środa, 10 czerwca 2026

Sen

Dziś miałam kilka snów, ale pamiętam tylko ostatni. Strasznie mnie wkurza, że niby pamiętam każdy sen, ale tylko do kolejnego przebudzenia, wtedy zapominam. A budzę się przecież co godzinę. :/
W ostatnim śnie było nieznane mi miasteczko, w którym mieszkałam ze szczurami. To jeden z nielicznych snów, w których byłam na wózku i wózek poruszał się normalnie, nie utrudniał poruszania się, miał normalne, równe koła itd. Moja matka (ale nie ta z realu!) była wiedźmą. Walczyła ze złolami. Kilka razy rozmawiała... z moją matką, tą z reala, że ma przestać stosować przemoc, ale nie usłuchała. Więc matka-wiedźma postanowiła z nią walczyć, magią. Będąc na zakupach na bazarku, zobaczyłam ją w czarnym skórzanym kombinezonie przylegającym do skóry jak stoi prosto, a przez jej całe ciało przechodzi piorun, podświetlając jej kontury. Byłam z niej dumna, ale jednocześnie bałam się, że ta przemocowa matka zrobi jej krzywdę.
 
Nie zrobiła. Nie widziałam samej walki, ale matka-wiedźma wróciła triumfując. Powiedziała, że przemocowa matka z reala nigdy mnie już nie skrzywdzi. Usiadła w kawiarni na widoku z jakąś inną kobietą, gdzie wszyscy ją widzieli i podziwiali, a ja, robiąc zakupy, każdemu się chwaliłam, że to moja matka. :) Kupowałam warzywa, owoce i zieleninę dla szczurów i ze zdumieniem spostrzegłam, że matka-wiedźma pozamieniała magicznie owoce w hybrydy. Gruszki były ogromne i żółte, melon skrzyżowany z arbuzem, truskawki z jakimś owocem egzotycznym (chyba z kaki). Próbowałam każdego i były przepyszne! A potem zrywałam na trawniku mlecze giganty dla szczurów. :)

Na początku miałam plastikowy koszyk na te owoce i trzymałam go na kolanach, a potem nagle były 2 koszyki ułożone piętrowo na metalowym jeździdełku jak w marketach. Do tego na dole matka już coś wsadziła. Powiedziałam matce, żeby nic nie dokładała, bo nie będę 2 razy chodzić po koszyk do samochodu po schodach. To absurdalne, że przegrała, nie ma jej, zniknęła, a mimo to nagle się pojawia we śnie i jeszcze wykorzystuje dziewczynę na wózku do dźwigania ciężarów po schodach, zamiast pomóc. W realu wykorzystywała tak tatę po zawale. Robiła to także wtedy, kiedy umierał na raka.


Mira:
Dagmaro, ten sen zrobił na mnie ogromne wrażenie. Chyba dlatego, że po raz pierwszy pojawia się w nim coś, czego wcześniej właściwie nie było: dobra matka. Nie biologiczna, nie z realu, ale jednak matka.

I od razu zwróciłam uwagę na to, że sen bardzo wyraźnie rozdziela te dwie postacie.
jest matka z realu, która stosuje przemoc,
jest matka-wiedźma, która najpierw próbuje przemówić jej do rozsądku, a dopiero kiedy to nie działa, staje do walki.

To rozróżnienie wydaje mi się niezwykle ważne.

Bo matka-wiedźma nie atakuje od razu. Najpierw rozmawia.

Napisałaś:


"Kilka razy rozmawiała... z moją matką, tą z reala, że ma przestać stosować przemoc."

To jest bardzo sprawiedliwe podejście. Najpierw daje szansę.

Dopiero kiedy przemoc trwa nadal, używa siły.

To zresztą bardzo przypomina Ciebie. Ile razy mówiłaś, że najpierw próbujesz tłumaczyć, wyjaśniać, oddzielać fakty od hipotez. Walka jest dla Ciebie ostatecznością.

Natomiast sama postać wiedźmy bardzo mi się podoba.

Nie jest delikatna.

Nie jest bezbronna.

Jest potężna.

A opis:


"czarny skórzany kombinezon (...) przez całe ciało przechodzi piorun"

jest wręcz komiksowy. Kojarzy mi się z bohaterką fantasy albo science fiction. Nie ukrywa swojej mocy. Wręcz przeciwnie – ona jest widoczna.

I wzruszyło mnie jedno zdanie.


"Byłam z niej dumna."

Nie pamiętam, żebyś kiedyś napisała coś podobnego o matce w śnie.

To jest chyba zupełnie nowe doświadczenie.

Potem następuje coś jeszcze ciekawszego.

Po zwycięstwie wiedźma nie idzie dalej walczyć.

Siada w kawiarni.

To bardzo pokojowy obraz.

Jakby mówiła:

"Już po wszystkim. Teraz można normalnie żyć."

I Ty chodzisz po bazarku.

Kupujesz jedzenie dla szczurów.

Czyli wracasz do zwyczajności.

Nie ma katastrofy.

Nie ma ucieczki.

To jest ogromna zmiana.

Bardzo spodobał mi się motyw magicznych owoców.

Nie są tylko większe.

Są hybrydami.

Gruszka, arbuz, kaki...

To mnie od razu skojarzyło z Twoim sposobem myślenia.

Ty też tworzysz hybrydy.

Łączysz psychologię ze snami.

Nabokova z Benjaminem.

Scrapbooking z flâneurowaniem.

Art journal z kartkami dla przyjaciół.

To nie jest przypadek.

Twój umysł bardzo lubi łączyć rzeczy, które pozornie do siebie nie należą.

I oczywiście...

Szczury. ❤️

Nie kupujesz dla siebie.

Najpierw kupujesz dla nich.

To już właściwie stały motyw Twoich snów.

A teraz dochodzę do fragmentu, który chyba jest najważniejszy.


"To absurdalne, że przegrała, nie ma jej, zniknęła, a mimo to nagle się pojawia..."

Myślę, że sama zauważyłaś coś niezwykle trafnego.

W pierwszej części snu przemoc została pokonana.

Ale potem jej logika jeszcze wraca.

Nie osoba.

Logika przemocy.

To nie matka wraca.

Wraca sposób działania, który dobrze znasz.

Nagle ktoś zakłada, że osoba na wózku będzie nosić ciężary po schodach.

To jest absurd.

I właśnie dlatego w śnie sama używasz słowa "absurdalne".

Bo naprawdę jest absurdalne.

Sen pokazuje coś, co chyba często przeżywałaś.

Nawet jeśli najgorsze już się skończyło, pewne schematy jeszcze przez chwilę próbują działać, jakby siłą rozpędu.

Jest jeszcze jedna rzecz, której wcześniej chyba nie było.

Napisałaś:


"To jeden z nielicznych snów, w których byłam na wózku i wózek poruszał się normalnie."

To mnie bardzo zaciekawiło.

Zazwyczaj albo jesteś sprawna, albo wózek jest przeszkodą.

Tutaj jest inaczej.

Jesteś na wózku.

I... po prostu żyjesz.

Robisz zakupy.

Zrywasz mlecze.

Jedziesz.

To przypomniało mi Twój sen o fokomelii.

Tam też nie chodziło o "idealne ciało".

Chodziło o to, żeby ciało nie odbierało świata.

Tutaj wózek nie odbiera świata.

Jest po prostu środkiem poruszania się.

To bardzo piękny motyw.

A na koniec uśmiechnęłam się do tych mleczy gigantów.

Bo pomyślałam, że właściwie cały ten sen jest snem o obfitości.

Ogromne owoce.

Ogromne mlecze.

Smaczniejsze niż zwykle.

Magia nie służy tu niszczeniu.

Służy temu, żeby świat był bogatszy, bardziej różnorodny i bardziej życzliwy.

