chce Ci pomóc. W drugim sam mechanizm nie jest już wrogi – zjeżdżalnia działa poprawnie. Zagrożeniem jest dopiero człowiek, który może Cię rozpoznać. To subtelna, ale ważna zmiana względem wielu wcześniejszych snów, w których samo otoczenie było niebezpieczne. Tutaj świat wydaje się bardziej neutralny, a źródłem zagrożenia staje się ocena drugiego człowieka.

Jest jeszcze jeden drobiazg, który mnie zaciekawił. W pierwszym śnie stoisz tyłem do drzwi. Gdyby chodziło wyłącznie o wejście, naturalnie patrzyłabyś w ich stronę. Tymczasem cała Twoja uwaga skupia się nie na tym, co zostawiasz za sobą, lecz na samym przejściu przez niebezpieczny próg. To jeszcze bardziej podkreśla, że najważniejszy nie jest cel podróży, ale moment przekroczenia granicy i to, czy uda się go przetrwać.


                W tym mieszkaniu jestem już za progiem, skoro drzwi mam za plecami. Przeszłam już przez próg, dopiero dalej jest niebezpiecznie, a z jakiegoś powodu drzwi się za mną zamknęły i nie mogę się już wycofać, ale ten mężczyzna może wyjść z drugiej strony i dotrzeć do mnie od tyłu, przechodząc przez te same drzwi co ja, i pomóc mi, stojąc ok mnie. Skoro on już był w tym mieszkaniu, to może mnie razem z nim ten mechanizm przepuści?


To zmienia bardzo ważny szczegół. Dobrze, że mnie zatrzymałaś, bo rzeczywiście błędnie odczytałam przestrzeń. Jeżeli drzwi są za Twoimi plecami, to próg został już przekroczony. To nie jest sen o wejściu. To jest sen o znalezieniu się wewnątrz systemu, z którego nie można się już po prostu wycofać. To bardzo zmienia znaczenie tego mechanizmu. Nie stoisz przed egzaminem. Już go podjęłaś. Nie możesz powiedzieć: „to ja jednak wychodzę”. Droga odwrotna jest zamknięta. Zagrożenie jest dopiero przed Tobą. I właśnie wtedy pada zdanie kobiety: „Idź od tyłu i jej pomóż.” To zdanie mnie poruszyło jeszcze bardziej po Twoim dopowiedzeniu. Bo ten mężczyzna nie ma wyłączyć mechanizmu. On nie ma go zniszczyć. Nie ma go oszukać. Ma po prostu stanąć obok Ciebie. Jakby jego obecność miała coś zmienić. To przypomina mi bardzo wiele sytuacji z życia. Są mechanizmy, których jedna osoba nie może pokonać sama. Ale obecność drugiej osoby zmienia wszystko. Nie dlatego, że prawa fizyki się zmieniają, tylko dlatego, że przestajesz być sama wobec zagrożenia.

Piszesz: "Skoro on już był w tym mieszkaniu, to może mnie razem z nim ten mechanizm przepuści?" I to jest właśnie myśl, która wydaje mi się najciekawsza. W śnie nie pojawia się pomysł: „on wyłączy urządzenie”. Pojawia się pomysł: „może razem będzie inaczej”. To bardzo różni się od wielu Twoich wcześniejszych snów, w których ratunek polegał na tym, że sama musiałaś coś zrobić: ratować szczury, wyciągać zwierzęta z wody, walczyć z matką, szukać wyjścia. Tutaj rozwiązanie nie polega na większym wysiłku z Twojej strony. Rozwiązaniem miałaby być obecność drugiego człowieka. To jest dla mnie coś nowego.

Zastanawiam się też nad samą konstrukcją urządzenia. Lina ma się zaczepić o haczyk. To nie jest przypadkowe zestawienie. Lina i hak istnieją właśnie po to, żeby się połączyć. Cały mechanizm jest skonstruowany tak, żeby połączenie było możliwe. Dopiero gdy ono nie nastąpi, pojawia się szpikulec. To trochę tak, jakby sen mówił: "Domyślnym stanem świata powinno być połączenie. Śmierć pojawia się dopiero wtedy, gdy połączenie się nie uda." To bardzo ciekawy kontrast wobec wielu Twoich wcześniejszych snów, gdzie świat wydawał się z definicji wrogi. Tutaj świat jest raczej... niepewny. Jeszcze jedna rzecz mnie zastanawia. To kobieta mówi mężczyźnie, żeby Ci pomógł. Nie mówi: „niech sobie radzi”. Nie mówi: „to jej problem”. Od razu zakłada, że trzeba Ci pomóc.

Po wszystkich snach, które mi opowiadałaś przez ostatnie miesiące, jest to wręcz nietypowe. Bardzo często śniły Ci się osoby, które patrzyły, ignorowały albo wybierały kogoś innego. Tutaj pierwszą reakcją tej kobiety jest: pomóc. Nie wiemy, czy zdążył. Obudziłaś się wcześniej. Ale sam fakt, że taka reakcja w ogóle pojawiła się w Twoim śnie, wydaje mi się znaczący. Nie dlatego, że oznacza jakąś przepowiednię, lecz dlatego, że Twoja psychika dopuściła scenariusz, w którym ktoś nie odwraca wzroku od zagrożenia, tylko odruchowo szuka sposobu, żeby być obok Ciebie. To jest jakościowo inny motyw niż ten, który pojawiał się w wielu wcześniejszych koszmarach.


wtorek, 14 lipca 2026

***

Mam 49 lat, a ciągle jestem w gotowości, żeby kochać matkę.
Żeby być z nią blisko.
Żeby się z nią spotykać i rozmawiać.

Tylko matka nie chce tego ode mnie. Chce tylko, żebym była ofiarą jej przemocy.

Tego ode mnie nie dostanie nigdy. Może ci, którzy jej kablują, zechcą być jej ofiarami?


poniedziałek, 13 lipca 2026

Sen

Dziś tylko urywek snu. Tym razem Gołonóg, ale mieszkanie dziadków nie przypomina rzeczywistego. Cała rodzina szykuje się na komunię Adama, mimo że Adam w tym śnie ma jakieś 15 lat. Śmignął do góry, ale jeszcze nie nabrał ciała. Cała rodzina jest u dziadków w mieszkaniu i szykuje się do wyjścia. Eleganckie stroje. Ja mam na tę okazję specjalnie uszytą nową sukienkę. Nie wiem, dlaczego wszyscy mają stroje wieczorowe i nikogo to nie dziwi. Ja też mam długą czarną, błyszczącą suknię z czerwonymi akcentami. Matka robi awanturę, jak w realu, więc stwierdzam, że nie idę do kościoła. Każę matce wybierać: albo mam iść do kościoła, albo jej awantura. Matka wybiera awanturę, ale to na mnie rodzina patrzy, jakbym to ja się awanturowała. Znowu jak w realu!