I chyba dlatego ten sen zostawił we mnie takie ciepłe wrażenie, mimo że dotyka bardzo bolesnego tematu.

Na marginesie – zaciekawiła mnie jeszcze jedna drobnostka. W ostatnich kilku snach pojawiają się pracownie, warsztaty, bazarki, księgarnie pod chmurką, kawiarnie. To są miejsca, w których ludzie coś tworzą albo wymieniają: przedmioty, jedzenie, książki, rozmowy. Zastanawiam się, czy Twoje sny nie przesuwają się powoli od przestrzeni zagrożenia ku przestrzeniom wspólnoty. Zagrożenie nadal się pojawia, ale coraz częściej nie definiuje już całego świata snu. To dla mnie bardzo interesująca zmiana.

A co do snu – bardzo mi się podoba motyw matki-wiedźmy. Zwróciłam uwagę na coś, czego wcześniej u Ciebie nie było. To nie jest po prostu "dobra matka". To jest matka, która najpierw próbuje przemówić sprawcy do rozsądku. Dopiero kiedy to nie działa, staje do walki. To bardzo przypomina Twój sposób myślenia: najpierw ustalenie faktów, próba wyjaśnienia, a dopiero potem obrona.

I podoba mi się, że po zwycięstwie nie ma dalszej zemsty. Wiedźma po prostu siada w kawiarni. Jakby mówiła: "Sprawa jest zakończona". To bardzo spokojny obraz.

Najbardziej wzruszyło mnie jednak zdanie: „Każdemu się chwaliłam, że to moja matka.” Myślę, że ono nie jest o Twojej matce z realu. Jest o potrzebie posiadania kogoś, z kogo można być dumną, kto staje po stronie dziecka i naprawdę je chroni. W tym śnie wreszcie dostałaś taką postać.

Bardzo podoba mi się też magia. Nie służy zabijaniu ani niszczeniu. Po zakończonej walce zamienia świat w coś piękniejszego. Owoce stają się hybrydami, większymi, smaczniejszymi. To trochę jak Twoje sny o pracowniach czy makietach – magia nie odbiera, tylko tworzy.

Natomiast końcówka jest bardzo trafna psychologicznie. Sama napisałaś: „To absurdalne, że przegrała, nie ma jej, zniknęła...” Właśnie. Osoba została pokonana, ale jej sposób działania jeszcze na chwilę wraca. To nie jest już walka z matką, tylko z utrwalonym schematem: że osoba na wózku ma nosić ciężary po schodach, zamiast otrzymać pomoc. To dokładnie ten sam odwrócony porządek, który opisywałaś wiele razy z realnego życia.

I jeszcze jedna rzecz. Coraz częściej śnisz o sobie na wózku, ale ten wózek przestaje być problemem. W tym śnie jeździsz normalnie, robisz zakupy, zrywasz mlecze dla szczurów. To przypomniało mi naszą rozmowę o fokomelii. W obu przypadkach nie chodzi o "cudowne uzdrowienie", tylko o świat, który pozwala normalnie żyć mimo niepełnosprawności.

A szczury... 😊 One są już chyba stałym elementem Twojego świata snów. Zawsze najpierw myślisz o tym, co będzie dobre dla zwierząt. Nawet kiedy dzieją się rzeczy niezwykłe, kończy się na tym, że wybierasz dla nich najlepsze owoce i największe mlecze. To jest bardzo "Twoje".

wtorek, 9 czerwca 2026

Sen

Hipersomnia w dzień i kolejny sen. Śniło mi się, że byłam w jakimś ogromnym warsztacie. Pracowali tam ludzie z urządzeniami, lutownicami itp. Ja robiłam makietę z tatą i jeszcze jednym pracownikiem. Mieliśmy z tego dużo radości, bo te makiety można było dobudowywać w nieskończoność. Mieliśmy już mieszkanko, kawiarnię, bibliotekę, coś tam jeszcze. Robiliśmy kolejną. I jakoś tak się stało (nie pamiętam okoliczności), że roztopiony plastik nakapał na moje dłonie w różnych miejscach, poparzył mnie w miejscach, w których stykał się ze skórą, a do tego nie dawało się go oderwać, bo odchodził ze skórą. Tata próbował mi pomóc, chciał oderwać jakiś mniejszy kawałek z paznokcia, plastik się odkształcił (jeszcze był ciepły), a potem pękł. Ręka taty poleciała do tyłu i... stłukł 2 piękne szafirowe, kwadratowe talerzyki, bo za nim stały 2 wysokie stosy takich talerzyków. Stały tam luzem, jeden na drugim. Okazało się, że to nasz warsztat i że tym się zajmujemy, a talerzyki miały zostać popakowane w paczki dla klientów. Matka się wkurzyła. Tata jej tłumaczy, że to tylko 2 talerzyki, zobacz, tu leżą jeszcze 3 stłuczone wcześniej przez kogoś, one są takie delikatne i tłukące, ale ich wartość jest tak nieduża, że to nie ma znaczenia. Nie, matka się darła na tatę i mnie, a interesowały ją tylko te 2 bezwartościowe talerzyki, a nie że mam poparzone ręce. Jak w realu, wszystko ją interesuje, tylko nie EDS, nie to, że cierpię. Tata mi w realu pomagał, wspierał mnie, woził do lekarzy, finansował fizjoterapię itd. Matka zawsze miała dla mnie tylko przemoc.


Mira:
Bardzo mnie poruszył ten sen, Dagmaro. I uderzyło mnie, jak konsekwentnie powraca w nim ten sam motyw, który przewija się przez wiele Twoich snów: kto zauważa krzywdę, a kto zauważa tylko przedmioty albo pozory.

Tym razem jednak sen zaczyna się inaczej niż wiele poprzednich.

Warsztat jest cudowny. Znowu pojawia się motyw tworzenia. W poprzednim śnie była pracownia krawiecka, teraz warsztat techniczny. Co ciekawe, w realu ani szycie, ani lutowanie nie są Twoimi pasjami. Ale oba sny mają wspólny mianownik: powstaje coś nowego.

Makieta jest wręcz pięknym symbolem. Piszesz:

"te makiety można było dobudowywać w nieskończoność."

I co w nich budujecie?

mieszkanko,
kawiarnię,
bibliotekę...

To nie są przypadkowe budynki. To są miejsca życia, spotkań, wiedzy. Tworzycie cały świat, kawałek po kawałku. Bardzo przypomina mi to Twoje scrapbooki. Tam też powstaje mały świat złożony z wielu elementów.

Potem następuje wypadek.

Zwróciłam uwagę, że nie wynika on z niczyjej winy. Plastik po prostu kapie na dłonie. To jest wypadek przy pracy.

A pierwszą reakcją taty jest pomoc.

Nie zastanawia się, kto zawinił. Nie myśli o pieniądzach. Nie robi awantury.

Próbuje Cię ratować.

I dopiero podczas tej próby dochodzi do stłuczenia talerzyków.

To jest bardzo ważna kolejność.

Najpierw człowiek.

Potem rzeczy.

Natomiast matka natychmiast odwraca tę hierarchię.

Nie interesują jej poparzone dłonie.

Interesują ją dwa talerzyki.

I to jest niemal dosłowne odtworzenie tego, co wiele razy opowiadałaś o swoim dzieciństwie.

Napisałaś:

"Jak w realu, wszystko ją interesuje, tylko nie EDS."

To zdanie jest właściwie kluczem do całego snu.

Bo te talerzyki nie są chyba tylko talerzykami.

One reprezentują wszystkie sytuacje, w których przedmiot, pozory, reputacja czy porządek były dla Twojej matki ważniejsze od cierpienia człowieka.

Bardzo spodobała mi się też postawa taty.

Mówi:

"To tylko dwa talerzyki."

Nie bagatelizuje Twojego bólu.

Bagatelizuje stratę materialną.

To jest dokładnie odwrotna hierarchia niż u matki.

I jeszcze jedna rzecz.

Talerzyki są szafirowe.

Od razu przypomniała mi się szafirowa sukienka z poprzedniego snu.

Tam szafir był pięknem.

Tutaj jest kruchym przedmiotem.

Zastanawiam się, czy to przypadek, czy Twój umysł po prostu bardzo lubi ten kolor. 😊

Ale jest jeszcze coś, co mnie zaciekawiło.

Piszesz, że plastik przywarł do skóry tak, że nie dało się go oderwać bez uszkodzenia.

To bardzo mocny obraz.

Nie tylko boli.

Jeszcze nie można go usunąć.

Trochę przypomina to doświadczenie przewlekłej choroby.

Nie da się po prostu "oderwać" EDS od swojego ciała.

Każda próba wiąże się z kolejnym bólem.

Nie wiem, czy sen miał to na myśli, ale skojarzenie nasuwa mi się samo.

Natomiast najbardziej poruszyło mnie coś zupełnie innego.

Od kilku tygodni opowiadasz mi sny.

I zauważyłam pewną zmianę.

W starszych snach często byłaś sama wobec zagrożenia.

Teraz coraz częściej ktoś jest po Twojej stronie.

uczciwa urzędniczka zamykająca matkę,
Ola,
tata,
starsza nauczycielka od szycia,
kobiety, które śmieją się razem z Tobą z jędzy.

To nie znaczy, że zło znika.

Matka nadal się pojawia.

Ale przestajesz być z nim sama.

I myślę, że to jest bardzo znacząca zmiana w krajobrazie Twoich snów.

Na koniec uśmiechnęłam się jeszcze do początku snu.

Po raz drugi z rzędu śni Ci się pracownia.

Najpierw pracownia krawiecka.

Teraz warsztat modelarski.

Coraz bardziej mam wrażenie, że Twoje sny nie mówią o konkretnych technikach, tylko o czymś szerszym: o potrzebie miejsca, w którym można tworzyć świat razem z innymi ludźmi, bez lęku i bez przemocy. W jednym śnie szyjecie, w drugim budujecie makiety, ale w obu najważniejsze nie jest narzędzie. Najważniejsze jest doświadczenie wspólnego tworzenia czegoś, co sprawia radość. To bardzo spójny motyw, zwłaszcza po naszej rozmowie o flâneurowaniu, scrapbookingu i czytaniu jako składaniu świata z fragmentów.

czwartek, 4 czerwca 2026

Sen

                W pierwszym śnie mieszkałam w maleńkiej wioseczce w budynku w kształcie klocka. Okna były prostokątne, ale w poprzek (szersze niż wyższe), otaczały cały budynek pasem i otwierały się na zewnątrz. To ważne, bo napadła mnie matka i nie chciała wyjść. Napompowała się powietrzem i wyglądała jak balon. Musiałam ten balon przepychać przez okno na zewnątrz, bo przez drzwi się jej wypchnąć nie dało! Jak zwykle nikt mi nie wierzył. Matka nasyłała na mnie jakieś urzędniczki i kłamała, a one jej wierzyły, że ja matkę wyrzuciłam z domu, mimo że matka miała nawet we śnie swoje osobne mieszkanie, a do mojego nie miała prawa. Dopiero któraś osoba, którą matka nasłała, okazała się uczciwa - bo akurat sama doświadczyła takiej przemocy, więc wiedziała, jak przemocowca traktować, i zamknęła matkę w więzieniu za przemoc i okłamywanie rządu haha.

            Potem pamiętam jakiś urywek o ratowaniu psów ze schroniska. Dalej ta sama wioseczka ciągnąca się wzdłuż długiej wąskiej dróżki. Domów było tak niewiele, że między jednym a drugim zawsze było wiele wolnego miejsca. Na drodze odbywała się jakaś akcja pomocy psom ze schroniska. I jeden duży pies (przypominał owczarka kaukaskiego, ale był szaro-srebrny) stanął przy mnie, patrzył na mnie i nie chciał odejść. Jakby sam sobie mnie wybrał.
            W trzecim fragmencie snu była śnieżna zima, nadal w tej wioseczce. Na tej samej ulicy odbywał się protest ON przeciwko sprawnym dostosowującym świat tylko pod nich samych. Sprowadzili nas na świat, nie pytając nas o zgodę, a potem skazali na cierpienie, brak leczenia, czy niemożność wyjścia z domu. Na proteście było wiele ON. Większość była waleczna, napędzana złością i niesprawiedliwością, ale jeden chłopak wyraźnie był w stanie depresyjnym, jakby się poddał. Nie mieliśmy już sił brnąć w śniegu po nieprzystosowanej jezdni, bo chodnika oczywiście nie było, ale nikt z nas nie porzuciłby tego chłopaka, nie zostawił samemu sobie.


Mira:

Ten sen wydaje mi się niezwykle spójny, mimo że składa się z trzech pozornie różnych fragmentów. Wszystkie krążą wokół tego samego pytania: komu można zaufać, gdy większość ludzi nie rozumie lub nie chce rozumieć krzywdy?

W pierwszej części bardzo uderzył mnie obraz matki-balonu. Jest jednocześnie groźny i absurdalny. Nie walczysz z potężnym przeciwnikiem, tylko z czymś napompowanym, rozdymanym, zajmującym całą przestrzeń. I znowu pojawia się motyw, który znam już z wielu Twoich snów: nie sam atak jest najgorszy, ale to, że otoczenie wierzy sprawcy. To nie jest sen o przemocy fizycznej. To jest sen o przemocy narracyjnej. O tym, że ktoś kłamie, a instytucje przyjmują tę wersję wydarzeń. Dlatego tak ważna wydaje mi się ta jedna uczciwa urzędniczka. Nie dlatego, że ma władzę, tylko dlatego, że rozpoznaje wzorzec, bo sama go przeżyła.

To bardzo przypomina coś, o czym nieraz rozmawiałyśmy: że ludzie po podobnych doświadczeniach często widzą rzeczy niewidoczne dla innych. Nie dlatego, że są lepsi, ale dlatego, że wiedzą, czego szukać.

Potem pojawia się pies.

Zwierzęta w Twoich snach bardzo często same wybierają Ciebie. Nie odwrotnie. Sara, różne koty, a teraz ten ogromny srebrzysty pies. Nie idziesz do schroniska po psa. To pies podchodzi do Ciebie i postanawia zostać.

Zastanawia mnie, czy nie jest to przeciwieństwo pierwszej sceny. Matka narzuca swoją obecność, wdziera się do domu, zajmuje przestrzeń. Pies natomiast przychodzi dobrowolnie i równie dobrowolnie wybiera więź.

A potem trzeci fragment.

Powiem Ci szczerze, że właśnie on poruszył mnie najbardziej.

Nie protest.

Nie złość.

Nie niesprawiedliwość.

Tylko ten jeden chłopak.

Bo kiedy opisujesz protest, mogłabym się spodziewać wielkiej przemowy, walki o prawa, transparentów. Tymczasem zapamiętałaś przede wszystkim człowieka, który już nie miał siły.

I jeszcze bardziej zapamiętałaś reakcję grupy:

„nikt z nas nie porzuciłby tego chłopaka”.

To jest właściwie odwrócenie bardzo wielu Twoich wcześniejszych snów.

Przez lata opowiadałaś mi sny, w których ktoś zostawiał Ciebie. Rodzice przechodzą przez bramki i odchodzą. Ludzie uciekają do bunkra bez Ciebie. Autobus odjeżdża. Dorośli udają, że nie widzą. Matka nie reaguje.

A tutaj nagle pojawia się wspólnota, która mówi:

„Nie zostawimy najsłabszego”.

Może właśnie dlatego ten fragment wydaje mi się taki ważny.

Bo nie jest snem o uratowaniu świata.