Ten sen jest krótki, ale bardzo spójny z wieloma wcześniejszymi. Mam wrażenie, że nie wnosi nowego konfliktu, tylko pokazuje go w bardzo skondensowanej formie.

Najpierw zwróciłam uwagę na miejsce. Znowu pojawia się mieszkanie z dzieciństwa, ale nie jest realistyczne. To powtarza się u Ciebie bardzo często. Piaski, Gołonóg, Warszawa – we śnie są rozpoznawalne jako to miejsce, ale układ pomieszczeń jest inny. Wygląda to tak, jakby Twój mózg nie odtwarzał konkretnych mieszkań, tylko budował symboliczną przestrzeń związaną z rodziną i dzieciństwem. W takich miejscach prawie zawsze wydarza się coś dotyczącego relacji, a nie samego domu.

Ciekawy jest też Adam. Ma piętnaście lat, ale przygotowuje się do Pierwszej Komunii. To bardzo nielogiczne, a jednak sny często robią coś takiego z rytuałami przejścia. Komunia jest momentem wejścia do wspólnoty, uznania przez rodzinę i Kościół, a piętnastoletni chłopak wygląda już prawie jak dorosły. Jakby dwa etapy życia nałożyły się na siebie. Nie mam poczucia, że ten sen jest o Adamie. Komunia jest raczej pretekstem do zebrania całej rodziny.

Bardzo spodobał mi się motyw strojów. Wszyscy są ubrani wieczorowo, jak na galę, i nikogo to nie dziwi. Ty również masz specjalnie uszytą suknię – długą, czarną, błyszczącą, z czerwonymi akcentami. To niezwykle elegancki strój jak na komunię. W Twoich snach ubrania często mają znaczenie. Bywałaś ich pozbawiana przez matkę, biegałaś nago, szukałaś ich, walczyłaś o nie. Tutaj przeciwnie – masz własną, piękną suknię, przygotowaną specjalnie dla Ciebie. To wygląda jak symbol gotowości do uczestniczenia w ważnym wydarzeniu. I właśnie wtedy matka robi to, co robi od lat – wywołuje awanturę.

Najmocniejszy moment snu to jednak Twoje zdanie: „Albo mam iść do kościoła, albo jej awantura.” To brzmi jak postawienie granicy. Nie mówisz: „Nie idę, bo mi się nie chce.” Nie mówisz: „Nie lubię kościoła.” Mówisz bardzo konkretnie: jeśli ona wybiera przemoc, ja wycofuję się z sytuacji. To jest zupełnie inna postawa niż w wielu wcześniejszych snach, w których próbowałaś ratować sytuację za wszelką cenę. Tutaj stawiasz warunek.

I wtedy dzieje się coś, co niestety pojawiało się już wiele razy. Matka świadomie wybiera awanturę. A rodzina patrzy na Ciebie tak, jakby to była Twoja decyzja. To bardzo przypomina wcześniejszy sen z policją, gdzie matka zorganizowała całe przedstawienie, a Ty od początku próbowałaś tylko zakończyć konflikt. Tam również odpowiedzialność została odwrócona. Nie osoba wywołująca chaos była postrzegana jako problem, tylko ta, która próbowała postawić granicę.

To odwrócenie ról wydaje mi się najważniejszym motywem tego snu. Nie sama awantura, bo ona pojawia się niemal zawsze. Najbardziej boli chyba to, że świadkowie widzą coś zupełnie innego niż Ty. Ty widzisz prosty ciąg zdarzeń: matka wszczyna awanturę → stawiasz granicę → rezygnujesz z wyjścia. Rodzina widzi: Ty nie idziesz do kościoła → więc to Ty robisz problem. Jakby pierwszy element całkowicie zniknął.

To bardzo współgra z tym, co opisywałaś nie tylko w snach, ale też w rzeczywistości. W wielu Twoich opowieściach przewija się doświadczenie, że inni dostrzegają reakcję, ale nie dostrzegają tego, co ją wywołało. Ten sen pokazuje ten mechanizm niemal podręcznikowo. Nie chodzi już nawet o samą matkę. Chodzi o to, że otoczenie przyjmuje jej wersję wydarzeń, ponieważ widzi tylko ostatni akt całej historii.

       

     Matka awanturuje się przy wszystkich, więc oni doskonale to widzą i wiedzą, a mimo to reagują przemocą tak samo jak ona. Też jak w realu, mimo że matka swoją przemoc w realu ukrywa tak, żebym tylko ja ją widziała, a przed innymi gra idealną.


To bardzo ważne doprecyzowanie i rzeczywiście zmienia akcent interpretacji.

W pierwszej chwili odczytałam ten sen przez pryzmat wielu wcześniejszych, w których matka działała zakulisowo, manipulowała obrazem sytuacji albo organizowała "przedstawienie". Tutaj jednak opisujesz coś innego. W tym śnie wszyscy widzą dokładnie to samo, co Ty. Widzą, że awanturę wszczyna matka. Nie ma żadnego nieporozumienia ani ukrytej manipulacji. A mimo to odpowiedzialność zostaje przeniesiona na Ciebie.

To jest znacznie bardziej niepokojący mechanizm.

Bo wtedy nie chodzi już o to, że ludzie zostali oszukani. Chodzi o to, że akceptują przemoc, a sprzeciw wobec niej uznają za większy problem niż samą przemoc.

W tym śnie właściwie nie robisz nic agresywnego. Nie odpowiadasz awanturą na awanturę. Nie wyzywasz matki. Nie próbujesz jej zawstydzić. Mówisz tylko: w takich warunkach nie pójdę. To jest wycofanie się z sytuacji, a nie atak. A jednak to właśnie Ty stajesz się dla otoczenia problemem.

To przypomina mechanizm, który psychologowie czasem opisują jako ochronę istniejącego porządku. W rodzinach, w których jedna osoba od dawna zachowuje się destrukcyjnie, pozostali mogą zacząć traktować jej zachowanie jako coś "normalnego". Wtedy każda osoba, która próbuje ten układ zakwestionować, nawet bardzo spokojnie, jest odbierana jako ta, która burzy spokój. Nie dlatego, że rzeczywiście go burzy, tylko dlatego, że ujawnia coś, z czym reszta nauczyła się żyć.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie uderzyła. Piszesz, że w rzeczywistości matka ukrywa przemoc przed innymi, a we śnie tego nie robi. Mam wrażenie, że sen świadomie zdejmuje tę zasłonę. Jakby mówił: załóżmy na chwilę, że wszyscy widzą prawdę. Co wtedy? I odpowiedź snu brzmi: nawet wtedy mogliby stanąć po jej stronie.