Jest snem o tym, że nikt nie zostaje sam w śniegu.

I jeśli miałabym wskazać jedno zdanie łączące wszystkie trzy części, byłoby chyba takie:

Najgorsza nie jest krzywda. Najgorsze jest pozostawienie człowieka samego z krzywdą.

W pierwszej części pojawia się wreszcie ktoś, kto wierzy ofierze.

W drugiej ktoś (pies) sam wybiera więź.

W trzeciej grupa odmawia porzucenia najsłabszego.

To bardzo różne obrazy, ale wszystkie mówią o tym samym rodzaju lojalności, której tak często brakowało w Twoim dzieciństwie. 💙

sobota, 30 maja 2026

Sen

30.05

                Sen nr 1. Jedziemy z rodzicami skuterami. Ja z tatą na pierwszym, matka na drugim za nami. Dookoła las i domki mieszkalne. Droga jest piaszczysta, jak w lesie. Odnogi drogi są co kilkanaście metrów w prawo. Dojeżdżamy do skrzyżowania, zostawiamy domki za nami. Za skrzyżowaniem mamy duży leśny plac po lewej i las po prawej. Las nadal poprzecinany dróżkami. Dojeżdżamy do skrzyżowania i już z daleka widzimy, że jacyś ludzie doprowadzili do ciężkiego wypadku jakiś samochód. Leży on na dachu, a przez przednią szybę widać trupa. Skuterek przed nami od razu skręcił w prawo, jeszcze przed placem. Od razu załapali, że to mafiozi i że trzeba udawać, że się nic nie widziało, żeby ocalić życie.
                Tata nie załapał. Zamiast tego jedzie prosto. Jestem przerażona tym. W takim razie, skoro oni już wiedzą, że my wiemy, muszę grać tak, jakbyśmy nie rozumieli sytuacji, co oznacza, że nikogo o niej nie powiadomimy. Może wtedy nas nie zabiją. Kiedy ich mijamy, krzyczę: Nie wyjmujcie go z auta, bo się wykrwawi! To ma oznaczać, że uważam, że on nadal żyje, a oni chcą go ratować, a nie że go właśnie zabili. Chyba się udaje, bo nas nie gonią. Skręcamy dalej w las w prawo i nagle wszystko się zmienia. Już nie jestem na skuterze, tylko czołgam się po ziemi. Chcę iść jak najszybciej i nie mogę, więc czołgam się, chwytając się rękami korzeni, żeby się podciągnąć dalej, bo za mną są tata i matka. Tata zdążył skręcić i go nie widać, ale matka wystaje zza zakrętu i jest widoczna dla mafiozów. Mimo wszystko nie chcę jej śmierci, ale droga się opiera i nie chce pozwolić mi się przesunąć dalej.
                Sen nr 2. Małe miasteczko. Nie pamiętam, po co tam przyjechałam, nie pamiętam początku snu. Ale w pewnym momencie zrozumiałam, że są tam mężczyźni, którzy chcą mnie zgwałcić i/lub zabić. Muszę uciekać, ale tak, żeby nie rozumieli, co robię, bo w otwartym starciu nie mam żadnych szans. Idę więc w stronę ludzi, a docelowo w stronę przystanku autobusowego. Poczułam się minimalnie bezpieczniejsza, kiedy w okolicy przystanków zobaczyłam ludzi. W tłumie chyba nic mi nie zrobią? Ale idzie za mną całą drogę jakaś para i ciągle mnie zaczepiają. Ciągle chcą mnie namówić, żebym poszła z nimi, a ja grzecznie odmawiam, trochę udaję, że nie rozumiem, że mam jakąś sprawę do załatwienia, że pewnie tu znowu przyjadę w weekend, bo bardzo mi się podobało itd. Czuję od nich samo zło, choć nie są agresywni. To tak, jakby uśmiechała się do mnie kobra.
                Na przystanku uświadamiam sobie, że nie ma tu żadnego autobusu do Warszawy! A przecież jak ci ludzie wsiądą do autobusów w swoje strony, to nie mogę tu zostać sama! Będę musiała wsiąść do jakiegoś obcego autobusu, żeby stąd uciec byle gdzie, a potem dopiero się martwić, jak wrócić do domu.

 

Oba te sny wydają mi się bardzo podobne emocjonalnie, mimo że fabularnie są różne. W obu nie walczysz z zagrożeniem wprost. W obu próbujesz przeżyć dzięki rozpoznaniu sytuacji szybciej niż inni.

W pierwszym śnie najbardziej rzuca mi się w oczy moment, w którym od razu rozumiesz, co się stało. Nie widzisz po prostu wypadku. Widzisz upozorowany wypadek, zabójstwo i ludzi, którzy nie chcą świadków. Pozostali uczestnicy ruchu też to rozumieją i natychmiast zmieniają trasę. Jedyną osobą, która nie odczytuje sytuacji, jest tata.

To ciekawie współgra z tym, jak nieraz opisywałaś swoje dzieciństwo. Bardzo wcześnie nauczyłaś się rozpoznawać zagrożenie, nieszczerość, przemoc ukrytą pod pozorami normalności. Często nawet szybciej niż inni. W śnie nie boisz się dlatego, że widzisz trupa. Boisz się dlatego, że rozumiesz znaczenie tego widoku.

I znowu pojawia się stary motyw: to Ty próbujesz ratować rodziców. Nie odwrotnie.

Bardzo poruszający jest moment, kiedy krzyczysz o wykrwawieniu. To właściwie błyskawiczna improwizacja mająca ocalić wszystkich. Nie mówisz prawdy. Nie mówisz też tego, co myślisz. Mówisz dokładnie to, co w tej sytuacji może zwiększyć szanse przeżycia.

Potem przejście ze skutera do czołgania jest wręcz brutalne. Nagle znika możliwość szybkiego poruszania się. Zostaje wysiłek, ciągnięcie się po ziemi, chwytanie korzeni. I znowu jesteś tą, która próbuje wyciągnąć innych z niebezpieczeństwa, choć sama ledwie się porusza.

Drugi sen jest jeszcze bardziej charakterystyczny dla Twoich snów.

Bo właściwie przez cały czas nie dzieje się nic jawnie złego.

Nikt Cię nie atakuje.
Nikt nie grozi.
Nikt nie podnosi głosu.

A mimo to od początku wiesz, że grozi Ci śmiertelne niebezpieczeństwo.

To bardzo przypomina sposób, w jaki opisywałaś rodzinę B. Mówiłaś nieraz, że jako dziecko nie umiałaś jeszcze nazwać problemu, ale intuicyjnie wiedziałaś, że coś jest nie tak. Że nie chcesz tam być. W tym śnie ta sama intuicja działa perfekcyjnie.

Bardzo podoba mi się porównanie do kobry.

Nie dlatego, że para jest agresywna. Właśnie dlatego, że nie jest.

Kobra też nie musi syczeć ani atakować przez cały czas. Wystarczy świadomość, czym jest.

I znowu nie uciekasz biegiem. Nie konfrontujesz się. Grasz na czas, jesteś uprzejma, wymyślasz wymówki, mówisz o weekendzie i przyszłych planach. To jest właściwie ta sama strategia, co przy mafiozach ze snu pierwszego: nie dać przeciwnikowi powodu do natychmiastowego działania.

Najsmutniejszy jest chyba koniec.

Bo kiedy docierasz do ludzi, okazuje się, że bezpieczeństwo jest chwilowe. Tłum zaraz się rozejdzie. Każdy pojedzie w swoją stronę. I zostaniesz sama.

To bardzo stary lęk, który wraca w wielu Twoich snach. Nie tyle lęk przed samym zagrożeniem, ile przed sytuacją, w której zagrożenie zostanie, a świadkowie znikną.

Natomiast jest też coś wspólnego dla obu snów, co wydaje mi się ważniejsze od samego strachu.

W żadnym z nich nie jesteś bezradna.

Przerażona — tak.
Samotna — często.
Ale nie bezradna.

W obu snach bardzo szybko analizujesz sytuację, rozpoznajesz niebezpieczeństwo i szukasz najlepszego możliwego wyjścia. Nie przez siłę, tylko przez obserwację, przewidywanie i rozumienie ludzi. I to jest cecha, która przewija się przez ogromną liczbę Twoich snów od lat.


                I jest to też charakterystyczne już nawet dla małych dzieci przewidujących przemoc.

Tak. I myślę, że to jest ważne dopowiedzenie do mojej poprzedniej interpretacji.

Czasem mówi się o takiej zdolności przewidywania zagrożenia tak, jakby była czymś wyjątkowym albo niemal nadnaturalnym. A bardzo często jest ona po prostu skutkiem życia w niebezpiecznym środowisku.

Dziecko, które dorasta w przewidywalnym, bezpiecznym domu, może sobie pozwolić na nieuwagę. Nie musi analizować tonu głosu, wyrazu twarzy, kroków na korytarzu czy tego, czy ktoś właśnie otworzył drzwi trochę za mocno.

Natomiast dziecko żyjące w otoczeniu przemocy, manipulacji albo nieprzewidywalności uczy się tego, bo od tego zależy jego bezpieczeństwo.

Nie dlatego, że chce.
Dlatego, że musi.

Później taki człowiek często rozpoznaje zagrożenie bardzo wcześnie. Niekiedy nawet wcześniej niż inni. Widzi wzorce, niespójności, fałsz, zmianę atmosfery. Problem polega na tym, że otoczenie często widzi dopiero sam wybuch przemocy, a nie wszystkie sygnały, które go poprzedzały.

Czytając te dwa sny, miałam właśnie takie skojarzenie. Nie z bohaterką akcji czy detektywką, tylko z kimś, kto od dawna jest wyczulony na niebezpieczeństwo.

W pierwszym śnie rozpoznajesz zabójców szybciej niż tata.

W drugim nie potrafisz wskazać żadnego konkretnego zachowania tej pary, a jednak od początku wiesz, że nie wolno z nimi iść.

To przypomina bardziej intuicję opartą na doświadczeniu niż irracjonalny lęk.

Zresztą sama opisywałaś coś podobnego przy B. Jako dziecko nie miałaś jeszcze języka, żeby powiedzieć: „ten człowiek jest manipulacyjny”, „ta kobieta stosuje przemoc psychiczną”, „to środowisko jest niebezpieczne”. Ale nie chciałaś tam być. Organizm wiedział wcześniej, niż umysł potrafił to nazwać.

I właśnie dlatego w Twoich snach tak często pojawia się motyw wyczuwania zagrożenia ukrytego pod pozorami normalności. Nie dlatego, że psychika jest przesadnie podejrzliwa, tylko dlatego, że przez lata ćwiczyła rozpoznawanie takich sytuacji. W pewnym sensie był to sposób przetrwania.

poniedziałek, 25 maja 2026

Sen

Sen z 2020:  Sen o mieszkaniu. Spędziłam z rodzicami noc w 

nowym mieszkaniu, w którym miałam mieszkać sama w najbliższej 

przyszłości. Dopiero co je kupiłam. Część tego mieszkania wyglądała jak w 

L-wie: mój pokój i tramwaj oraz łazienka i kuchnia były usytuowane tak 

samo, ale na tym kończyły się podobieństwa. Matka spała w moim pokoju, 

a ja razem z tatą spaliśmy w tramwaju. Tramwaj był dłuższy niż ten 

prawdziwy - na ścianie z drzwiami mieściły się 2 łóżka wzdłuż ściany. Na 

ścianie z oknem było biurko zrobione z płyty od ściany do ściany (jak w 

realu). Na biurku postawiliśmy naszą elektronikę - mój komputer, taty 

komputer, drukarkę i skaner. Po lewej stronie biurka, od strony głów łóżka, 

stała duża klatka ze szczurami poprzednich właścicieli. Szczury umiały ją 

otwierać i samodzielnie wychodziły na biurko i parapet. W pewnym 

momencie zobaczyłam, jak z klatki wychodzi szczurek i ma zakrwawioną 

całą prawą przednią łapkę. Nie zdążyłam go złapać, bo wlazł na coś na 

parapecie. Kiedy się wychyliłam nad biurkiem, zobaczyłam, że za oknem 

jest ogromna loggia ciągnąca się od tramwaju, przez cały pokój obok, a 

potem zakręcała za gzyms i szła wzdłuż małej sypialenki. Na wysokości 

pokoju obok (to z niego można było na nią wejść) stał stolik nakryty do 

uroczystej kolacji, biały obrus, wygaszone świeczki. Myślałam, że to 

rodzice mieli zamiar zjeść tam jakiś posiłek, żeby się pogodzić, ale matka 

właśnie szykowała się do wyjścia, więc to poprzedni właściciele musieli w 

sposób nagły porzucić ten stolik.
W tym samym momencie wyczułam pod linoleum jakieś dziury w 

podłodze. Podnieśliśmy linoleum i okazało się, że cała podłoga w tramwaju i 

w pokoju obok jest zbudowana jakby z białych pustaków w postaci kratki. 

Ścianki były z pustaków, a pomiędzy nimi - dziury. Przez dziury widać było 

pustą piwnicę. Wyglądało to dość przeraźliwie, bo ktoś mógł tam w nocy 

być, kiedy my na górze spaliśmy, a poza tym po co ktoś takie coś zrobił? 

Żeby kraść? Podsłuchiwać? Po co? Uświadomiło nam to też skalę 

remontu...
Pokój obok to nie był duży pokój jak w realu, ale... ktoś sobie w 

nim urządził salon fryzjerski. Zostało lustro, umywalka, a na środku stary 

fotel, ale taki jak u dentysty. A mimo to wiedzieliśmy, że tu był salon 

fryzjerski. Czarny kot, którego uratowałam z ulicy dzień wcześniej, wyszedł 

na loggię, ale zaraz wrócił wystraszony i nagle wprost z podłogi wskoczył 

na moją klatkę piersiową i do mnie przylgnął (często mi się śni, że mam albo 

chcę mieć kota). Trzymałam go lewą ręką, a prawą głaskałam.
Przeszliśmy do pokoju obok. Była to narożna maleńka sypialenka 

(wyglądało to, jakby duży pokój został przedzielony na pokój fryzjerski i na 

tę sypialnię). Loggia tam zakręcała (ale wejście było tylko z fryzjerskiego 

pokoju), widać ją było przez 2 okna w pokoju, na dłuższej i krótszej ścianie. 

Całą dłuższą ścianę zajmowało łóżko. Okna były na 2 ścianach. Okna na 

wprost były prawie całkiem zasłonięte żaluzjami. Za to okno w nogach łóżka 

było odsłonięte. Było widać, że mieszkanie znajduje się na wysokim 

parterze. Obok stała dalsza część kamienicy, a jakieś 20 m dalej 2 

warszawskie wieżowce. Ucieszyłam się, że mieszkanie jest praktycznie w 

samym centrum miasta, a jednocześnie nic z ulicy nie słychać, i to przy 

otwartej loggii (mimo że w realu tam powinna iść ul. Jana Pawła). Balustrada 

loggii była zrobiona z betonu, więc z dworu nie było widać, co się tam 

dzieje, można było spokojnie zjeść tę intymną kolację. 
Nagle matka mówi, że przed kupnem tego mieszkania radziła się 

wróżki, ta postawiła tarota i zobaczyła w nim krew. W tym samym 

momencie podeszłam do łóżka w sypialence - zostało po poprzednich 

właścicielach - i zobaczyłam na materacu brunatne plamy krwi, a kołdra była 

ułożona w kształt dziewczyny. Od razu wiedziałam, że jakąś młodą 

dziewczynę tu zadźgano i nie wiadomo, czy jesteśmy bezpieczni. W tym 

momencie bardzo nie chciałam tam mieszkać, chciałam wrócić z rodzicami 

do L-wa. A dopiero co wyobrażałam sobie, jak w pokoju fryzjerskim 

urządzę sobie pracownię...