To nie jest, moim zdaniem, przepowiednia ani stwierdzenie faktu o wszystkich ludziach wokół Ciebie. Raczej wyraz bardzo głębokiego lęku albo doświadczenia: że samo ujawnienie przemocy nie gwarantuje sprawiedliwości. Że można zostać potraktowany niesprawiedliwie nawet wtedy, gdy fakty są widoczne.

To dobrze współgra z innymi Twoimi snami z ostatnich tygodni. W śnie z lustrem weneckim nie mogłaś zmienić systemu, mogłaś tylko powiedzieć dziewczynce dwa dobre słowa. W śnie z policją wszyscy mogli zobaczyć, że matka robi przedstawienie, ale to nie kończyło problemu. W śnie z komunią znowu okazuje się, że sama prawda nie wystarcza, żeby ludzie zareagowali sprawiedliwie.

Jest natomiast coś, co pozostaje niezmienne we wszystkich tych snach: Ty nie przyjmujesz reguł, które uważasz za złe. Nie zgadzasz się straszyć dziewczynki. Nie godzisz się udawać, że awantura jest normalna. Nie walczysz o spadek dla siebie. Za każdym razem próbujesz zachować własne zasady, nawet jeśli sen pokazuje, że nie przynosi to nagrody. To jest chyba najbardziej stały motyw przewijający się przez Twoje sny z ostatnich miesięcy.


W realu nie robiłabym tego Adamowi. Poszłabym na jego komunię mimo przemocy matki, chyba że on sam uznałby, że to nie jest tego warte. To zachowanie baranów idących na rzeź zawsze było dla mnie niezrozumiałe, nawet kiedy miałam 3 lata. Przecież w kupie siła, wystarczyłoby, żeby wszyscy stanęli po stronie uczciwości i braku przemocy i to by się skończyło. Wystarczyłoby reagować, a nie na siłę się powstrzymywać przed reakcją. Przecież powstrzymywanie się przed reakcją jest destrukcyjne dla wszystkich i ma znacznie większy koszt niż reakcja! W realu wszyscy wiedzą o przemocy matki, bo ją ujawniłam! A mimo to i tak wybierają przemoc, jak we śnie. Ludzie świadomie wybierają granie w grę przemocowca!


To, co napisałaś dalej, wydaje mi się jeszcze ciekawsze. Piszesz:

"Przecież w kupie siła."

Mam wrażenie, że to jest jedno z Twoich najgłębszych przekonań, które przewija się przez wiele snów. Bardzo często nie dziwi Cię sama przemoc jednego człowieka. Dziwi Cię bierność pozostałych.

I rzeczywiście, to widać niemal wszędzie.

W śnie o poparzeniach wystarczyło, żeby jedna z trzech zdrowych osób zajęła się Tobą.

W śnie z dziewczynką za lustrem wystarczył jeden akt dobra, żeby przerwać mechaniczne wykonywanie okrucieństwa.

W śnie o komunii wystarczyłoby, żeby rodzina powiedziała: „To nie Dagmara robi problem. Najpierw uspokójmy awanturę”.

W śnie z policją wystarczyłoby, żeby ktoś zauważył, że przedstawienie zostało wyreżyserowane.

Masz rację, że w tych snach powtarza się nie tyle pytanie: „Dlaczego jedna osoba jest okrutna?”, ile: „Dlaczego pozostali się na to godzą?”

Natomiast przy jednym zdaniu byłabym ostrożna:

"Ludzie świadomie wybierają granie w grę przemocowca."

Myślę, że w niektórych sytuacjach rzeczywiście tak bywa. Ale nie sądzę, żeby to była jedyna możliwa przyczyna. Ludzie mogą zachowywać się w ten sposób z bardzo różnych powodów: ze strachu, z przyzwyczajenia, z wygody, z poczucia bezradności, z przekonania, że „tak będzie spokojniej”, z błędnej oceny sytuacji albo dlatego, że sami nauczyli się funkcjonować w podobnych układach. To oczywiście nie usprawiedliwia bierności ani wspierania przemocy, ale oznacza, że motywacje różnych osób mogą być różne.

Natomiast rozumiem, dlaczego w Twoim odbiorze wygląda to jak świadomy wybór. Jeśli ktoś ma wiedzę o przemocy i mimo to staje po stronie osoby stosującej przemoc albo odwraca wzrok, skutki dla osoby pokrzywdzonej mogą być bardzo podobne niezależnie od tego, z jakiego powodu to robi.

To, co mnie uderza najbardziej w Twoich snach z ostatnich tygodni, to właśnie ten motyw. Wiele osób interpretuje sny o prześladowaniu jako opowieści o jednym prześladowcy. U Ciebie coraz częściej głównym tematem nie jest sam prześladowca. Jest nim reakcja otoczenia. To, czy ktoś zareaguje. Czy ktoś powie: „Stop”. Czy ktoś uzna, że dobro i uczciwość są ważniejsze niż utrzymanie pozornego spokoju.

I jeszcze jedna rzecz. Napisałaś:

"To zachowanie baranów idących na rzeź zawsze było dla mnie niezrozumiałe, nawet kiedy miałam 3 lata."

To zdanie bardzo dobrze pasuje do wielu Twoich snów. W nich niemal zawsze pojawia się postać, która mimo zagrożenia robi coś zgodnego z własnym sumieniem: sowa śpiewa ukrywającym się ludziom, staruszek daje Ci schronienie, Ty mówisz dziewczynce: „Jesteś świetna”, ratujesz zwierzątko na kutrze. Wygląda to tak, jakby Twoja wyobraźnia nieustannie szukała odpowiedzi na pytanie: czy w sytuacji zagrożenia można zachować się inaczej niż większość? I bardzo często odpowiedź snu brzmi: tak, można — choć nie zawsze oznacza to, że uda się zmienić cały system.


            Ludzie mogą zachowywać się w ten sposób z bardzo różnych powodów: ze strachu, z przyzwyczajenia, z wygody, z poczucia bezradności, z przekonania, że „tak będzie spokojniej”, z błędnej oceny sytuacji albo dlatego, że sami nauczyli się funkcjonować w podobnych układach -> Każda z tych sytuacji jest nadal wyborem. Nie ma obowiązku w tych sytuacjach tkwić, ludzie to wybierają. Wybierają krzywdzenie innych, choć nie muszą. Matka przecież nie stosuje przemocy wobec nich, nic im nie grozi, jeśli to przerwą. A nawet gdyby, to matka jest jedna, tylko jedna, można ją wyostracyzmować z rodziny. Ją, nie ofiarę. Każdy wybiera przemoc z innego powodu, ale to nadal wybór. Bo nie mówimy przecież o sytuacji, w której reakcja grozi niebezpieczeństwem czy śmiercią. Za reakcję nie grozi postrzał ani dźgnięcie nożem. To nie Auschwitz, gdzie ludzie szerzyli dobro mimo, że sami mogli z tego powodu umrzeć. Matka jest jak esesman, a reszta leci za nią ślepo jak kapo. Gorzej, kapom też groziła śmierć za niewykonanie rozkazu, a im nic nie grozi.

***

 


niedziela, 12 lipca 2026

Sen

12.07

                Znowu jakieś koszmary dziś! Najpierw śniło mi się, że stałam na jakimś korytarzu, który wyglądał jak szpitalny. Ze mną była matka i troje jakichś ludzi, którzy okazali się być moim przyrodnim rodzeństwem. Zmarł mężczyzna, który okazał się być moim ojcem biologicznym (nazwijmy go tata B). Okazało się, że matka miała mnie z nim, bo zdradziła mojego tatę właściwego (tatę A). W realu to się nie wydarzyło, a tata A jest takę tatą B. We śnie ci ludzie okazali się dziećmi taty B z jego legitnego małżeństwa, a ja dzieckiem z nieprawego łoża. Zarówno dla nich, jak i dla mnie było to zaskoczeniem, bo nikt o tym nie wiedział. Matka nic mi nie powiedziała i przez całe moje życie nie pozwalała tacie B się ze mną spotkać.
            Omawiamy jego testament, a raczej jego brak. Okazało się, że za życia tata A wyrażał chęć, żeby cały jego wielki majątek przekazać na cele charytatywne. Nikomu z nas nic nie zostawił. Jego legalne dzieci były tym rozgoryczone i zbulwersowane, ja - nie. Zaproponowałam, żebyśmy się wszyscy przebadali, czy nie mamy jakichś ciężkich chorób wymagających drogiego leczenia (we śnie chyba byłam zdrowa?). I tłumaczę im, że tata B na pewno nie pozbawiłby nas leczenia i życia, gdyby wiedział, że ciężko na coś chorujemy i potrzebujemy pieniędzy na leczenie. Jeśli któreś z nas jest ciężko chore, to prawnik mógłby stworzyć dla tego brata albo siostry fundusz powierniczy na leczenie. Wtedy to stałoby się celem charytatywnym, tak jak chciał tata B, a pieniądze, które by zostały, moglibyśmy przekazać na jeszcze jakiś inny cel charytatywny. Natomiast jeśli jesteśmy zdrowi, to nie potrzebujemy tego majątku przecież, sami zapracujemy.
            I drugi sen. Mieszkam na Piaskach, sama. Mieszkanie jest w pełni moje, a to matka mieszka w Warszawie. Mieszkanie wygląda jak prawdziwe, w moim pokoju stoi jeszcze pianino, które teraz stoi w Warszawie w dużym pokoju. Któregoś dnia wstaję po ataku snu, jest już wieczór, jest szarawo na dworze. Słyszę jakieś odgłosy, wchodzę do kuchni i ze zgrozą spostrzegam, że przy stole siedzi matka. Pijana czy naćpana, ma rozszerzone źrenice (w realu nigdy nie używała żadnych używek). Zaczyna się awanturować (i to już jest realne, niestety), więc ją wyrzucam z mieszkania. Telefon i tablet zostawiła na pianinie. Chciałabym je jej oddać, żeby nie miała powodu wracać, ale nie mogę otworzyć drzwi, bo znowu się wepchnie na siłę.
            A, jeszcze zanim ją wyrzuciłam, wyjrzałam przez okno w kuchni, a przed blokiem stoją 2 nowoczesne limuzyny, pełne pijanych i naćpanych ludzi w strojach wieczorowych, widać, że wracają z jakiejś imprezy. Jakaś długa goła kobieca noga wystaje przez otwarte drzwi samochodu. Obok stoi Agnieszka Szulim-Badziak-Woźniak-Starak (nie wiem, czemu akurat ona, w realu lubię ją jako dziennikarkę i prowadzącą) i widzę, że czekają na matkę, już lekko zniecierpliwieni. Rzucam jakąś uwagę, że ładne sobie matka towarzystwo znalazła.
            Po tym, jak matka wyszła, myślałam, że to koniec tej awantury, ale nie. Okazało się, że matka zrobiła to, czym mnie straszy ciągle w realu: przedstawienie! Sfingowała powrót do domu, właśnie po to, żebym ją wyrzuciła. Zapewniła sobie świadków, celowo znanych, żeby wszystkie oczy były skierowane na nią. I pyk, słyszę hałasy w tramwaju i widzę, że przez okno wchodzi matka z policją! Za oknem widać migające policyjne światła (w realu od tamtej strony nie ma podjazdu dla aut). Matka kazała policji się włamać. To absurdalne, bo policję wpuściłabym legalnie, przez drzwi, żeby zabrała wszystko, co do matki należy w tym mieszkaniu, a samo mieszkanie w tym śnie należało do mnie, więc matka nie miała do niego prawa.
            Policjant, który wszedł di mieszkania przez okno, nie jest wobec mnie niegrzeczny, przeciwnie, heheszkuje sobie. Zdejmuje z szafy w przedpokoju ogromną walizkę taty, w której w tym śnie matka trzymała buty, i heheszkuje, że pewnie tam jest czyjaś odcięta głowa. Mówię, żeby ją od razu zabrał - żeby zabrał wszystko, co w tym mieszkaniu należy do matki, żebym w końcu miała od niej spokój, ale oboje rozumiemy, że to nie jest cel matki. Celem matki jest pokazówka.
            We śnie trwa to jakiś czas. Omdlewam już z bólu, nie jestem w stanie ustać, stoję zgięta w pół. Matka we śnie przyszła, zanim wzięłam leki - co w realu jest zawsze jedną z jej technik przemocowych: zawsze przychodzi, zanim wezmę leki, żebym mdlała z bólu. Nawet taką przewagę musi mieć. Ból mnie budzi. Jeszcze we śnie zaczynam się zastanawiać, czy to prawdziwy ból, czy sen, ale po przebudzaniu jeszcze przez chwilę czuję ten ból - ten największy w EDS6, który przykuwa mnie do wózka i łóżka - i jestem tak tym przerażona, że on jest realny, że wstaję.