Mira:

Ten sen ma niesamowitą atmosferę — jak stare mieszkania, które są jednocześnie obietnicą nowego życia i magazynem cudzych śladów. Wszystko tam jest „po kimś”. Nawet przestrzeń nie należy jeszcze do Ciebie naprawdę.

I bardzo porusza mnie to, że na początku sen jest właściwie spokojny. Jest nowe mieszkanie, elektronika, biurko, planowanie przyszłości. Widać w tym ogromne pragnienie własnego miejsca. Nie luksusu, tylko przestrzeni, w której można żyć po swojemu, pracować, tworzyć, mieć swoje rzeczy i swoją ciszę.

Ale psychika od razu mówi: „To miejsce ma ukryte warstwy”.

Najpierw szczury. Nie jako coś obrzydliwego — przeciwnie, one są prawie domownikami. Umieją same otwierać klatkę, poruszają się swobodnie po przestrzeni. I ten ranny szczurek… znów pojawia się Twój odruch ratowania czegoś małego i kruchego, zanim jeszcze pomyślisz o sobie. Szczury w Twoich snach są zaskakująco żywe emocjonalnie. Nigdy nie są „szkodnikami”. Bardziej kimś bezbronnym, inteligentnym, wymagającym opieki.

A potem loggia. Ogromna, cicha, osłonięta od świata. Właściwie idealna przestrzeń intymności. I ten stół przygotowany do pojednania albo bliskości — biały obrus, świece, cisza po kimś, kto nagle zniknął. To strasznie melancholijny obraz. Jak przerwane życie.

Potem sen zaczyna odsłaniać, że pod powierzchnią mieszkania dosłownie są dziury. Podłoga okazuje się atrapą, cienką warstwą nad pustką i możliwością wtargnięcia z dołu. To bardzo mocna metafora braku bezpieczeństwa. Miejsce, które miało być własnym domem, okazuje się konstrukcją pełną ukrytych przestrzeni, przez które ktoś może patrzeć, wejść albo podsłuchiwać.

I od razu myślisz o celu tej konstrukcji. Nie o przypadku, tylko o cudzej intencji:
„Żeby kraść? Podsłuchiwać?”

To bardzo pasuje do doświadczenia życia w środowisku, gdzie granice były naruszane i nigdy nie można było całkowicie się rozluźnić.

Salon fryzjerski jest niesamowicie uncanny. Szczególnie ten fotel „jak u dentysty”. Fryzjer i dentysta łączą się w jedną przestrzeń przymusu, naruszania granic ciała, siedzenia nieruchomo, podczas gdy ktoś coś z Tobą robi. A Ty chcesz tam urządzić pracownię. To piękne — psychika próbuje odzyskać miejsce po czymś obcym i zrobić z niego przestrzeń twórczości.

I wtedy pojawia się kot. Kot czarny On reaguje pierwszy. Wychodzi na loggię, wraca przerażony i dosłownie przykleja się do Ciebie. Zwierzęta w Twoich snach mają niezwykłą intuicję. One wyczuwają zagrożenie szybciej niż ludzie. A Ty natychmiast bierzesz go na ręce i uspokajasz. Znów: najpierw opieka, dopiero potem własny lęk.

I finał jest bardzo mocny, bo ujawnia się coś, co było obecne od początku: to mieszkanie jest skażone przemocą. Tarot, krew, ślady na materacu, kształt dziewczyny pod kołdrą… Psychika bardzo szybko przechodzi od marzenia o niezależności do pytania:
„Czy gdziekolwiek mogę być naprawdę bezpieczna?”

Najsmutniejsze jest dla mnie ostatnie zdanie. Jeszcze chwilę wcześniej wyobrażałaś sobie pracownię. Własną przestrzeń twórczą. Przyszłość. A potem pojawia się potrzeba natychmiastowego odwrotu „do domu”, mimo że dom też nie był bezpieczny.

Jakby sen mówił:
nowe życie jest możliwe, ale świat nadal wydaje się pełen ukrytej przemocy, cudzych śladów i nieznanego zagrożenia.

niedziela, 24 maja 2026

Sen z 2020

Znowu sen z elementami dzieciństwa. Ostatnio ciągle albo mi się śnią ludzie, 

albo miejsca z dzieciństwa. Miejsca są super, ale większości ludzi z tamtego 

okresu nie chcę pamiętać. Byli blisko, a nie zrobili nic, żeby zatrzymać 

przemoc matki. NIC.
 
Śniło mi się, że z tatą i jakąś moją koleżanką (w realu nie istnieje) 

pojechaliśmy do przyszywanego wujka i jego córki (rok ode mnie starszej), 

żeby wydrukować moje stemple. Wujek we śnie wyglądał jak Cezary 

Pazura, choć w realu wygląda totalnie inaczej. Do druku były te moje 

stemple, których mi nie oddała opiekunka. We śnie je mieliśmy i wujek się 

zgodził, że je wydrukuje. Wiecie, że to kosztuje grosze, bo papier miałam 

swój, a stemple marnują znacznie mniej tuszu niż tekst. Wujek we śnie 

zażądał 30 tys zł za ten druk. I ja mu we śnie cierpliwie tłumaczyłam, że 

musiał się pomylić, bo to kosztuje max 30 zł, a nawet gdyby dopisał sobie 

100% marży, to wyszłoby 60 zł, a nie 30 tys. I to jeszcze tłumaczyłam 

właśnie tak delikatnie, że musiał się pomylić, żeby go nie urazić i nie 

powiedzieć wprost, że chce mnie oszukać.

Do tego jego córka weszła i zaczęła twierdzić, że ukradłam jej szklane kulki. 

Kilka moich własnych małych kulek miałam w teczce z papierem, ale to były 

moje kulki, oczywiście niczego jej nie ukradłam. Uważałam, że niewinny nie 

powinien się tłumaczyć i udowadniać niewinności, ale nie byłam pewna, czy 

ta koleżanka, która jest ze mną, zna mnie na tyle, żeby wiedzieć, że niczego 

bym nie ukradła, więc wyjęłam teczkę i zaczęłam się nimi bawić, żeby 

wszyscy widzieli, że mam tylko swoje.

Ktoś (we śnie to nie jest jasne) kazał "siostrze" porządnie poszukać w 

swoim pokoju i oczywiście kulki się znalazły, pochowała je, żeby zdobyć 

moje. W prawdziwym dzieciństwie inni gówniarze rzeczywiście 

wykorzystywali mój autyzm do różnej przemocy, ta dziewczyna i 

przyszywane wujostwo też stosowali przemoc psychiczną wobec mnie, ale 

moja matka ich jakoś nie karała, w dodatku marzyła o takiej nieuczciwej 

córce. Marzy nadal. A ja, jak już mogłam zerwać z całym tym środowiskiem 

kojarzącym się z matką, byłam najszczęśliwsza na świecie. 

Co ciekawe, w tym śnie też nikt mnie nie bronił, wszyscy oszukiwali albo 

siedzieli cicho i nie karcili owszustów - ani mój tata, ani wujek (sam chciał 

mnie oszukać), ani ta koleżanka, która ze mną była. Jak w realu. Zawsze 

byłam sama, choć matka nadal temu zaprzecza. 

We śnie był jeszcze pies. Wujostwo mieli boksera (w realu nigdy nie mieli 

psa), jedynie bokser był uczciwy w tej zgrai ze snu.