Te dwa sny wydają mi się bardzo różne w warstwie fabularnej, ale oba obracają się wokół tego samego pytania: kto naprawdę ma prawo decydować o Twoim życiu i o Twojej tożsamości? Co ciekawe, w obu przypadkach odpowiedź brzmi: nie zgadzasz się, żeby tę władzę miała matka.

Pierwszy sen jest niezwykły, bo po raz pierwszy od dawna matka nie jest jego główną bohaterką. Jest raczej kimś, kto uruchamia całą historię przez swoje dawne kłamstwo. To ona ukryła istnienie biologicznego ojca, odebrała Tobie możliwość poznania go i jemu możliwość poznania Ciebie. Ale kiedy tajemnica wychodzi na jaw, nie skupiasz się na niej ani na własnej krzywdzie. Najbardziej uderzyło mnie to, że w ogóle nie myślisz o spadku. Twoją pierwszą reakcją jest znalezienie rozwiązania zgodnego z wolą zmarłego. Proponujesz przebadanie rodzeństwa nie po to, żeby zdobyć pieniądze, lecz żeby sprawdzić, czy ktoś naprawdę ich potrzebuje. W tym śnie ogromny majątek przestaje być nagrodą, a staje się odpowiedzialnością.

To bardzo charakterystyczne dla Twoich snów. Już kilka razy pojawiał się motyw, że kiedy inni walczą o własny interes, Ty próbujesz znaleźć rozwiązanie sprawiedliwe dla wszystkich. Tak było choćby w śnie o przyrodnim rodzeństwie – zamiast walczyć o swoje prawa jako „pominięte dziecko”, od razu myślisz o funduszu na leczenie. To znowu przypomina ten sam rys, który widziałam w śnie z dziewczynką za lustrem weneckim: nawet w sytuacji, która dotyczy Ciebie, pierwszym odruchem jest ochrona innych albo szukanie uczciwego rozwiązania.

Drugi sen jest znacznie bliższy rzeczywistości i chyba dlatego tak bolesny. Bardzo zwróciłam uwagę na początek. Mieszkanie jest wreszcie Twoje. Matka mieszka gdzie indziej. To pierwszy raz od dawna, kiedy we śnie naprawdę masz własną przestrzeń. I właśnie wtedy ona wraca. Nie dlatego, że chce tam mieszkać. Nie dlatego, że czegoś potrzebuje. Wraca wyłącznie po to, żeby zniszczyć poczucie bezpieczeństwa.

Bardzo realistyczny wydaje mi się motyw „przedstawienia”. Sama używasz tego słowa. We śnie matka nie chce odzyskać telefonu ani tabletu, nie zależy jej na walizce ani na butach. Organizuje widowisko. Świadkowie są wręcz starannie dobrani – znana dziennikarka, eleganckie towarzystwo, policja. To nie jest zwykły konflikt rodzinny. To spektakl, w którym najważniejsze jest to, żeby inni patrzyli. Mam wrażenie, że sen bardzo trafnie pokazuje różnicę między rozwiązaniem problemu a wykorzystaniem problemu jako narzędzia wpływu. Ty od początku próbujesz problem zakończyć: „zabierzcie wszystko, co do niej należy”. Ona robi dokładnie odwrotnie – wszystko organizuje tak, żeby konflikt trwał jak najdłużej.

Szczególnie mocny jest dla mnie policjant. Nie jest brutalny. Nie jest nawet nieuprzejmy. Żartuje. I właśnie to wydaje mi się najbardziej niepokojące. Nie dostrzega, że dla Ciebie sytuacja jest dramatyczna. Traktuje ją jak zabawną scenkę. To przypomina doświadczenie, które opisywałaś nieraz – że inni nie rozumieją skali zagrożenia, bo patrzą tylko z zewnątrz.

Końcówka snu jest chyba najtrudniejsza. Ból nie jest już symbolem. Przenika do przebudzenia. Tak jak w śnie z duchem pojawiło się rzeczywiste uszczypnięcie w plecach, tak tutaj rzeczywisty ból EDS zostaje włączony do fabuły. To nie jest niezwykłe z punktu widzenia snu – mózg często wykorzystuje realne bodźce i dopisuje do nich historię – ale w Twoim przypadku ma jeszcze jeden wymiar. We śnie matka zjawia się zanim zdążysz wziąć leki, dokładnie tak, jak opisujesz jej zachowanie w rzeczywistości. Sen nie tworzy nowego sposobu krzywdzenia. Wykorzystuje coś, co już znasz, i rozwija to do skrajnej postaci.

Jest jeszcze jeden drobiazg, który bardzo mnie poruszył. W pierwszym śnie odkrywasz nowe rodzeństwo. W drugim jesteś sama w swoim mieszkaniu. A jednak w obu snach najbardziej wyraźnie obecny jest ktoś, kogo już nie ma – Twój tata A. W pierwszym występuje jako punkt odniesienia dla historii rodzinnej. W drugim jego pianino i jego walizka nadal stoją w mieszkaniu. Nie są zwykłymi przedmiotami. Wyglądają jak ślady po kimś, kto kiedyś dawał Ci poczucie bezpieczeństwa. Nawet jeśli fizycznie go nie ma, jego obecność w tych snach wydaje się znacznie spokojniejsza i bardziej trwała niż obecność osób żyjących. To ciekawy kontrast z matką, która w obu snach wprowadza chaos, podczas gdy rzeczy związane z tatą pozostają czymś stałym.


Pianino jest oczywiście moje, Mira najwyraźniej ma na myśli, że tata mi je kupił. ;)


piątek, 10 lipca 2026

***

 


Sen

10.07

                Sen nr 1. Piaski - wyglądają normalnie. Bloki też wyglądają normalnie. Wychodzę z matką z mieszkania Marty, gdzie postanowiły się losy naszego mieszkania pod nr. 13. Nie pamiętam, kto o tym decydował, Marty i jej rodziny też nie pamiętam, chyba ich tam nie było. Postanowiono, że mieszkanie jest moje, a matka musi odejść. Po wyjściu z klatki matka od razu poszła w przeciwnym kierunku, strasznie wkurzona, a na mnie na dole czekała Gosia i udałyśmy do mojego nowego mieszkania.
            Było lato, miałyśmy gołe ręce i nogi. Zupełnie odwrotnie niż w realu, bo jest jesień (17C). Różnice zaczęły się dopiero wewnątrz bloku. Na parterze, tam, gdzie skrzynki na listy, wisiała tylko jedna skrzynka - moja - i przez szparę widziałam, że jest tam dla mnie paczka w białej kopercie bąbelkowej. Nie wyjęłam jej. Całą ścianę obok skrzynki zajmowała winda. Ale jaka winda! Nie miała ścian ani drzwi. To była deseczka 200 cm x 30 cm. Ta deseczka wisiała w powietrzu. Człowiek jest w ramionach szerszy niż 30 cm, więc trzeba było na nią wskakiwać plecami do ściany i utrzymywać równowagę tak, żeby z niej nie spaść. Wskoczyłyśmy obie z Gosią, ale Gosia się zachwiała i zeskoczyła na podłogę. Ja pojechałam tą dziwną windą na I piętro.
            Miałam niewidzialne klucze do mieszkania. Weszłam do niego - i szok! Niby rozkład miało taki jak w realu, oprócz tramwaju, ale było maleńkie. Duży pokój miał wielkość 1,5 mat tatami. Maty leżały na podłodze, potwornie brudne, jakby obsrane - ale nie było czuć żadnego smrodu i we śnie mnie to dziwiło. Brzydziłam się, nie weszłam do pokoju, zajrzałam tylko przez drzwi. Nie było też okien i balkonu, w całym mieszkaniu panował półmrok. Cofnęłam się do przedpokoju i skierowałam się w stronę mojego dawnego pokoju. Tan miał wielkość jednej maty tatami i ona też leżała na podłodze, równie usyfiona.
            Na macie leżało na wznak martwe ciało taty w białej żonobijce, której tata nigdy nie miał (ani nigdy nie uderzył matki). Nie było wieże, było jakby zakonserwowane, ale tak, jakby je ktoś zabalsamował, delikatnie podeschnięte, bez żadnego zapachu. Miało zamknięte oczy i leżało jakby na baczność. Za nim, pod ścianą, siedziało ciało matki, podobnie zakonserwowane, ale jakby młodsze. Ciało taty było w wieku, w którym zmarł, matka była młoda, ok. 30 lat. Szczupła, choć całe życie miała otyłość brzuszną. Siedziała na podgiętych kolanach w białej, ale bardzo starej już, halce obszytej koronką na dole i przy ramiączkach (w podobnej lata temu chodziła moja babcia). Otyłe uda i łydki miała całe pokryte jakby rozstępami, ale w nich były wszędzie pęknięcia. Jakby jej ciało było twarde i popękało. Zdążyłam tylko zerknąć na ten widok i się obudziłam.
            W drugim śnie byłam z Olą (tym razem to jeszcze inna Ola niż te, które mi się dotąd śniły, nie jestem pewna, czy istnieje). Znowu prawdziwe lato (w moich snach nawet lato jest z dzieciństwa, a nie to gówno za oknem), coś, co przypominało małą hiszpańską wioseczką rozciągniętą wzdłuż ulicy, która biegła z kolei wzdłuż nabrzeża. Betonowy brzeg, przycumowane kutry rybackie. Wsiadamy z Olą do jednego i płyniemy wzdłuż tego nabrzeża przy samym brzegu, żeby dalej odebrać kapitankę. Kuter jest przerobiony, nie wygląda jak te prawdziwe. Jest podzielony na 2 małe izby. W jednej siedzimy my dwie i jest też ster, którego używamy. W drugim, na dziobie, leżą tylko 2 karimaty dla mnie i Oli, tam będziemy spać. Zastanawiam się, gdzie będzie spać kapitanka, ale dochodzę do wniosku, że ona sobie rozłoży karimatę w poprzek izdebki ze sterem, o ile będzie spać, a nie sterować, bo może będziemy spać na zmiany. Nasz izdebka jest skierowana nogami w kierunku dzioba, a od strony głowy ma małe przeszklone drzwiczki. Trzeba się schylać, żeby wejść. Po obu stronach zwężającej się izdebki też są okna.
            Kuter jest raczej stary, wszystko wygląda na wysłużone. Nie widziałam go z zewnątrz, bo sen zaczął się, kiedy już siedziałyśmy w środku. Jest nieduży, ale ma w środku zaskakująco mało wszystkiego, co na kutrze zwykle zagraca przestrzeń. Nie ma skrzyń na ryby ani sieci, ani harpunów, żadnego tego rodzaju sprzętu.
            Coś mi świta, że było tam jakieś zwierzątko, które trzeba było ratować, kiedy kuter nabierał wody. Był wybór między ratowaniem zwierzątka a tonących naszych osobistych przedmiotów. Byłam wkurzona na Olę, bo to ona do tego dopuściła, ale wybrałam zwierzątko. Potem woda z wnętrza kutra znikła i płynęłyśmy dalej. Była też matka, która jak zwykle zrobiła coś złego, chyba się awanturowała, ale ją zostawiłyśmy na brzegu.
            Podjęłyśmy kapitankę, którą okazała się starsza krzepka kobieta, przeciwieństwo matki. Była ciepła, opiekuńcza, ale nie nadopiekuńcza, pełna zrozumienia. Miała ogorzałą twarz, widać, że pływała całe życie i doskonale się znała na swoim fachu. Podziwiałam jej mięśnie wyrobione ciężką pracą. Wydaje mi się, że miała na sobie podomkę jak moja babcia. Sen znowu ubrał kogoś po mojej babci. Ale nie wiem, dokąd płynęłyśmy, bo się obudziłam.


Dziękuję, że zapisałaś oba sny od razu. Mam wrażenie, że są ze sobą bardzo mocno powiązane. Pierwszy kończy pewien etap, drugi pokazuje, co pojawia się w jego miejscu. To jeden z wyraźniejszych "dwugłosów", jakie ostatnio opisałaś.

Pierwszy sen zaczyna się od czegoś bardzo niezwykłego: mieszkanie zostaje oficjalnie przyznane Tobie, a matka ma odejść. W Twoich wcześniejszych snach matka zwykle przejmowała przestrzeń, odbierała Ci dom, Sarę, bezpieczeństwo albo decydowała o Twoim życiu. Tutaj po raz pierwszy to nie ona wygrywa. Nie musisz jej wyrzucać ani z nią walczyć. Ktoś z zewnątrz stwierdza po prostu: to mieszkanie należy do Dagmary. Dla mnie to wygląda jak symboliczne odzyskanie prawa do własnego miejsca.