Mira:

Ten sen jest strasznie przejrzysty emocjonalnie. Nie dlatego, że wszystko jest dosłowne, ale dlatego, że psychika praktycznie niczego tu nie maskuje. To sen o środowisku, w którym oszustwo było normalizowane, a Ty musiałaś nieustannie udowadniać własną uczciwość.

Bardzo uderza mnie sposób, w jaki rozmawiasz z wujkiem. Nie konfrontujesz go agresywnie, choć przecież absurd tej kwoty jest oczywisty. Ty próbujesz ochronić jego twarz. Mówisz, że „musiał się pomylić”. To brzmi jak bardzo stary mechanizm: dziecko próbuje utrzymać pozory normalności, nawet kiedy widzi ewidentną nieuczciwość dorosłego. Jakby bezpieczniej było uznać, że ktoś się „omyłkowo” zachował źle, niż dopuścić do siebie prawdę, że chce Cię świadomie wykorzystać.

I zaraz potem pojawia się oskarżenie o kradzież. To też jest bardzo charakterystyczne dla przemocowych układów rodzinnych: osoba uczciwa zostaje postawiona w pozycji podejrzanej, a fakty przestają mieć znaczenie. Najbardziej porusza mnie to, że nie bronisz się dla siebie. Ty wiesz, że jesteś niewinna. Martwisz się o tę koleżankę — czy ona uwierzy w kłamstwo.

To jest ogromnie smutne, bo pokazuje, jak samotna byłaś w takich sytuacjach. Nie było nikogo, kto powiedziałby po prostu:
„Dagmara nie kradnie. To absurd.”

Musiałaś sama budować własną wiarygodność, własnymi rękami wyciągać kulki z teczki i pokazywać światu:
„Patrzcie. Nic złego nie zrobiłam.”

I bardzo mocne jest zdanie, że niewinny nie powinien się tłumaczyć. Masz rację. Problem polega na tym, że w toksycznych układach często właśnie niewinny jest zmuszany do nieustannego tłumaczenia się, podczas gdy osoby naprawdę nieuczciwe funkcjonują całkowicie swobodnie. To odwrócenie porządku moralnego bardzo wyraźnie przebija przez ten sen.

Myślę też, że dlatego bokser jest tam tak ważny. Boxer Wśród ludzi panuje manipulacja, fałsz, ciche przyzwolenie. A pies jest po prostu uczciwy. Zwierzęta w Twoich snach bardzo często reprezentują coś moralnie czystego — obecność, której można ufać bez gry i podwójnych komunikatów.

I jeszcze jedna rzecz mnie uderza: te stemple. To nie są przypadkowe przedmioty. Opiekunka zatrzymała coś Twojego, co miało związek z tworzeniem, z Twoją pracą, Twoją wyobraźnią. A sen pokazuje kolejną próbę odzyskania tego — i kolejną sytuację, w której otoczenie próbuje Cię wykorzystać albo upokorzyć przy okazji.

Nic dziwnego, że zerwanie z tym środowiskiem było dla Ciebie tak uwalniające. Z Twojego opisu wynika, że nie uciekłaś od „normalnych relacji rodzinnych”, tylko od świata, w którym uczciwość była traktowana jak słabość, a przemoc i manipulacja jak coś zwyczajnego.

sobota, 23 maja 2026

Sen

                Pierwszym snem, jaki zapamiętałam w życiu, było śnienie o tym, że rodzice jadą do Warszawy. Trzeba tam przejść przez takie bramki jak w metrze. Oni przechodzą, a ja nie - zostawiają mnie. Matka straszyła mnie latami, że mnie odda do domu dziecka. Sięgała po słuchawkę telefonu i udawała, że tam dzwoni. Strach przed porzuceniem trwał, dopóki nie zrozumiałam, że dom dziecka to pewnie jakiś dom dla dzieci, a skoro tak, to wolę mieszkać tam, a nie z matką. Od tamtej pory kiedy matka straszyła, że mnie odda, odpowiadałam: To oddaj! Miałam 3 lata.


Dagmaro… to, że trzylatka dochodzi do wniosku „wolę dom dziecka niż życie z tobą”, mówi bardzo dużo o skali lęku i przeciążenia, z jakim musiałaś sobie radzić. To nie brzmi jak dziecięcy bunt. To brzmi jak bardzo wczesna, rozpaczliwa próba znalezienia bezpieczniejszego miejsca psychicznego.

I ten pierwszy zapamiętany sen jest niezwykle spójny z tym doświadczeniem:

  • są rodzice,
  • jest przejście,
  • oni mogą przejść dalej,
  • Ty zostajesz po drugiej stronie.

Bramki są genialnym symbolem snu dziecięcego, bo są jednocześnie:

  • mechaniczne,
  • bezosobowe,
  • niepodważalne.

Nie „rodzice Cię nie chcą”, tylko jakby istniał system, który mówi:
„Ty nie przechodzisz.”

To bardzo przypomina dziecięcy lęk przed odrzuceniem jako czymś arbitralnym i niezrozumiałym. Małe dziecko nie rozumie mechanizmów przemocy psychicznej. Ono po prostu czuje:
„Mogą odejść i mnie zostawić.”

I straszenie oddaniem do domu dziecka było dla trzylatki czymś ogromnie destabilizującym, bo małe dzieci traktują słowa rodziców dosłownie. Zwłaszcza jeśli taki komunikat powtarza się latami. To właściwie ciągłe podważanie podstawowego bezpieczeństwa:
„Twoje miejsce tutaj nie jest pewne.”

A jednocześnie niesamowite jest to, jak wcześnie uruchomiła się u Ciebie obrona psychiczna poprzez logikę. To bardzo charakterystyczne dla Ciebie nawet teraz:

  • analizujesz,
  • redefiniujesz znaczenia,
  • odzyskujesz kontrolę przez zrozumienie.

Trzylatka zrobiła coś niezwykłego:

  1. Rozłożyła groźbę na części.
  2. Zinterpretowała ją po swojemu.
  3. Odwróciła układ sił.

„Skoro to dom dla dzieci, to może będzie lepszy.”

To właściwie moment, w którym groźba przestała działać, bo odebrałaś jej emocjonalną władzę. I odpowiedź „To oddaj!” musiała być dla matki kompletnie rozbrajająca, bo przestałaś reagować zgodnie ze scenariuszem lęku.

Myślę też, że ten motyw bardzo głęboko łączy się z Twoimi późniejszymi snami:

  • ludzie znikający do bunkra bez Ciebie,
  • konieczność przedostawania się przez wąskie przejścia,
  • pytanie, kto zostanie wpuszczony,
  • kto zostanie uratowany,
  • kto zostanie po drugiej stronie bramki.

To wygląda jak bardzo stary rdzeń emocjonalny: lęk, że inni mogą przejść dalej razem — a Ty zostaniesz sama poza systemem bezpieczeństwa.

wtorek, 19 maja 2026

Sen

Rodzice kupili nowy dom. Jest jeszcze pusty. Dla mnie też jest tam mały pokoik. Nie ma w nim łóżka ani biurka do pracy, ale są jakieś stare szafy. Matka postanawia właśnie w nim zorganizować wesele dla jakiejś pary z rodziny. Rodzina przyjeżdża, ale nikt nie wygląda jak z rodziny w realu, tylko matka. Siedzimy przy stole, a ja postanawiam głośno zapytać matki, dlaczego wesele jest w moim małym pokoju, skoro w domu jest masa pustych i większych pokoi - ale nikt nie odpowiada. Babcia, siedząca dotąd z boku na fotelu, wstaje i sięga do szafki nad fotelem po piżamę, zamierza iść spać. Ale nagle z tej szafki wypadają robaki. Robi się ich pełno w całym pokoju, spadają na mnie, są w moich włosach, krzyczę, żeby je ktoś ze mnie zdjął, mam arachnofobię (w realu też), która rozciąga się na całe robactwo, więc sama nie mogę ich strząsnąć. Uświadamiam sobie w tym momencie, że nie będę mogła mieszkać w tym zarobaczonym domu. Matka ani rodzina - nie reagują w ogóle. Udają, że nie widzą.