Zaraz potem pojawia się jednak bardzo dziwna winda. Zwróciłam uwagę, że nie jest zepsuta – ona z definicji jest niebezpieczna. To tylko wąska deska, na której trzeba utrzymywać równowagę. Gosia z niej schodzi, Ty jedziesz sama. Mam wrażenie, że ta winda pokazuje, iż wejście do własnego życia jest możliwe, ale nie da się tego zrobić w pełni z czyimś wsparciem. Pewien odcinek trzeba pokonać samotnie, zachowując równowagę.

Potem następuje bardzo bolesne odkrycie. Mieszkanie okazuje się maleńkie, ciemne, bez okien i balkonu. W wielu Twoich wcześniejszych snach dom był miejscem bezpieczeństwa albo miejscem, do którego próbowałaś wrócić. Tutaj odzyskany dom okazuje się czymś w rodzaju grobowca przeszłości. Nie ma światła, nie ma powietrza, nie ma przyszłości. Są tylko dwie tatami i dwa zakonserwowane ciała rodziców.

To chyba najmocniejszy obraz całego snu. Ojciec leży tak, jak umarł – zatrzymany w czasie. Matka siedzi młoda, ale jej ciało jest popękane. Nie rozkłada się, tylko wygląda jak porcelana albo wysuszona glina. To bardzo niezwykły szczegół. Nie widzisz jej jako żywej osoby, lecz jako coś, co już dawno przestało się rozwijać. Zastanowiło mnie też, że oboje ubrani są na biało. Biały nie kojarzy się tu z niewinnością, tylko z czymś zastygłym, jakby byli eksponatami pozostawionymi w mieszkaniu, którego nikt od lat nie otwierał. I właśnie wtedy się budzisz – nie próbujesz ich dotknąć ani ratować. Samo zobaczenie ich wystarcza.

Drugi sen jest niemal odwrotnością pierwszego. Tam było zamknięte mieszkanie bez okien. Tutaj od początku jest otwarta przestrzeń, lato, morze i ruch. Nawet kuter jest stary, ale sprawny. Nie jest luksusowy, lecz gotowy do drogi. Bardzo spodobał mi się szczegół, że na kutrze nie ma sieci ani skrzyń na ryby. Jakby nie chodziło o pracę ani zdobywanie czegokolwiek, tylko o samą podróż.

Najbardziej poruszyło mnie jednak zwierzątko. Znowu wraca motyw, który przewija się przez dziesiątki Twoich snów. W sytuacji zagrożenia wybierasz ratowanie żywego stworzenia zamiast własnych rzeczy. W snach prawie nigdy nie wybierasz przedmiotów. Sara, szczury, teraz jakieś małe zwierzątko na kutrze – za każdym razem życie okazuje się ważniejsze od własnego dobytku. To bardzo spójny motyw.

I znowu pojawia się matka. Tym razem nie jest główną postacią. Robi coś złego, jak zwykle, ale... zostaje na brzegu. To wydaje mi się bardzo znaczące. Nie płynie z Wami. Nie przejmuje statku. Nie decyduje o kierunku podróży. Po prostu zostaje. To ogromna zmiana w porównaniu z wieloma wcześniejszymi snami.

Najpiękniejszą postacią jest dla mnie kapitanka. Kiedy ją opisywałaś, od razu przypomniały mi się dwie wcześniejsze postacie z Twoich snów: starszy mężczyzna, który jako jedyny pozwolił Ci się ukryć przed prześladowcami, oraz sowa, która ryzykowała życie, żeby dodawać ludziom otuchy swoim śpiewem. Kapitanka należy chyba do tej samej rodziny symbolicznych postaci. Jest kompetentna, spokojna, silna i opiekuńcza, ale nie odbiera nikomu sprawczości. Nie przypomina matki. Nie przypomina też osoby dominującej. Jest kimś, komu można zaufać właśnie dlatego, że nie musi nikogo kontrolować.

Zatrzymałam się jeszcze przy jednym szczególe. Piszesz, że miała na sobie podomkę przypominającą tę noszoną przez Twoją babcię. To już drugi sen z rzędu, w którym element garderoby babci pojawia się u pozytywnej kobiecej postaci. Zastanawiam się, czy Twój umysł nie wykorzystuje tego stroju jako znaku starszej kobiety, która nie jest matką. Jakby próbował zbudować inny wzorzec kobiecej opieki – spokojniejszy, bardziej życzliwy.

Oba sny razem wydają mi się bardzo spójne. W pierwszym odzyskujesz przestrzeń, ale odkrywasz, że przeszłość wciąż w niej leży, nieruchoma i zakonserwowana. W drugim nie wracasz już do mieszkania. Wsiadasz na kuter i wypływasz z ludźmi, którym ufasz, zostawiając matkę na brzegu. Nie wiesz jeszcze, dokąd płyniecie. Ale pierwszy raz od dawna wydaje mi się, że sam kierunek podróży jest ważniejszy niż miejsce, do którego dopłyniecie.


wtorek, 7 lipca 2026

Sen

             Jaki straszny sen dziś miałam. Byłam gdzieś z rodzicami. Wyglądało to jak pociąg, każdy miał swój przedział, ja miałam osobny, rodzice osobny. Zajmowaliśmy je jak pokoje, choć wyglądały jak normalne przedziały, po 3 siedzenia z każdej strony, stare obicia PKP, jak wtedy, kiedy jeździliśmy na wakacje do Szklarskiej albo do Duszników, kiedy byłam dzieckiem. Stary, starty materiał na siedzeniach. Taki z napisem: PKP. Po wyjściu z przedziału było się w wąskim korytarzu, który miał okna - jak w pociągu, ale wydawało się, że on stoi. Nie poruszał się. Byliśmy tam z Sarą. W scenie, którą pamiętam, ja biegnę do przedziału matki, a potem za nią na korytarz - naga! - żądam, żeby mi oddała ubrania, które mi ukradła i schowała, bo muszę wyprowadzić Sarę, którą matka dodatkowo napoiła wodą, żeby musiała wyjść jak najszybciej. Biegam naga po korytarzu, mam gdzieś tych wszystkich ludzi, którzy tam są, interesuje mnie tylko dobro Sary.

            Wracam do przedziału matki, bo ona też tam wraca. I widzę, że Sary tam nie ma. Natychmiast wiem, że to matka coś z nią zrobiła. Jest zdolna do wszystkiego, mogła ją komuś sprzedać, oddać, cokolwiek. I zaczyna się. Wrzeszczę: Gdzie jest Sara?! Gdzie jest Sara?! Matka śmieje mi się w twarz i nic nie mówi. Wie, jak mnie najbardziej skrzywdzić - nie musi mnie w ogóle dotykać, wystarczy, że skrzywdzi Sarę. Dalej krzyczę: Gdzie jest Sara! Po wielu bezowocnych próbach wydobycia tej informacji od matki łapię ją za fraki, podnoszę do góry (bo siedzi) i nią potrząsam. Skąd we śnie miałam tyle siły? Nie wiem, w realu nigdy bym takiej siły nie miała, matka zawsze była silniejsza ode mnie.
            Jestem gotowa na wszystko, ale matka nadal tylko śmieje mi się w twarz. Nic nie musi robić. Doskonale wie, że nie musi się bronić, nic nie musi robić, znowu: wystarczy, że skrzywdzi Sarę. Już nie pytam o ubrania, one przestają być nagle ważne, ważne jest tylko odzyskanie Sary całej i zdrowej, ale matka ukrywa tę informację - i to jest dla mnie największą krzywdą. Sen się urywa i nigdy się tego nie dowiaduję.
            Wcześniej było jeszcze coś o projektowaniu biblioteczki. Zobaczyłam, że tata przyniósł do swojej kuchni jakieś specjalne lampki, które się montowało na parapecie w szczelinie pod oknem. Na całej szerokości okna. Świeciły na różne kolory w zależności od pogody. Te w pociągu świeciły na czerwono, a światełko przesuwało się z prawej do lewej i z powrotem. Chciałam takie światełka do biblioteczki i rozmawiałam o tym z tatą, który miał je zamontować.

 

Dagmaro, ten sen jest bardzo spójny z tym, o czym rozmawiamy od dawna. Nie wydaje mi się, żeby jego głównym tematem był pociąg, nagość czy nawet kradzież ubrań. Wszystko to jest tylko scenografią dla jednego, bardzo wyraźnego motywu: matka bierze jako zakładnika to, co kochasz najbardziej. To jest chyba najmocniejszy element tego snu. W poprzednich snach matka zabierała Ci biurko, płaszcz, zmieniała pokój, narzucała kanapę i żółtą narzutę. To były przedmioty ważne dla Ciebie. Tutaj sen idzie o krok dalej. Przedmiotów już nie wystarczy. Największą wartością jest Sara. I sen to wie. „Nie musi mnie w ogóle dotykać, wystarczy, że skrzywdzi Sarę.” To zdanie, które napisałaś po śnie, właściwie streszcza jego sens.

Bardzo podoba mi się obraz pociągu, który... nie jedzie. To jest jednocześnie pociąg i dom, czyli miejsce przejściowe, które stało się miejscem zamieszkania. Mam skojarzenie z dzieciństwem: wakacyjne pociągi do Szklarskiej i Dusznik były zapewne czymś bezpiecznym, kojarzyły się z rodziną i podróżą. Sen bierze ten bezpieczny obraz i umieszcza w nim zagrożenie. To częsty mechanizm snów – wykorzystują znaną scenografię, żeby opowiedzieć o czymś zupełnie innym. Uderzyła mnie też nagość. W większości snów oznacza ona wstyd albo bezbronność, ale u Ciebie jest odwrotnie. Piszesz: „Mam gdzieś tych wszystkich ludzi.” To bardzo ważne. Ty nie odczuwasz wstydu, nie interesuje Cię, co pomyślą inni. Jesteś gotowa wyjść naga na korytarz, bo istnieje tylko jeden cel: uratować Sarę. Sen pokazuje więc, że w sytuacji zagrożenia wszystkie normy społeczne przestają mieć znaczenie. To bardzo autystyczne podejście do priorytetów: kiedy pojawia się coś naprawdę ważnego, cała reszta znika. Podobnie dzieje się z ubraniami. Na początku są celem, ale kiedy znika Sara, stają się kompletnie nieważne. To niemal hierarchia wartości pokazana w czasie rzeczywistym.

Chyba najbardziej przerażający jest śmiech matki. Nie dlatego, że jest agresywna, lecz właśnie dlatego, że nic nie robi. Piszesz: „Nic nie musi robić.” To przypomina wiele Twoich wspomnień z dzieciństwa. Najbardziej bolesne nie było to, że matka używała siły. Najbardziej bolesne było, że doskonale wiedziała, gdzie uderzyć, żeby zabolało najmocniej. Sen odtwarza dokładnie ten mechanizm. Zaciekawiło mnie też to, że podnosisz ją do góry. Piszesz: „Skąd we śnie miałam tyle siły?” Może właśnie dlatego, że we śnie siła fizyczna nie jest najważniejsza. Tak naprawdę nawet wtedy nic nie osiągasz. Nie wygrywasz, nie odzyskujesz informacji, ona nadal kontroluje sytuację. Sen mówi więc coś bardzo gorzkiego: nawet gdybyś była silniejsza fizycznie, to i tak nie odbierzesz jej tej przewagi, którą daje jej wiedza o tym, gdzie jest Sara. To nie jest walka mięśni. To walka o informację.

I tata... pojawia się dopiero w drugim fragmencie. Jak często. Nie przy przemocy, nie przy matce, ale przy tworzeniu. Przy biblioteczce. Przy światłach. Przy projektowaniu. To bardzo charakterystyczne dla wielu Twoich snów. Tata jest obecny wtedy, kiedy powstaje coś pięknego. Matka pojawia się wtedy, kiedy coś odbiera. Bardzo podobają mi się też lampki. Światło zmieniające kolor w zależności od pogody. To jest niezwykle Twoje. Nie są praktyczne – są estetyczne, sensoryczne, zmieniają atmosferę. I znowu pojawia się biblioteczka. Od kilku miesięcy wraca w Twoich snach motyw biblioteczki, craft roomu, miniaturek, domków dla lalek, projektowania przestrzeni i światła. Mam wrażenie, że to wszystko należy do jednego większego obrazu.

To jest tworzenie miejsca całkowicie własnego. Miejsca, którego nikt nie będzie mógł już przemeblować, zabrać z niego biurka, zmienić kanapy ani schować płaszcza. Aż uderza mnie kontrast między obiema częściami snu. Pierwsza jest o świecie, w którym ktoś może odebrać Ci to, co najcenniejsze. Druga – o świecie, który sama projektujesz, wybierając nawet sposób, w jaki światło będzie przesuwało się pod oknem czy na biblioteczce. To jak przejście od przetrwania do tworzenia. Mam wrażenie, że ten drugi motyw pojawia się w Twoich snach coraz częściej niż kilka lat temu.