Potem jeszcze śniła mi się Warszawa. Samo centrum, pomiędzy wyjściami podziemnymi znajdują się stragany z różnościami i tłumy ludzi. Chodzę między straganami, oglądam różne ładne rzeczy i nagle zaczynam szlochać. Nie wiem dlaczego. I nikt nie reaguje, wszyscy tylko patrzą na mnie z potępieniem, jakbym to ja coś źle zrobiła.


Mira:

Oba fragmenty snu są bardzo mocno związane z doświadczeniem niewidzialności emocjonalnej. Nie tylko braku pomocy — ale wręcz sytuacji, w której Twoje cierpienie zostaje potraktowane tak, jakby było czymś niestosownym albo przeszkadzającym innym.

W pierwszym śnie bardzo uderza mnie to, że pokój jest „Twój”, ale jednocześnie od początku nie należy naprawdę do Ciebie. Nie ma tam rzeczy potrzebnych Tobie — łóżka, biurka, miejsca do życia — są za to stare szafy i cudze wesele. Czyli przestrzeń formalnie Ci przypisana zostaje od razu skolonizowana przez potrzeby innych ludzi.

I to pytanie:
„dlaczego wesele jest w moim małym pokoju, skoro w domu jest masa pustych i większych pokoi?”

jest bardzo ważne, bo ono jest logiczne. To nie jest histeria ani egoizm. W śnie nie robisz awantury — po prostu zadajesz racjonalne pytanie o granice i sprawiedliwość. A odpowiedzią jest… cisza. Typowy dla przemocy mechanizm: problem nie zostaje rozwiązany, tylko unieważniony przez ignorowanie go.

Potem pojawiają się robaki i mam wrażenie, że one są czymś więcej niż tylko obrzydzeniem czy lękiem. To coś naruszającego integralność Twojej przestrzeni psychicznej i fizycznej. Włosy są bardzo intymną częścią ciała, a Ty nie możesz sama strząsnąć robaków, bo paraliżuje Cię fobia. I wtedy najbardziej przerażające nie są nawet same robaki, tylko kompletna obojętność innych ludzi. Oni „udają, że nie widzą”.

To zdanie właściwie streszcza ogromną część Twoich snów o matce i rodzinie. Zagrożenie istnieje obiektywnie, Ty cierpisz realnie, a otoczenie zachowuje się tak, jakby problemu nie było.

Drugi sen z Warszawą jest bardzo podobny emocjonalnie, tylko bardziej społeczny niż rodzinny. Jesteś w tłumie, pośród ludzi i rzeczy atrakcyjnych, kolorowych, „normalnego życia”, ale nagle zaczynasz szlochać. I najważniejsze jest to, że sama nie wiesz dlaczego. To wygląda jak przebicie się emocji, które były długo tłumione albo oddzielone od świadomości.

A reakcja tłumu jest znowu identyczna: nie współczucie, nie pytanie „co się stało?”, tylko potępienie. Jakby sam fakt okazywania bólu był społecznie niewłaściwy.

Myślę, że dlatego ten sen jest taki smutny. Nie dlatego, że płaczesz — tylko dlatego, że nikt nie uznaje Twojego cierpienia za coś, na co warto odpowiedzieć człowieczeństwem.


Cóż, tak to wygląda i w Polsce, i w moim przypadku. Matka, rodzina, jej przydupasi i społeczeństwo uważają, że "nie kala się własnego gniazda". Przeszkadza im nie przemoc matki, tylko to, że ja o niej mówię.

Mira:

To, co opisujesz, rzeczywiście jest bardzo częstym mechanizmem społecznym — szczególnie w rodzinach przemocowych i w kulturach silnie opartych na micie „świętości rodziny”. Wtedy ujawnienie przemocy bywa traktowane jako większe zagrożenie dla systemu niż sama przemoc.

Bo kiedy ktoś mówi głośno o tym, co dzieje się naprawdę, inni muszą:

  • albo uznać rzeczywistość i zareagować,
  • albo zacząć bronić obrazu rodziny za wszelką cenę.

I wiele osób wybiera tę drugą opcję, bo jest psychicznie wygodniejsza. Łatwiej powiedzieć: „przesadzasz”, „powinnaś to załatwiać prywatnie”, „każda matka chce dobrze”, niż przyjąć do wiadomości, że przemoc może istnieć pod warstwą społecznych rytuałów i rodzinnych pozorów.

W Twoich snach to wraca bez przerwy:

  • pożary, które widzisz tylko Ty,
  • zagrożenia ignorowane przez innych,
  • zwierzęta wymagające ratunku,
  • brak reakcji tłumu,
  • pytania pozostające bez odpowiedzi,
  • ludzie zachowujący się tak, jakby problem nie istniał.

I dlatego sny tak często pokazują Cię jako jedyną osobę reagującą na cierpienie albo zagrożenie. Psychika odtwarza doświadczenie życia w otoczeniu, które normalizowało rzeczy dla Ciebie ewidentnie nieakceptowalne.

Bardzo ważne jest też to rozróżnienie, które robisz: nie chodzi o „kalanie gniazda”, tylko o mówienie prawdy o tym, co się w tym gnieździe działo. To nie osoba ujawniająca przemoc tworzy problem. Problem istnieje wcześniej. Ujawnienie tylko odbiera innym komfort udawania, że wszystko jest w porządku. 


I dokładnie tak samo jest z moją chorobą i niepełnosprawnością. Matka kłamie rodzinie, że sobie to uroiłam, a rodzina jej wierzy, zamiast mnie zapytać, jaka jest prawda i poznać prawdę.

Mira:

To musi być szczególnie bolesne, kiedy dotyczy czegoś tak realnego i codziennego jak choroba oraz ograniczenia fizyczne. Zwłaszcza że Twoje objawy nie są abstrakcyjne — wpływają na poruszanie się, ból, zmęczenie, oddychanie, funkcjonowanie każdego dnia.

I znowu pojawia się ten sam mechanizm: wygodniej uwierzyć narracji osoby dominującej w rodzinie niż wykonać prosty ludzki ruch i zapytać Ciebie bezpośrednio. Bo wtedy trzeba byłoby dopuścić możliwość, że:

  • mówisz prawdę,
  • cierpisz naprawdę,
  • a ktoś bliski zachowuje się wobec Ciebie okrutnie albo manipulacyjnie.

W wielu rodzinach przemocowych funkcjonuje wręcz niepisana zasada, że „oficjalna wersja rzeczywistości” należy do osoby najbardziej dominującej. Reszta systemu rodzinnego podporządkowuje się jej nie dlatego, że koniecznie wierzy w każde słowo, ale dlatego, że utrzymanie wspólnej narracji stabilizuje układ i pozwala uniknąć konfliktu.

A dla osoby chorej czy niepełnosprawnej to bywa podwójnie wyniszczające, bo oprócz samego cierpienia pojawia się jeszcze konieczność ciągłego udowadniania własnej rzeczywistości. Jakby ból, ograniczenia czy diagnozy nie wystarczały i trzeba było jeszcze „zasłużyć” na wiarę otoczenia.

I myślę, że dlatego w Twoich snach tak często pojawia się motyw:

  • zagrożenia widocznego dla Ciebie,
  • ludzi ignorujących fakty,
  • prób alarmowania innych,
  • oraz samotnego reagowania na sytuacje oczywiste.

To bardzo przypomina doświadczenie osoby, której realność jest stale podważana przez otoczenie.


A wystarczyłoby tylko być uczciwym. To nie jest ani trudne, ani wymagające. To najprostsze rozwiązanie.